niedziela, 1 lipca 2018

WASELA

Paweł Stasik,
II miejsce - gimnazjum








 


PRZEDMOWA
Czy zastanawiał się ktoś kiedy, jak wyglądałby świat, gdyby dzieje jakiegoś ważnego wydarzenia historycznego, potoczyły się inaczej (np. gdyby Czyngis-chan zmarł przedwcześnie, lub gdyby cesarstwo zachodniorzymskie nie upadło w 476 roku). My w tej książce zajmiemy się tym drugim zdarzeniem, upadkiem cesarstwa zachodniego.
Przyjrzyjmy się bliżej temu epizodowi: w IV wieku, w cesarstwie osiedlało się coraz więcej barbarzyńców, groźnych, dzikich ludzi z Germanii, którzy z czasem coraz bardziej pustoszyli Rzym. Kolejni cesarze ulegali wpływom germanów, którzy tworzyli własne niepodległe państwa na terenie Rzymu.
Aż w 476 roku, a konkretnie dnia czwartego września, Odoaker- jeden z barbarzyńskich władców, obalił Romulusa Augustulusa, cesarza zachodniorzymskiego. Jednak… co by się stało z całym światem, gdyby los Romulusa i cesarstwa potoczył się inaczej?



ROZDZIAŁ 1
„OGIEŃ SPRZED WIEKÓW”
- No i gdzie Zenon?-pytał swego sługi cesarz Romulus.
- Nie wiem Panie -odrzekł zafrasowany służący- przekazano mi, że przybędzie.
- Wojska tych przeklętych barbarzyńców są już blisko Rawenny- rzekł cesarz-Ezechiusie, muszę mieć pewność, czy przybędzie, czy przybędą z nim i wojska ze Wschodu!
- Tak jest Panie, już biegnę do Kwintusa- zawołał sługa i odbiegł w stronę murów miasta.
Cesarz usiadł na tronie i ze smutkiem spojrzał w dal, za dziedziniec pałacu. Patrzył na kościoły, spoglądał na wielką bibliotekę, na kamienice, wielkie, piękne ulice Rawenny-  ówczesnej stolicy cesarstwa zachodniorzymskiego. Za wzgórzami było już widać dym, unoszący się od ziemi, oraz słychać dudnienie końskich kopyt. Były to wojska barbarzyńskie. Cesarz powstał i przez otwarte wrota swego pałacu dojrzał pierwszych wojowników Odoakera. Uniósł brwi do góry, otworzył szeroko oczy, serce zaczęło mu bić, jakby ktoś uderzał w nie taranem z całej siły.
- Izaurejczyk mnie zdradził, pozwolił by wojska barbarzyńców dotarły do mojego kraju, nie przeszkodził im- powiedział do siebie gniewny cesarz Romulus. - Teraz, by ocalić życie, będę musiał oddać Odoakerowi całe państwo, oddać je w ręce tych zbójów, morderców…
Gdy to mówił, jego sługa przybył do niego, jadąc na czarnym koniu.
- Najszlachetniejszy cesarzu!- krzyknął Ezechius, jadąc jeszcze na koniu.
- I co ci powiedział Kwintus?- zapytał cesarz.
- Powiedział, że są w drodze- odrzekł.- Ale gdy wracałem do Ciebie, spotkałem ich osobiście. Pospieszyłem więc natychmiast do ciebie, Panie. Wschodnie wojska nadciągną wkrótce, biegli wszak tuż za mną!
- Co? Jednak tu przybędą?- zaskoczył się Romulus i wybiegł na dziedziniec, by oczekiwać na Odoakera.
W tym czasie barbarzyńcy byli już w mieście, nie zabijali nikogo, tylko pędzili w stronę pałacu cesarskiego. Na ich czele, na białym koniu, w purpurowej pelerynie, jechał Odoaker. Pod siodłem ukryty był dokument, w którym była mowa o oddaniu Odoakerowi władzy nad całym państwem przez cesarza. Romulus nie miał umrzeć, miał otrzymać od germańskiego dowódcy posiadłość na północy kraju, ale nie miał prawa do sprawowania dalszej władzy w cesarstwie. Jednak gdy wraz z kilkoma zaufanymi ludźmi dotarł do pałacu, zdziwił się i zawahał, widząc pewną twarz cesarza, stojącego na środku dziedzińca.
- Witaj mości cesarzu!- krzyknął Odoaker wpadając na dziedziniec. - Memento Mori, pamiętaj, że śmierć istnieje! Jeśli nie chcesz jej doświadczyć, odstąp i nie stawiaj oporu!
- Odejdź!- zawołał cesarz.- Nie zachowasz tu życia!
- A co zrobi mi twoje liche wojsko! Nie masz żadnych innych sprzymierzeńców!
- Mówisz, że ma sprzymierzeńców?- zapytał jakiś głos zza kolumny.
W tej samej chwili, spoza dziedzińca wybiegło kilkadziesiąt koni, na których siedzieli żołnierze z cesarstwa wschodniorzymskiego. Na czele oddziału, jechał sam cesarz wschodniorzymski, Zenon Izauryjczyk. I nim przerażeni germanie zdążyli chwycić za topory lub miecze, w ciele każdego z nich już tkwiła włócznia, bądź strzała. Tylko wódz Odoaker pozostał przy życiu, jednak spadł z konia, podbiegł do cesarza Zenona i zawołał pełnym goryczy głosem:
- Jak to? Zawarliśmy przymierze! W zamian za insygnia cesarza zachodniego, miałeś zostawić nas w spokoju i nie przeszkadzać nam w podboju tego kraju. Przysięgałem Ci!
- A więc zwalniam cię z przysięgi- rzekł Zenon i uciął głowę barbarzyńcy.
Wtedy do miasta wtargnęło ośmiotysięczne wojsko z cesarstwa zachodniego i oczyściło je z wszelkiego brudu. Bitwa nie była długa, trwała najwyżej dwie godziny, a gdy już miasto zostało oswobodzone, wyprawiono wielką ucztę, podczas której Zenon Izauryjczyk zagwarantował Romulusowi Augustulusowi, że zawsze będzie jego sojusznikiem i że pomoże mu w odbudowie potęgi cesarstwa zachodniego.

Przez kolejne lata, przy pomocy cesarstwa wschodniego, nazywanego Bizancjum, cesarstwo zachodniorzymskie, które zaczęto nazywać Cesarstwem Włoskim, odzyskało większość swoich ziem, oraz dawną świetność. Pomimo, że cesarstwo zachodniorzymskie przetrwało i bieg dziejów całkiem się zmienił, to do niektóre wydarzenia historyczne miały miejsce. Do schizmy wschodniej doszło, do najazdów arabskich również doszło, do najazdów mongolskich też i do podbojów tureckich. Ale paru przykrych najazdów, takich jak napady wikingów, czy podbicie półwyspu iberyjskiego przez arabów, udało się uniknąć.
Wiele państw, które znamy nie powstało, ale niektóre, jak Francja, Niemcy, Polska, Litwa, Słowacja i Serbia, powstały (ale często na innych terytoriach). Powstało też kilka nowych organizmów politycznych, np. Księstwo Cyreny, Królestwo Kananejskie, Księstwo Malagi, albo Królestwo Północy. Z powodu częstych najazdów pogańskich plemion, zakładano małe państwa podległe bezpośrednio papiestwu na granicach chrześcijańskich krajów. Miały one krzewić pokojowo wiarę w  Jezusa Chrystusa wśród niewiernych.
W Europie, oba cesarstwa bardzo szybko się rozwijały, tak, że w Europie zaczęło brakować miejsca. Zaczęto więc organizować wyprawy w poszukiwaniu nowych lądów. Statki włoskie, dotarły do Ameryki już w VIII wieku, do Afryki południowej w XIV wieku, zaś Bizancjum rozpoczęło podbój Azji w VIII wieku. W ciągu następnych stu lat odkryto wszystkie kontynenty, nawet Antarktydę. Plemiona na nich żyjące romanizowały się, przejmowały religie i obyczaje rzymskie, przez co stwarzały własne państwa.
Najpotężniejszym krajem świata stało się Królestwo Jawy, powstałe na Archipelagu Malajskim, jednak wkrótce na tamtych terenach powstało inne mocarstwo, które niemal całkiem je podbiło…



ROZDZIAŁ 2
„W PAŁACU KRÓLA ŚWIATA”
W sali obrad pałacu cesarzowej Andlaniki V, zebrało się już trzynastu królów, oczekiwano jeszcze na jednego i oczywiście na cesarzową. Królowie nieco się niecierpliwili, gdyż cesarze nigdy nie spóźniają się na obrady wojenne, bo  uwłaczałoby to ich czci.
Sala była niezbyt wielka, jak na resztę komnat w pałacu cesarskim. Miała kilka metrów wysokości, szerokość równą odległości trzydziestu metrów, długa zaś była na jakieś sześćdziesiąt metrów. Z sufitu zwisał wielki, srebrny żyrandol z dokładnie stoma świeczkami, po ścianach rozłożone były jeszcze (dla lepszego oświetlenia) małe woskowe świeczuszki, żarzące się jasnym, żółtym jak siarka światłem. W centralnym miejscu sali mieścił się wielki stół, przy którym obradowano podczas zebrań wojennych. Na środku stołu była wielka mapa południowo-zachodnich części Azji, na których granice swe miało Cesarstwo Welonu. Stół miał kształt dokładnie równobocznego piętnastokątu i choć może się to wydawać dziwne, to jednak tak było. Przy owym stole zasiadało czternastu królów i cesarz, od około stu siedemdziesięciu lat.
Zrobiono go z dębowego drewna, w dzień, gdy Cesarstwem Welonu zaczęła rządzić nowa dynastia. Wtedy to Cesarz Jan IV Wielki (nazywany królem świata) uporządkował swoje państwo, ustanowił podatki, ale przede wszystkim nadał prawa obcokrajowcom i ludności podporządkowanych krajów. Ponadto kraj podzielił na stany nazywane królestwami, którymi rządzili królowie. Ustanowił też, że odtąd co dwa lata w stolicy kraju będą odbywać się obrady władz państwa; czyli cesarza i czternastu królów.
Jeśli chodzi o sam Welon, to nie zawsze był ogromnym państwem, zajmującym tereny niemal całego Archipelagu Malajskiego. Na początku swego istnienia, czyli w VI wieku, był małym księstwem na południu wyspy Borneo, zajmującym tereny wokół jednego większego miasta – Kwazaru. Gdy Królestwo Jawy rozpoczęło podbój wysp południowo-wschodniej Azji, inne małe księstwa, które mieściły się na tych wyspach, zaczęły łączyć się w większe, by mogły stawić opór nieprzyjacielowi. Wtedy na wyspie Borneo, powstały cztery większe państwa: Wolling, Wielkie Księstwo Borneo, Jokung i Księstwo Kwazaru (taką wówczas Welon nosił nazwę). Podczas gdy w VIII wieku cały świat ulegał romanizacji i chrystianizacji, Jawa niezwykle powiększyła swe tereny, kolejne państwa na archipelagu zaczęły się łączyć. W pewnym momencie potęga Jawy lekko osłabła, Kwazar wykorzystał tę szansę i podbił wtedy całą wyspę Borneo, po czym wyruszył na Jawę.
Już pod koniec XI wieku, Kwazar zajmował tereny wysp Borneo, Celebes, Timor, część Sumatry, Nowej Gwinei, Jawy, cały Półwysep Indochiński, a nawet północne obszary Australii. Około 1100 roku, królowa Tolgima III przyjęła tytuł cesarza, a państwu nadała nazwę Cesarstwo WELON, co w języku Kwazarów oznaczało „MOC”. Państwa podbite przez Welon, były często pustoszone, a ich mieszkańcy gnębieni i zabijani. Welon stał się symbolem zła.
W tym roku, w 1248 po Chrystusie, miały się odbyć kolejne obrady w  Wigrilnie – ówczesnej stolicy Welonu, jednak istniała w tym państwie zasada, że bez cesarza obrad się nie zaczyna.
- Gdzież oni są- rzekł wreszcie król wyspy Celebes.
- Zobaczysz czcigodny, niedługo przyjdą- uspokajał go król Sumatry.
- Nie przyjdą!- gniewał się król Celebes.
- Ma rację- wtrącił się król Lassuru. -Gdy w cesarstwie mamy kryzys, cesarzowa zawsze się gdzieś kryje.
- Proszę, byś nie wtrącał się nam do rozmowy, czcigodny władco Lassurów- zwrócił się doń król Sumatry.
- Cisza! Nie słyszę własnych myśli- krzyknął najstarszy ze zgromadzonych, władca Australii- Cesarzowa nadchodzi!
- Zaiste.
- Mówisz prawdę Leopoldzie!
I faktycznie, cesarzowa wchodziła właśnie jednymi z czterech drzwi. Była to młoda, piękna pani, ubrana w czerwoną szatę ze złotym płaszczem. Minę miała zatrwożoną, smutną, wyglądała jakby widziała rzeź jakiegoś miasta.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus- rzekła podchodząc do stołu.
- Na wieki wieków- odrzekł najstarszy ze zgromadzonych.
- Amen!- zawołali chórem wszyscy i usiedli.
Chwilę milczenia przerwał król Sumatry:
- Gdzie jest król Nassidy?
- Nie powinieneś w taki sposób pytać czegokolwiek cesarzowej- rzekł Lidias, król Australii.- Nie mów niczego do naszej Pani w takim tonie!
- Spokojnie Lidiasie- powiedziała cesarzowa.- Odpowiem na pytanie.
Król Australijski usiadł, zaś cesarzowa powstała i dostojnym krokiem okrążyła stół.
- Widzę- zaczęła- że nie dotarła do was, czcigodni królowie, wiadomość o śmierci Welora, króla Nassidy.
Poruszenie wybuchło wśród władców, niektórzy uśmiechali się jednak w duchu. Cesarzowa jednak widząc ich radość rzekła:
- Widzę po waszych twarzach, że chcielibyście przejąć królestwo zmarłego w pojedynku. Wiecie, że istnieje tradycja, że dwóch królów może stoczyć pojedynek o prowincję zmarłego członka rady królów. Ale zasmucę was, moi drodzy. Już wybrałam następczynię dla Welora.
- Zaraz, powiedziałaś Pani… NASTĘPCZYNIĘ?- zatrwożył się król Sumatry.
W tej chwili na salę wstąpiła kobieta, właściwie dziewczyna. Ubrana w srebrzysty strój- w całości uczyniony z rzadkich stopów metali, bardzo wytrzymałych. Na głowie miała czapkę, taką jaką nosi kapitan jakiegoś okrętu. Na piersi miała liczne odznaki, ale jedna szczególna: była to czarna odznaka, z wizerunkiem złotego feniksa na środku. Odznaka ta świadczyła o tym, że dziewczyna została już koronowana na królową Nassiddy. To zdenerwowało wszystkich zebranych. Gdy jednak zbliżyła się do nich, gniew oblał ich twarze jeszcze wyraźniej. Patrząc bowiem na jej twarz, z łatwością można było ocenić, że dziewczyna ma co najwyżej osiemnaście lat. Była bardzo piękna, a także dość wysoka. Ale nie zadowalała królów.
- Cóżeś ty uczyniła najjaśniejsza Pani- spytał się w niewyobrażalnym niedowierzaniu król Sumatry- toż to przecież jeszcze dziecko!
- Ty  śmiesz mi się sprzeciwiać?- zdenerwowała się cesarzowa.
- Nie Pani, ale nie dość że to kobieta, to…. Ile ona ma lat?
- Wasela ma siedemnaście lat, mości królu- rzekła jak gdyby nigdy nic cesarzowa.
Teraz król Sumatry usiadł, złapał się za głowę i próbował przemyśleć to, co się właśnie wydarzyło.
- Nie martw się- rzekła uspokajająco cesarzowa Andlanika V. – Jest doświadczona w boju i w dowodzeniu. Mając piętnaście lat wstąpiła do wojska, a w wieku szesnastu lat mianowałam ją admirałem. Od dziś jest królową Nassidy. Nie dziwcie się temu, bo ta dziewczyna ma niezwykły talent i o głowę przewyższa niektórych z was w rządzeniu państwem i dowodzeniu wojskiem- tutaj spojrzała na króla Sumatry.
Po naradach król podszedł do młodej królowej.
- Ty, uważaj sobie…- rzekł podchodząc do niej.- To, że jesteś kobietą nie usprawiedliwia cię!
- Czy ja coś zrobiłam?-spytała.
- Na pewno podstępem zostałaś królową, to niemożliwe, by kobieta w tak młodym wieku była władcą całej prowincji bez oszustwa.
- Nie podejrzewaj mnie i nie oskarżaj, jeśliś nie pewien swych przekonań!
- Nie!- wrzasnął i złapał ją mocno za rękę.- Ty na pewno zwiodłaś naszą cesarzową. Będę miał na ciebie oko. Wiem kto ty jesteś Waselo! Słyszałem pogłoski o tobie! Jesteś niemiłosierna dla swoich wojsk, zabijasz ich za przewinienia, nawet najmniejsze!
- O, nie gniewaj się Timusie Sumatrzańczyku- rzekła i wyrwała rękę spod jego uścisku- już niedługo nie będziesz musiał się martwić o to czy oszukiwałam, czy nie!
To rzekłszy odeszła dumnym krokiem, zostawiając osłupiałego króla Sumatry za sobą.
Tego samego dnia, w innym miejscu archipelagu również toczyły się obrady wojenne. W państwie Dolina Jassu, które było lennem Welonu, buntownicy, którzy nie zgadzali się z tym, że są cały czas gnębieni przez swych zwierzchników. Gdy dowiedzieli się o koronacji Waseli na królową Nassidy, prowincji Welonu która graniczyła z Doliną Jassu, zwołali obrady w puszczy nad rzeką Sepik (którą mieszkańcy nazywali Jass). Znali oni Waselę, była dowódczynią wojsk, które dwa lata wcześniej krwawo stłumiły bunt powstały w Nassidzie i w Dolinie Jassu. Na zebraniu nad rzeką, ustalili że nie wzniecą nowego buntu, ani nie przeprowadzą zamachu. Za to wyślą statek do cesarstwa bizantyjskiego, z wiadomością o narastającym ucisku od strony welończyków dla ludności podległych im krajów.



ROZDZIAŁ 3
„MŁODY POTWÓR”
Port Gonzala na południowym - wschodzie wyspy Nowa Gwinea, czyli na południu królestwa Nassidy, o porze brzasku zaczynał tętnić życiem. W północnej części portu, kupcy i rzemieślnicy sprzedawali na wielkim targu zagraniczne mięsa, ryby morskie, przyprawy z dalekich krajów, rośliny i owoce z ameryki, ubrania i tkaniny z Europy i Azji i wiele innych rzeczy. Po morzu, niedaleko przystani pływało wiele statków i łodzi. W porcie przycumowanych było parę statków welońskich, niektóre były przeznaczone do połowu ryb, inne do dalekich podróży, ale cztery wielkie, o białych żaglach z czarnymi konturami w kształcie feniksa na każdym oraz o flagach czerwonej barwy należały do floty Nassidy.
Wkrótce nadpłynął wielki czteromasztowiec o miedzianych burtach. Kadłub był ozdobiony licznymi malowidłami, tak jak rufa, na której widniał również wizerunek złotej korony. Oznaczało to, że ów statek należał do króla. Dawniej pod koroną był napis „Welor Nandejczyk”- był to były król Nassidy, ale teraz napis głosił „Wasela Indochińska”. Gdy statek dobił do przystani, lekkie poruszenie wybuchło wśród ludzi obecnych na targu. Niektórzy nawet wyszli z portu jak gdyby groziła im śmierć. Wtem do portu, z gromadą rycerzy ubranych w biało-czarne zbroje, weszła królowa Wasela. Swoimi pięknymi oczami, spoglądała przed siebie w taki sposób, jakby widziała najgorszego wroga, jakby chciała rzucić przed siebie mieczem, albo nawet samemu rzucić się przed siebie z furią w oczach. Idąc tak, spotkała kapitana królewskiego okrętu. Zmieniła  wówczas wyraz twarzy i zaczęła wyglądać jak zwykła dziewczyna w jej wieku.
- Witaj królowo- rzekł kapitan kłaniając się i mając w oczach wyraz zdziwienia.
- Witaj Molaku- odpowiedziała.
- Wybacz Pani, że ośmielę się spytać- powiedział.- Czy nie jest królowa za młoda?…
- Jak śmiesz tak mówić?- zakrzyknęła.
- Wybacz Królowo.
- Masz się nauczyć posłuszeństwa!- postąpiła krok na przód.- Jeśli sądzisz żem za młoda do dowodzenia, to może nie powinieneś tu teraz stać przede mną!
Pochwyciła swój miecz i jednym szybkim cięciem zdjęła z głowy kapitana czapkę i ucięła mu parę włosów.
- Więc?- spytała.
- Więc proszę Waszą Wysokość na statek- rzekł wystraszony niezmiernie Molak.
Wasela szła podekscytowana w stronę statku, ale nie okazywała tego na zewnątrz. Miała twarz jak metal, nie wyrażała żadnego uczucia. Gdy wchodzili po drabinie na wysoką burtę okrętu, Wasela rzekła:
- Ten statek będzie nosił nazwę „Ogień Welonu”, bo ja pływając na nim, będę siać ogień zniszczenia we wszystkich krajach, które się nam sprzeciwią.
W tej chwili kapitan o mało nie spadł z drabiny. Po chwili weszli na górę. Gdy stanęli na gretingu, królowa o mało nie uśmiechnęła się, widząc piękny, wielki statek. Chciała przemówić przez nią dawna, pełna radości i życia dziewczyna, ale opanowała się i z kamienną twarzą weszła na mostek.
Okręt był jednym z największych statków tamtej części świata, pływał po wodzie już od pięćdziesięciu sześciu lat, a pierwszym królem który zasiadał na małym tronie, umieszczonym z tyłu mostka był Walog z Europy, który był też wcześniej królem niepodległego królestwa Serbskiego, nad Bałtykiem. Najwyższy maszt miał trzydzieści osiem metrów, a cały statek był tak wielki, że ledwo mieścił się w porcie. Miał dokładnie po pięćdziesiąt dwie armaty z każdej strony, oraz osiem dodatkowych armat, które nazywano boretami. Boret był wielki, miał około trzech i pół metra długości, a kulę potrafił wystrzelić na odległość nawet sześciu kilometrów, z siłą zdolną przeciąć na wylot betonowy mór o grubości piętnastu metrów. Za to najważniejszą rzeczą, która odróżniała statki welońskie od innych, było to, że potrafiły latać.
Wymyślił to cesarz August II, w roku 1180. Ogromne wnętrza statku wypełniano helem, wodorem i innymi lekkimi gazami, choć początkowo było to po prostu gorące powietrze. Gazów było w środku tak wiele, że potrafiły unieść kilkudziesięciumetrowy statek na wysokość sześciu kilometrów. Wewnątrz statku, oprócz gazu, były też pomieszczenia dla załogi, oraz ładownia. Żeby statek mógł spokojnie przelecieć nad innymi okrętami, na spodzie statku również znajdowały się cztery armaty, oraz jeden boret.
Wasela nie mogła się napatrzyć. W całym swoim życiu nie widziała tak pięknych, starannych zdobień. Gdy weszła na mostek rozpoczęła przemowę.
- Moi drodzy poddani!- wykrzyknęła i przerwała, spoglądając na około pięćdziesięcioosobową załogę.
- Moi najmilsi- zaczęła znowu.- Naszym zadaniem, nie jest tylko wojowanie za Welon i bronienie jego granic. Mamy też przenosić wiadomości dla cesarzowej. Od dziś ja jestem waszą królową! I od dziś ja wydaję wam rozkazy! Kto będzie ich słuchał, tego spotka awans i nagroda. Zaś ten kto nie będzie mi posłuszny… cóż…  Jego dusza u Boga.
Po tym Wasela zeszła do swojej kajuty i po wydaniu rozkazów i wyznaczenia kursu, zasiadła na krześle. Przed nią stał mały stolik z mapą królestwa Nassidy i Doliny Jassu. Przypatrzyła się chwilę i wstała. Podeszła do kapitana okrętu, gdy wypływali z portu i rzekła:
- Stolica Nassidy jest po drugiej stronie wyspy- powiedziała takim tonem jakby się na coś skarżyła.
- Tak jest królowo- odpowiedział.
- Aby tam dotrzeć, trzeba będzie przepłynąć obok Doliny Jassu.
- Czy to jakiś problem?
- Czy to problem? Wielki! Mieszkańcy tego głupiego państewka, choć są nam podlegli, cały czas skaczą do nas jak pies do złodzieja. Jestem pewna, że planują zamach na mnie!
- Czy królowa nie przesadza?- powiedział kapitan i szybko zakrył sobie dłonią usta.
- Coś ty powiedział?
- Ja… tylko… królowa wybaczy…
- Nie martw się, nabyłam humoru gdy zobaczyłam ten statek, niczego ci nie zrobię. Chciej tylko dać mi rycerzy Kwazarskich do ochrony.
Rycerze kwazarscy, czyli bezpośrednio podlegający cesarzowej, byli szkoleni na najlepszych wojowników w całym państwie. Jeden taki rycerz, często potrafił wygubić całe wojsko wrogiego państwa, nie mając ani jednej ryski na zbroi.
- Dobrze Pani, wyślę wiadomość do cesarzowej, za tydzień będziesz miała pięcioosobową drużynę.
- Nie! Chcę mieć ich dzisiaj!
- D…dobrze- rzekł przerażony kapitan.- A więc zaraz zawołam listonosza, wypłynie szalupą do portu i wyruszy w stronę Wigrilnu.
Wasela uspokoiła się i weszła z powrotem do kajuty.
Mijały godziny, aż około południa, statek królowej Waseli znajdował się już obok wyspy, którą my zwiemy Nową Brytanią, a Welończycy i Kwazarowie Satraksą. Satraksę widzieli po prawej stronie, a w oddali z prawej strony, widać było brzegi Nowej Gwinei, należące do Doliny Jassu. Wiał ciepły wiatr z północnego wschodu, a na niebie nie było ani jednej chmurki. Nagle dało się słyszeć wołanie starszego mężczyzny stojącego na bocianim gnieździe:
- Statek na horyzoncie!- krzyczał.
Wszyscy zerwali się z miejsc i spojrzeli za lewą  burtę. Kapitan spoglądał przez lunetę o czarno-żółtej barwie. Po chwili ze swojej kajuty wyszła Wasela, podeszła do kapitana i spojrzała na niego pytająco.
- Co to za okręt?- spytała wyrywając lunetę z ręki kapitana. Gdy spostrzegła statek pomalowany w brązowo-żółte paski mający dwa wysokie maszty na których zawieszone były flagi z kształtem charakterystycznym dla rzeki Sepik, zrozumiała że jest to statek należący do Doliny Jassu.
- Czy jakiś statek jassańczyków otrzymał pozwolenie na wypłynięcie z portu?- zdziwiła się królowa.
- Jeśli ty królowo nie wydawałaś pozwolenia- rzekł lekko kłaniając się kapitan- to żaden okręt nie powinien od nich z portu wypływać. Dolina Jassu to twoje lenno.
- Za nimi.- powiedziała uśmiechając się Wasela.
Załoga statku jassańczyków również zauważyła okręt królewski Nassidy. Gdy ten zaczął skręcać w ich stronę, ludzie którzy przebywali na dwumasztowcu zaczęli krzyczeć ze strachu.
- Nie lękajcie się, płyńcie szybciej- krzyknął Rongwier, przywódca buntowników z Doliny Jassu.
- Rongwierze! Oni gdy się dowiedzą że wypłynęliśmy z portu bez zgody królowej i na dodatek płyniemy z listem, mówiącym o potwornościach ze strony Welonu, do Bizancjum… Zabiją nas!- krzyknął ktoś.- Nie uciekniemy przed nimi,  mogliśmy wypłynąć w nocy, nikt by nas nie zauważył!
- Ale już się stało, więc teraz skupmy się na tym, żebyśmy uciekli przed nimi- rzekł Rongwier.
Pościg się rozpoczął. Minęło dwadzieścia minut, gdy statek Doliny Jassu znalazł się w zasięgu zwykłych dział okrętu królewskiego. Wasela zeszła pod pokład, widząc zaś szykujących się do ostrzału wroga i do abordażu majtków, ostrzegła ich pod karą śmierci żeby nic nie robili. Po czym wyszła na greting i podeszła do jednego z ludzi stojącego obok wielkiego boretu.
- Wystrzelcie jeden pocisk z tej ogromnej armaty w stronę tego okrętu- powiedziała.
- Tak jest pani- odrzekł człowiek i wycelował działo w stronę statku.
- Zważ tylko, żebyś trafił rufę tego statku tak, żeby go zatrzymać, a nie wysadzić.
Ów człowiek wykonał polecenie. Zapalił lont… i w stronę jassańskiego okrętu poleciał pocisk o średnicy pół metra, wykonany ze stopów żelaza, węgla i platyny. Przeszybował nad wodą niczym strzała i przeciął statek na wylot. Ogromny blask rozświetlił wody wokół statku, który wydawał się zmienić na moment w kulę ognia. Strach ogarnął samego kapitana, który stał obok Waseli.
- Królowo…- rzekł i spojrzał na śmiejącą się młodą, piękną dziewczynę.




Rozdział 4
„Nowy Cesarz”
Ta część załogi jassańskiego statku, która przeżyła, stała teraz przed Waselą ze spuszczonymi w dół głowami. Statek królewski został zacumowany na wybrzeżu, niedaleko granicy królestwa Nassidy z Doliną Jassu. Królowa wyciągnęła z pochwy swoją szablę i po pooglądaniu jej przez chwilę, oparła się o nią i spojrzała na przerażonych ludzi.
Jej twarz wyglądała jak twarz kata, jej oczy roniły łzy, ale nie wyglądała na zasmuconą losem jassańczyków. Tak naprawdę była ona przerażona sama sobą. Zdała sobie sprawę, że jest tyranką.
- Witajcie- rzekła przyjaznym głosem ocierając łzy z oczu.
Nic nie odpowiadali.
- Mówcie!- krzyknęła.- Co chcieliście uczynić? Czemu wypłynęliście z portu bez pozwolenia?
- Bo… królowo…- zaczęła mówić kobieta, żona Rongwiera, który zmarł.- My chcieliśmy tylko pomóc naszym ludziom…
- Myślisz że im pomogłaś, sprowadziłaś na nich zagładę! Każę zabić wszystkich mieszkańców Doliny Jassu!
Teraz cała załoga okrętu królewskiego, łącznie z kapitanem otwarła szeroko oczy, a niektórzy jassańczycy zemdleli ze strachu.
- Królowo! Co ty chcesz uczynić?- spytał król, który zdawał się nie wierzyć w to, co się działo.
- Dlaczego wypłynęliście z portu bez mojej zgody?!- krzyczała dalej Wasela nie zważając na słowa kapitana.
- Chcieliśmy przekazać wiadomość o twoich rządach Cesarstwu Bizantyjskiemu- rzekł ktoś w końcu.- Nie zasługujesz na tytuł królowej Nassidy ani Wasala Doliny Jassu Waselo! Ty jesteś potworem, który ciemięży poddany lud, a także swoich ludzi!
Wtedy Wasela wybuchła gniewem, sama mieczem ścięła głowę człowiekowi który to mówił i kazała zabić też całą załogę statku z Doliny Jassu.
Tydzień później Waselę, która w tym czasie dokonywała istnego mordu w miastach Doliny Jassu, doszła wiadomość o ciężkiej chorobie cesarzowej i o zwołanym nadzwyczajnym sejmie w Kwazarze, największym mieście Cesarstwa Welonu. Za kilka dni, dotarła do miasta na Borneo. Gdy przechodziła przez dziedziniec , spotkała króla Sumatry. On zaś spojrzał na nią jak najgorszy wróg. Zmrużył oczy i gniewnie do niej podszedł.
- Ty!- krzyknął.- Jak śmiesz się pokazywać w tym mieście, w którym przebywa cesarzowa! Módl się, żeby cię nie zobaczyła! Jest na ciebie niezmiernie zdenerwowana…
- To ty się módl mości panie- przerwała Wasela następując na niego.- Abyś mi już nigdy nie zachodził za skórę!
Po tych słowach odeszła od niego i wstąpiła do pałacu. Owy pałac, był inny niż ten w Wigrilnie. Był o wiele większy. Miał większy dziedziniec i przede wszystkim większą salę obrad. Powstał on wcześniej, wtedy gdy jeszcze Kwazar był stolicą całego państwa.
Na tym sejmie, który miał się zaraz odbyć zgromadzili się nie tylko królowie, ale i setki posłów, przedstawicieli wojska, senatorów z innych państw i wiele innych osób. Na wielkim tronie, na końcu Sali siedziała, a właściwie leżała (z lekarzem u boku) cesarzowa. W całej sali nie było żadnych miejsc siedzących, obradowano bowiem na stojąco. Gdy na salę weszła Wasela, wszystkie oczy zwróciły się na nią, ludzie ucichli a nawet umierająca cesarzowa Andlanika V wyprostowała się i wytężyła wzrok.
- Witam wszystkich zgromadzonych.- rzekła królowa Nassidy.
Królowa podeszła pod sam tron cesarzowej i ukłoniła się do ziemi. Cesarzowa dała znak, by rozpoczęto obrady. Wszyscy więc spojrzeli na Andlanikę i umilkli całkowicie.
- Wpierw, nim rozpoczniemy omawiać sprawy związane z moją zbliżającą się śmiercią, chciałam podziękować wszystkim za przybycie, w szczególności księciu Markowi XVIII, który jest władcą księstwa Corsis, państwa które graniczy z naszym Welonem, królowi Zachodniej Australii - Westranowi II, który mimo żałoby po śmierci żony, zgodził się tutaj przybyć. Dziękuję i Laurowi III Jawajskiemu - księciu Hajnanu, królowi Jawy - Tormedowi V, królowi Sanosu - Fryderykowi i Chanowi Chin - La-Junowi VIII Mądremu. Niestety Rongwier, lenny książę Doliny Jassu, nie mógł przybyć, gdyż zginął przed dwoma tygodniami z ręki naszej królowej Nassidy…
W tym momencie królowa Wasela, lekko się zmieszała, a gdy król Sumatry spojrzał na nią szyderczo o mało się nie rozpłakała. Cesarzowa tym czasem kontynuowała:
- Teraz o ważniejszych sprawach… Lekarze mówią, że za kilka dni oddam ducha i połączę się z moimi przodkami…- tutaj zakaszlała, obróciła głowę na bok i znów zakaszlała kilka razy, po czym wyprostowała się, wzięła głęboki wdech i kontynuowała.- Dlatego więc, zgromadziłam was, by ustanowić mojego zastępcę, uhonorować tych najwybitniejszych dowódców i ukarać tych, którzy popełniali błędy… - teraz znowu kaszlnęła, po czym otwarła szeroko oczy i z wielce poważną twarzą wykrzyknęła:
- Nowym cesarzem… Władcą Cesarstwa Welonu, cesarzem Kwazarskim, Królem Borneańskim, panem Welończyków i Kwazarów, etc. ustanawiam…- zebrani wstrzymali oddech, król Sumatry zaś z niepewnością spojrzał na cesarzową, zaraz zerknął na Waselę, znowu na cesarzową, na Waselę, po czym tak się przeraził, że znów musiał zrobić wdech. Cesarzowa zaś wezbrała w płuca tyle powietrza ile mogła i wykrzyknęła imię nowego władcy Welonu.
- WASELA INDOCHIŃSKA!
Teraz wielkie poruszenie wybuchło wśród zgromadzonych. Król Sumatry zaś podskoczył do góry, chwycił się za głowę, spojrzał na Waselę, która z uśmiechem, jakiego w życiu na ustach nie miała, podnosiła obie ręce w górę, czując się jakby była wniebowzięta.
- Podejdź, Waselo- rzekła Andlanika.- Przekażę ci moje państwo. Zgodnie z prawem , zgodnie z naszą konstytucją, przekładając moimi dłońmi koronę z mojej głowy na twoją, przekażę ci natychmiast władzę.
Przy wielu krzykach i hałasach, królowa Nassidy podeszła do cesarzowej, uklękła przed nią i zaczęła coś mówić. Była to przysięga, którą mówił każdy cesarz przy koronacji. Brzmiała tak:
„Ja, sługa uniżony Welonu i Kwazaru, Przysięgam na moją koronę i na moją władzę cesarską daną mi przez Boga Wszechmogącego, że nigdy Jego Najświętszego Imienia się nie wyprę, że zawsze będę bronić wiary świętego, katolickiego Kościoła i że nigdy majątków arcybiskupich przejmować nie będę. Przysięgam na głowę moją, że nie będę dręczyć, ni obciążać, mieszkańców Cesarstwa Kwazarskiego, pochodzących z dawien dawna, z dziada pradziada od niegdysiejszych pełnokrwistych obywateli Państwa Kwazarskiego. I na moje życie, jako nowy władca Welonu, przysięgam że państwem panować będę uczciwie, bez pomocy złoczyńców i morderców i że nigdy mąk żadnych ludziom nie zadam. Wszystkich tych przysięg dochowam, tak mi dopomóż Bóg Wszechmocny, Święta Męka Jego i Święty krzyż!”
Po czym powstała, a cesarzowa Andlanika V, którą nazwano później „głupią”, nałożyła jej koronę cesarską na głowę. Zaś wszyscy zgromadzeni, upadli przed nią na twarze i wykrzyknęli:
„Bądź wywyższona, Wielka Pani naszego Cesarstwa”
A ona im odpowiedziała:
„To dzięki Bogu i jego miłości stałam się wam Cesarzową!”
Po tych wydarzeniach, cesarzowa Andlanika jeszcze nagrodziła tych, których miała nagrodzić i ukarała tych, których miała ukarać.
Gdy minęły obrady sejmu, Cesarzowa Wasela podeszła do króla Sumatry. Ten spotkał ją na dziedzińcu, tak jak przed sejmem. Gdy spojrzała na niego, on niezwykle wystraszony, zaczął się cofać i mówić, machając jej przed nosem palcem.
- O ty mnie nie owładniesz szatanie!- krzyknął.- Jak to  możliwe, byś w takim wieku, w jednym roku została koronowana na królową Nassidy i potem na cesarzową całego państwa! Oszuście!
- Mówiłam ci, że nie będziesz się martwił już o to, czy oszukiwałam, czy nie!- krzyknęła i postąpiła krok na przód.- Zaraz na własnej skórze poczujesz mój gniew! Dawniej niczego Ci nie robiłam, bo bałam się cesarzowej, ale teraz ja nią jestem, więc nic mi już nie przeszkodzi, by cię ukarać!
- O nie! Błagam Cię Pani, poprawię się! Będę lepszym królem!
- Ha! Królem? Od dziś nie jesteś już królem Sumatry!
On zdziwił się tak bardzo, że gdy Wasela odchodziła od niego, postąpił za nią i rzekł:
- To tylko tyle? Sądziłem że mnie zabijesz! To cała kara? Dzięki Ci Pani!
- Cała kara? Nie! Twoja kara, dopiero się zaczyna!
Mówiła prawdę. Następnego dnia wydała dekret, o odebraniu całego ziemskiego majątku byłego króla Sumatry, a po dwóch dniach odebrała mu i stały majątek. Trzeciego dnia, kazała go ściąć na dziedzińcu pałacu Cesarskiego w Wigrilnie.



Rozdział 5
„Wojna”
Był dwunasty kwietnia według kalendarza na południowej półkuli, 1248 rok po Narodzinach Jezusa Chrystusa, gdy Wasela pochodząca z Indochin, została wybrana na cesarzową Welonu, przez swoją poprzedniczkę Andlanikę V Głupią. Nazwano ją tak, z tego powodu, że naznaczyła na swą następczynię właśnie Waselę Indochińską, która okazała się największą władczynią Welonu, ale i największą tyranką w dziejach świata.
Jej pierwszym ważniejszym dekretem, było ścięcie Króla Sumatry, którego po śmierci nazwano Juliuszem Smutnym. Na nowego króla Sumatry wyznaczyła Saleza II Sumatrzańskiego.  Dwadzieścia dni po koronacji, wydała drugi ważny dekret, zajęła majątki wszystkich biskupów borneańskich i dzięki niezwykłemu bogactwu zyskanemu w ten sposób, powiększyła armię o trzysta tysięcy żołnierzy. Jej trzecim dekretem, który wydała po śmierci Andlaniki V było to, że Księstwo Doliny Jassu (które było lennem Welonu), włączyła do Cesarstwa całkowicie i rozpoczęła masowe mordowanie dawnych buntowników z Doliny Jassu. Jednakże włączenie Jassu do Welonu nie nastąpiło zbyt szybko. Po wydaniu dekretu, stał się wprawdzie jego częścią, ale przez następne kilka miesięcy bunty jassańczyków uniemożliwiały całkowite podporządkowanie tego kraju przez Welon.  Pierwszy bunt nie był zbyt wielki, buntownicy chcieli tylko przekonać Waselę do oddania im autonomii, ale ona ukarała ich za to wielkimi torturami. Wśród buntowników byli też rodowici welończycy, którzy też nie zgadzali się z dyktaturą cesarzowej. Gdy ci ludzie zginęli, w Dolinie rozpoczął się okres trwający około pół roku, podczas którego odbyło się około pięćdziesięciu protestów i buntów. Włączeniem Doliny Jassu do Cesarstwa, zaskoczyło i zagniewało wielu sąsiadów Welonu. Państwa takie jak Corsis, Jawa albo Filipiny, które już od kilkudziesięciu lat były okupowane przez Cesarstwo Welonu, zbuntowały się i rozpoczęły coraz częstsze ataki na ogromne państwo na Archipelagu Malajskim. Rozpoczęła się wojna!
Najpierw, zaatakowała Jawa, która została pozbawiona przez Welon ogromnych terytoriów na południowym - wschodzie Azji. Państwo to zniszczyło dwie wielkie twierdze na wyspie Celebes, potem sprzymierzyło się jeszcze z Królestwem Zachodniej Australii  i napadło na australijskie posiadłości Welonu. Następnym „mścicielem”, stało się księstwo Corsis. Książę wyruszył swą flotą w kierunku Nowej Gwinei, a gdy dotarł do wybrzeży tej ogromnej wyspy, spotkał się ze statkami Welonu. Początkowo bitwa morska, była wygrywana przez Corsis, ale gdy na miejsce przybyła flota latających statków, która przyleciała z królestwa Nassidy, zwycięstwo przechyliło się na stronę Welonu. Była to pierwsza zwycięska bitwa Cesarstwa, w Wielkiej Wojnie Wschodniej.
Przeciwko Welonowi podniosły się także (na podobieństwo Doliny Jassu) inne podległe państwa, między innymi Nassida, zamieszkała przez papuasów, Syjam, Królestwo Wschodnio-Australijskie, będące lennem Welonu, i wiele innych krain. Od tej chwili, państwo Waseli musiało toczyć dwie wojny. Jedna - Wielka Wschodnia, odrywała ziemie od Welonu, od zewnątrz, a druga – Wojna Domowa, rozrywała go od wewnątrz, kawałek po kawałku. Po około ośmiomiesięcznych walkach i bitwach, Wasela władała już tylko wyspą Borneo i paroma wysepkami wokół niej. Od momentu utraty przez Welon Kwazaru, Cesarzowa sama brała udział w bitwach, na swym okręcie; „Ogień Welonu”.
Gdy nastąpił piąty listopada, roku 1249 Odbyła się wielka bitwa w Dolinie Jassu. Podczas gdy przed bitwą, na wysokich wzgórzach, na północy państwa, w twierdzy Lairdu, (co znaczy „zwycięstwo” w języku jassańczyków) do walki szykowały się oddziały tubylców, na morzu, niedaleko od tego miejsca szykowały się do odlotu okręty Waseli. Przed atakiem na Lairdu, cesarzowa wypowiedziała pamiętne słowa- „Jeśli nie wygramy, to ludzie zapamiętają mnie jako potwora, jeśli wygramy, wojna będzie toczyć się dalej… Tak, czy siak, źle”.
Gdy pierwsze okręty zaczęły  ostrzeliwać boretami twierdzę, jassańczycy byli już w trakcie zaciętej bitwy z Karomnitami, czyli najemnikami wysłanymi tam przez Welon, pochodzącymi z południa Chin. Niektóre okręty osiadały na brzegu góry, załoga mogła to robić bez obawy, że statek może się przedziurawić, bo okręty miały miedziane, lub brązowe burty i dna. Z wielkich latających potworów, poczęli wychodzić żołnierze, ubrani w białe zbroje z wielkimi, dwuręcznymi mieczami w rękach, nazywanymi fomrechami, tj. „mieczami na smoki”.
Dolina Jassu przegrywała, ogromne kule wystrzeliwane z boretów kruszyły mury twierdzy i zabijały kilkadziesiąt ludzi naraz. Niektóre okręty lecące po niebie czasem zestrzeliwano z armat na lądzie, a te spadały w dół, a wodór który się w nich znajdował momentalnie się zapalał i eksplodował. W mieście, za twierdzą trwała bitwa między rycerzami welońskimi, a jassańskimi. Kamienice były poburzone, w gruzach po dawnych pałacach szlachciców stały armaty, którymi strzelali do siebie nawzajem stojący naprzeciw siebie   wojownicy z obu państw. W krótce pod zburzoną już twierdzą wylądował „Ogień Welonu”. Szybciej niż można byłoby przypuszczać, ze statku wyszła załoga, a na ich czele szła piękna, młoda dziewczyna o jasnych włosach, rozpuszczonych na ramiona, z kapitańską czapką na głowie. Gdy tak podążała w stronę miasta, na tle wystrzeliwanych kul, latających strzał, na tle wybuchów i walących się wież, z kamienną twarzą, nawet jej przyboczni rycerze czuli do niej ogromny strach. Po krótkiej chwili dotarli do miasta, tam walka toczyła się już tak mocno, że nie dało się właściwie przejść między ogniem, ciałami martwych żołnierzy oraz kałużami krwi i wody, która z powodu wielkiej wilgotności osadzała się na ziemi. Nagle na drodze Waseli stanął mały oddział jassańczyków, złożony z samych kobiet. Każda z nich trzymała stalową szablę, długą na około siedemdziesiąt centymetrów. One ruszyły w stronę cesarzowej od razu.
- Stójcie!- powiedziała do swych żołnierzy Wasela.- One są moje!
I postąpiła dwa kroki na przód. Jej szabla, uderzyła o szablę jednej z kobiet, przecinając ją i trafiając w głowę jassanki. W krótkim czasie sama zabiła wszystkie wojowniczki, z wyjątkiem jednej, która wyszła na zwalony mur miasta.
- Waselo!- zakrzyknęła.- Nadszedł kres twego panowania, twojej dyktatury. Jam Lonaika, córka Rongwiera, księcia Doliny Jassu, którego zabiłaś.
- Nie uda ci się pokonać mnie i moich wojsk- odrzekła na to Wasela.
- Zobaczymy!
I skoczyła do niej. Rozpoczął się historyczny pojedynek. Wasela początkowo uderzała szablą pewnie, z uśmiechem na ustach, była bowiem pewna zwycięstwa. Po chwili jednak poczęła się cofać, a uśmiech powoli znikał z jej twarzy. Gdy doszła do ściany jednego z budynków, mocno się zamachnęła, tak że jej przeciwniczka przewróciła się na ziemię. Cesarzowa zaś otwarła drzwi budynku, który za nią był i weszła po schodach na płaski dach. Tam, brzegi poszycia płonęły, jarzyły się wysokim, pomarańczowym ogniem. Wasela zrozumiała, że nie będzie mogła teraz uciec, skupiła się więc i spojrzała za siebie. Stała tam Lonaika, ze złamaną szablą w ręce. Złamała ją podczas walki z cesarzową kilkanaście minut wcześniej.
- To już koniec!- krzyknęła księżniczka Doliny Jassu.- Poddaj się, a może cię oszczędzimy!
- Nigdy!- wrzasnęła już całkiem przerażona Wasela.
Wtedy Lonaika poszła do przodu i znów rozpoczęła się walka. Trwała kilka minut, pod koniec pojedynku obie stanęły naprzeciw siebie i zaczekały chwilę. Wtem Waseli przed oczami przeleciało jej całe życie. Zobaczyła swoje koleżanki z dzieciństwa, swoich rodziców, a nawet to jak umierali na jej oczach. Ujrzała jak poprzysięgła sobie zemstę na mordercach swoich rodziców, czyli jassańczyków, jak zaczęła trenować walkę, jak wstąpiła do wojska i jak szybko awansowała na generała, a potem na królową Nassidy. Przypomniała sobie swój wybór na cesarza Welonu i całą resztę wydarzeń, aż doszła do tej chwili która właśnie trwała. Lonaika skoczyła do niej i zadała jej cios mieczem w szyję. Wasela wpadła w ogień na skraju dachu i spadła z domu, prosto do znajdującej się obok stodoły, gorejącej żarem. Z jej głowy spadła korona, a ona sama poniosła śmierć. Wasela Indochińska umarła.



Rozdział 6
„Nowa Era”
W roku 1250, pierwszego stycznia, w Wigrilnie, zebrali się władcy i obywatele wszystkich państw, które brały udział w Wielkiej Wojnie Wschodniej i w Wojnie Domowej w Welonie. Najpierw odbyła się tam uroczysta msza święta, odprawiona przez samego papieża, który przyjechał z Państwa Kościelnego. Podczas mszy, na cmentarzu, na obrzeżach miasta, pogrzebano Waselę. Po Mszy, wszyscy wyruszyli do pałacu cesarskiego, gdzie ustalono warunki kapitulacji Cesarstwa Welonu. Kraj ten zlikwidowano, podzielono go zaś na wiele mniejszych państw. Przywrócono też dawne terytoria Królestwie Jawy, Księstwu Corsis, Hajnanowi i innym. Na Borneo, i na części Celebes, stworzono Królestwo Kwazaru, ale i tak nadal nazywano je Welonem. Wirumd II, Wielki, książę Hajnanu, przyjął tytuł króla,  Westran II, król Zachodnio Australijski, tak samo jak Władysław, król Wschodniej Australii, który był lennikiem cesarza Welonu, przyjęli tytuły cesarskie. Powstały więc dwa cesarstwa; Wschodnio i Zachodnio Australijskie. Było to ważne wydarzenie, gdyż zwiększyło to znaczenie Australii i pobliskich terenów na świecie.
Na zjeździe w Wigrilnie, pojawili się również władcy bardzo odległych państw. Wśród nich był cesarz Bizantyjski Wojciech VI Brunatny, który to koronował na króla państwa Jatriku niejakiego Musara Indochińskiego, brata Waseli. Kilkadziesiąt lat później, po jego śmierci, został ogłoszony świętym.
Po uroczystościach i po Zjeździe, wszyscy ruszyli do Doliny Jassu. Tam, w mieście Torunma, przy ujściu rzeki Sepik, na władcę państwa koronowano Lonaikę, córkę Rongwiera. Ona, przy wiwatach i śpiewach zwycięstwa, szła między tłumami i zaczęła śpiewać pieśń, dawny, bardzo dawny hymn Doliny Jassu, który śpiewano jeszcze przed podbiciem jej przez Welon, w czasie wojny.

„Gdy się skończą walki, boje,
Gdy zakończy Welon draństwa,
To postawimy na swoje,
Podniesiemy nasze państwa.

Każdy, kto w Boga wierzy,
Niechaj idzie do pacierzy.
I niech się modli owocno,
Żeby Jass znów powstał mocno!

Gdy już wstanie państwo nasze,
To wzniesiemy w górę miecze,
Oddamy wam domy wasze,
I ucieszymy się wielce.

Każdy, kto w Boga wierzy,
Niechaj idzie do pacierzy.
I niech się modli owocno,
Żeby Jass znów powstał mocno.”
           
Gdy minęło kilkanaście lat spokoju na świecie, Królestwo Hajnanu napadło na północne terytoria Królestwa Filipin i wojny rozpoczęły się na nowo…










white rose

GABRIELA  MACHOLNIK

SZKOŁA PODSTAWOWA - I miejsce

          🌹white rose🌹

Bohaterowie:
- Skylar 'Skye' Edwards/Stark
- Anthony 'Tony' Stark
- Natasha 'Nat/Tash' Romanoff
- Wanda Maximoff
- Steven 'Steve' Rogers
- Clinton 'Clint' Barton
- Bruce Banner (pojawia się jeden raz/wspomniany)
- Rita Shellyer
- Thor (tylko wspomniany)
   Widzicie tę zabieganą nastolatkę? To ja. Przeciętna dziewczyna. Superstary, czarne jeansy z dziurami na kolanach i bordowa koszulka na ramiączkach. Zapomniałam jeszcze wspomnieć o iPhonie. Jak już mówiłam - przeciętna, tylko ,że miałam białe włosy. Przemierzałam ulice New Jersey w poszukiwaniu najbliższej kawiarni, abym mogła spędzić chwilę z daleka od nauki.  Zobaczyłam Starbucks'a. Przyspieszyłam i po pięciu minutach byłam na miejscu. Usiadłam przy wolnym stoliku, który był zaraz obok przestrzennego okna. Odłożyłam torebkę na krześle obok mnie i zerknęłam w stronę lady. Stała tam drobna blondynka. Nazywała się Rose. Często mnie obsługiwała i trochę się znałyśmy. Kiedy się do niej uśmiechnęłam, podeszła w moim kierunku.
- To co  zawsze ? – zapytała z uśmiechem.
- Oczywiście - oddałam uśmiech.
Blondynka zniknęła za dużymi drzwiami i po pięciu minutach wróciła z moim ulubionym napojem, czyli karmelowym latte. Skinęłam głową w podziękowaniu i zajęłam się konsumowaniem. Podczas gdy zamierzałam wziąć kolejny łyk, zawibrował mi telefon. Odłożyłam szklankę na stolik i odczytałam wiadomość od przyjaciółki. Napisała, że chce się dziś spotkać pod uniwersytetem. Odpisałam, że chętnie się z nią zobaczę, po czym odłożyłam telefon i zamoczyłam usta w przepysznym latte.
  
   * * *

   Byłam w drodze na spotkanie. W uszach miałam słuchawki, przez które leciała moja ulubiona piosenka. Kiedy widziałam już budynek uniwersytetu, trochę zwolniłam. Przecież nikt by mnie nie zabił za dwie minuty spóźnienia. Gdzieś w oddali zobaczyłam przyjaciółkę. Na przywitanie przytuliłyśmy się, a poźniej dziewczyna przeszła do konkretów.
- Wieeesz... Potrzebuję pomocy - powiedziała.
- Ohh, Rita... Wiedziałam, że to nie będzie bezinteresowne - zaśmiałam się.
- Oj tam. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką, a co robią najlepsze przyjaciółki? Pomagają sobie w potrzebie!
- Z czym sobie nie umiesz poradzić? – spytałam .
- Zgadnij.
- Z matematyką.
- Ah, jak ty mnie dobrze znasz - złapała się teatralnie za serce.
- Zrobię to za ciebie. Pod jednym warunkiem - przewierciłam ją wzrokiem.
- Zawsze dajesz ten sam warunek - zaśmiała się.
- Ale ci powtórzę. Gdybyś przypadkiem zapomniała. Nikomu nic o mojej przeszłości - odpowiedziałam surowo.
- Skylar, dobrze wiesz, że nigdy nic nikomu nie powiem - położyła mi rękę na ramieniu.
- Wiem... Ale nie chcę wiedzieć, co by się działo, gdyby ktoś się dowiedział chociaż o jednej rzeczy ,jaką zrobiłam - uśmiechnęłam się słabo.
- Przysięgam, nic nie mówić. Mogę dziś do ciebie wpaść?
- Ehh... Może jutro - odpowiedziałam niechętnie.
- Coś się stało?
- Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nie martw się - pocieszyłam ją.
Pożegnałyśmy się i wróciłam do swojego pokoju. Odłożyłam torebkę na fotelu, a sama rzuciłam się na kanapę. Wyciągnęłam stary album ze zdjęciami z dzieciństwa. Przeglądałam jedno zdjęcie po drugim, wyczekując na moje ulubione. W końcu,po kilkunastu przewróconych kartkach, znalazłam je. Byłam na nim ja w pięknej białej sukience. Stałam na środku łąki. Nie wiedziałam skąd to zdjęcie i kto je zrobił. W sumie, to o żadnym z tych zdjęć nic nie wiedziałam. W oczach znów stanęły mi łzy. Uwielbiałam wracać wspomnieniami do tamtych czasów, ale zawsze się rozklejałam. Włożyłam fotografię z powrotem do albumu i odłożyłam go na półkę. Za to, co kiedyś robiłam, nienawidziłam siebie. Czasami nie potrafiłam spojrzeć na swoje odbicie w lustrze. Jak ja mogłam tak traktować niewinnych ludzi? Wykańczałam ich psychicznie... Albo sami popełniali samobójstwo, albo zabijało ich moje szefostwo. Najbardziej śmieszył mnie fakt, że gdy stwierdzili, że już zbyt długo u nich przebywam, wywalili mnie. Od razu po tym dokonałam dwóch prób samobójczych, które skończyły się - jak widać - tym, że nadal żyję. Moje nadgarstki były pełne blizn oraz cięć - starszych i nowszych.
     Nie wytrzymałam i zaczęłam płakać. Przyciągnęłam kolana do klatki piersiowej i objęłam je. Jedyną rzeczą, o jakiej teraz myślałam, była ucieczka. No i to zrobiłam. Wyciągnęłam z szafy czarny plecak. Spakowałam do niego kilka ubrań na zmianę, prowiant, całe oszczędności, album ze zdjęciami i scyzoryk. Ubrałam białe adidasy, czarne legginsy, bordową bluzę, a na to zgniłozieloną kurtkę. Napisałam krótki list do Rity z podziękowaniami za wspólnie spędzony czas i zostawiłam go na stoliku. To była ucieczka, więc nikt z uniwersytetu nie mógł mnie zobaczyć. Była już 23. Wszyscy powinni spać. Wybiegłam ze swojego pokoju, nie zamykając nawet drzwi. Biegłam przed siebie. Zwolniłam dopiero na ulicy. Zgarnęłam najbliższą taksówkę i pojechałam na obrzeża miasta. Wysiadłam z samochodu, zapłaciłam za przewóz i stanęłam na środku nieruchomej drogi. Kiedy taksówkarz się oddalił, pozostałam sama na p u s t k o w i u .Z jednej strony był las, od którego dzielił mnie spory rów. Wzięłam rozbieg i skoczyłam. Pewnie zatrzymałam się ma ziemi. Szłam przed siebie bez żadnego celu i w końcu czułam się wolna. Moje białe włosy tańczyły z wiatrem, uspokajając mnie. Wciągnęłam nosem świeże powietrze. Uśmiechnęłam się do siebie i kontynuowałam wycieczkę. Pewnymi krokami stąpałam po opadniętych liściach. Kiedy dostrzegłam przed sobą mały, stary budynek, stwierdziłam, że się w nim zatrzymam . Weszłam do środka i rozejrzałam się. Ściany pokrywała częściowo zdarta, szara tapeta, a podłogą były ciemnobrązowe deski. Zwracając głowę ku górze, spostrzegłam żarówkę. Zerknęłam na ścianę i wcisnęłam włącznik. Ku zdziwieniu - zadziałało. W domku zrobiło się jaśniej. Wtedy zobaczyłam więcej szczegółów. Na podłodze leżał mały, szary dywan, a w rogu stała kanapa w dość dobrym stanie. Były tu również dwa krzesła oraz stół. Plecak odłożyłam pod ścianą, a sama wyszłam na zewnątrz , aby sprawdzić okolicę.
   Przechadzałam się po ciemnym lesie. Coś mignęło mi w oku. Okazało się, że to księżyc, odbijający się w tafli wody. Przed sobą miałam duże jezioro. Uśmiechnęłam się pod nosem. Ściągnęłam kurtke, bluzę i buty. Zostając w samych legginsach i biustonoszu, stanęłam na brzegu. - Raz się żyje - powiedziałam do siebie. Wzięłam rozpęd i wpadłam w objęcia zimnej cieczy. Wynurzyłam głowę i zaczęłam się śmiać. Nie tak normalnie. Zaczęłam się śmiać jak psychopatka. Po prostu ktoś chory na umyśle. Wystraszyłam samą siebie. Szybko wyszłam z wody, wzięłam z ziemi bluzę, buty oraz kurtkę i pobiegłam do domku. Tam zamknęłam drzwi na kłódkę. Przebrałam się w jeansy i czystą bluzę. Mokre ubrania zawiesiłam na krześle. Usiadłam na kanapie, zastanawiając się, co ja tak właściwie robię. Oczywiście nie ruszyłabym się nigdzie bez czegoś ostrego, więc wyjęłam z plecaka żyletkę. Przyłożyłam ją do nadgarstka i przez chwilę się powstrzymałam. Zastanowiłam się, czy jest sens się ciąć. Ale jednak to zrobiłam. Na mojej ręce pojawiły się cztery nowe rany. To było jak ulga dla całego ciała. Wyciągnęłam bandaż i owinęłam nadgarstek. Zgasiłam światło, położyłam się na kanapie i zasnęłam.


   * * *

  Przemierzałam gęsty las. Było już dość ciemno, ale gdzieś w oddali dojrzałam latarnie. Stwierdziłam, że skoro jest latarnia, to jest i droga. Przyspieszyłam kroku. Po kilku minutach, byłam już pewna, że widziałam jezdnię. Musiałam jeszcze tylko przejść przez dół. Koniec  mordęgi z lasem.Poprawiłam plecak, włosy oraz kurtkę. Wzięłam rozbieg i przeskoczyłam nad przeszkodą. Zgrabnie wylądowałam na poboczu. Nieopodal zobaczyłam mały, betonowy budynek bez dachu. Pomyślałam, że tam zatrzymam się do rana. Zaczęłam podążać  w tamtym kierunku. Ledwo zdążyłam stabilnie położyć stopę na jezdni, gdy coś mną szarpnęło. Poczułam zimny metal otulający moje ramiona.To "coś" leciało ze mną z niewyobrażalną prędkością.Trochę zwolniło i rzuciło mną o ścianę budynku, który widziałam.Wszystko zaczęło mnie boleć, łzy stanęły w oczach.Przede mną stanął czerwono-złoty robot.Nie miałam odwagi się ruszyć Przymknęłam oczy i uroniłam kilka łez.
- Co zamierzałaś zrobić?! – warknął robot.
- Zostaw mnie! - krzyknęłam.
- Mów natychmiast!
- odpowiadał jego zniekształcony, komputerowy głos.
- Zostaw mnie ty metalowa puszko! -  krzyknęłam i zaczęłam mocniej płakać.
- Ah. Przepraszam za brak kultury  - powiedział i zsunął maskę z twarzy.  Moim oczom ukazał się brunet z zarostem, o ciemnobrązowych  oczach.   Miał kilka ran na twarzy.
- Czego ode mnie chcesz? - zapytałam spokojnie.
- Eins, ja tu zadaję pytania. Zwei, masz na nie odpowiadać i nie zgrywaj niewiniątka.  Dobrze  wiem co chciałaś zrobić - warknął.
- Rób ze mną co chcesz.  Wszystko mi jedno.
Jednym słowem  - poddałam się.
  Blaszak zsunął maskę na twarz i chwycił mnie. Polecieliśmy w nieznane mi miejsce.  W pewnym momencie zawisnęliśmy w powietrzu.  Spojrzałam w dół , byliśmy cholernie wysoko.  Serce mi stanęło. Zlecieliśmy trochę niżej i dostrzegłam, że na drodze pod nami są dwie osoby. Blaszak mnie puścił i zaczęłam spadać. Miałam trochę wprawy, więc, aby nie połamałać wszystkich kości przy lądowaniu,  zrobiłam przewrót. Stanęłam na prostych nogach i otrzepałam się z kurzu. Chwilę później pojawił się pan ,,Latająca Puszka". Stanął obok swoich towarzyszy.
- Mam ją - odezwał się ściągając maskę.
- Ty imbecylu!  Ona ma zaledwie 15 lat! – powiedziała rudowłosa kobieta w czarnym stroju.
- Siedemnaście... - wtrąciłam.
- Dla kogo pracujesz? –  zwrócił się do mnie “Puszka.”
- Dla nikogo - jęknęłam, znudzona jego pytaniami.
- Nie chcesz po dobroci, to lecimy.
Znów mnie chwycił i poleciał ze mną w nieznane.  Zastanawiałam się, kim oni są, co ja takiego zrobiłam i o co jestem podejrzewana. Wlecieliśmy na pokład samolotu;znów miałam bliskie spotkanie z podłożem.
- Jak się nazywasz? – zapyta ł mnie wysoki blondyn.
- Skylar - burknęłam pod nosem.
- Co robiłaś na dro... - zaczął kolejne pytanie, ale go nie skończył, gdyż przerwał mu komputerowy głos.
- Skylar Edwards, lat siedemnaście - zakomunikował ” Puszka”.
- Czy możecie mnie łaskawie odstawić na ląd?!  - krzyknęłam.
- Nie - odpowiedział i zniknął za sterami.
Rozejrzałam się dookoła.Rudowłosa zerkała na mnie podczas rozmowy z blondynem. Podwinęłam rękawy bluzy, a na lewym nadgarstku miałam bandaż.Schowałam twarz w dłoniach.  Tak minęła cała podróż.  
  Wyprowadzili mnie z samolotu, jakbym była jakimś przestępcą. Posadzili mnie w ogromnym salonie na kanapie.
- Dobra. A teraz  gadasz. Co robiłaś na drodze? - zapytał Puszka.
- Stałam - uśmiechnęłam się złośliwie.
- Nie graj ze mną! -  krzyknął. - Zamknijcie ją w pierwszej, lepszej celi - wydał polecenie.
- Tony! To jeszcze dziecko - w mojej obronie stanęła rudowłosa.
- To się nią zajmij - warknął.
- Chodź ze mną - zwróciła się do mnie.
Jak kazała , tak zrobiłam. Podążałam za nią.  Zaprowadziła mnie do białego pokoju z niebieskimi dodatkami.
- Zatrzymasz się tutaj.  Lepiej nie wychodź i nie próbuj uciekać - powiedziała.
- Ale...
- Nie próbuj, bo twoje ciałko spotka się z mocą trzydziestu tysięcy woltów, kochaniutka. Nie sądzę, żeby to był najprzyjemniejszy sposób na śmierć.
- Dobrze wiedzieć, co mnie czeka... - mruknęłam pod nosem.
- Tak w ogóle, jestem Natasha Romanoff
- podała mi dłoń.
- Skye - uścisnęłam jej dłoń.
- Przepraszam cię za zachowanie tego idioty, ale coś go najwyraźniej ugryzło.
- Nie ma sprawy...
Kobieta skinęła głową i zostawiła mnie samą. Położyłam się na łóżku i szybko zasnęłam.

  * * *
   Usłyszałam pukanie do drzwi. Nie zdążyłam się nawet odezwać i ktoś wszedł do środka. Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam pana  Puszkę”, ale tym razem bez tej swojej zbroi.
- Idziesz ze mną - powiedział.
- Chwilę zgredzie - wymamrotałam.
- Natychmiast! - wrzasnął, a ja zerwałam się na równe nogi.
- Kim ty w ogóle jesteś?! - krzyknęłam zbulwersowana. - Znalazła się matka i będzie mi mówić, jak mam żyć.
- Anthony Stark  - powiedział i wyszedł z pokoju.
Dmuchnęłam w pasemko włosów, które opadało mi na twarz. Podniosłam się z łóżka i wyszłam na korytarz za brunetem. Nie wiedziałam,  z jakiego powodu nadal tu tkwiłam. Doszliśmy do dziwnego, szklanego pomieszczenia, na środku którego stał stół z dwoma krzesłami naprzeciw siebie. Kazano mi wejść do środka i chwilę zaczekać.  Czekałam.
- Witaj - powiedział czarnoskóry mężczyzna, wchodząc do pomieszczenia.
- Dzień dobry... - odpowiedziałam niepewnie.
- Jestem Nick Fury.  Będę cię przesłuchiwał.
- Skylar Edwards... - uniosłam jedną brew.
- Więc. Co robiłaś wczoraj na obrzeżach miasta? - zapytał siadając po drugiej stronie stołu.
- Mieszkam tam - mruknęłam pod nosem.
- A co robiłaś na drodze?
- Stałam! -  krzyknęłam.
- Nie unoś się. Pytam cię kolejny raz, co robiłaś na drodze? Odpowiedz grzecznie,  a nie zrobię ci krzywdy.
- Nic! - w oczach stanęły mi łzy.
- Zdajesz sobię sprawę z tego, że ci nie wierzę? - powiedział spokojnym głosem.
- I to jak. Musicie mi uwierzyć!  Niczego  nie zrobiłam...
- Nick!  Zostaw ją w spokoju! -  krzyknęła  Romanoff, wchodząc do pomieszcznia.
- Nie przeszkadzaj mi - warknął.
- Chodź ze mną - rudowłosa zwróciła się do mnie, wystawiając rękę.
Chwyciłam jej dłoń i ją przytuliłam.Chociaż ona jedna wierzyła, że jestem niewinna.Zaczęłam płakać.
- Uspokój się. Będzie  dobrze  - pocieszyła mnie.
Zaprowadziła mnie do pokoju. Tam, jako że była dopiero pierwsza po południu, usiadłam w fotelu i wpatrywałam się w panoramę miasta. Przyłożyłam dłoń do szyby i zaczęłam stukać w nią palcami. W oczach stanęły mi łzy. Znów chwyciłam za żyletkę. Pod wpływem stale napływających emocji i ręce zaczęły mi się trząść.  Nie mogłam utrzymać w palcach kawałka ostrza i rzuciłam nim o ścianę.
- Nie wytrzymam... - powiedziałam do siebie i usiadłam na podłodze.
Usłyszałam pukanie. Stark wszedł do środka bez mojego zaproszenia. Spojrzałam na niego, ale zanim zdążyłam się odezwać, on zrobił to za mnie.
- To ciekawe, co znalazłem... – zaczął –“Skylar Edwards, uczennica, lat 17 .Mieszkała z dziadkami”.
- Zamknij się... - przerwałam mu.
- …”Podczas strzelaniny w Nowym Jorku jej matka zginęła, a ojca nie znała” - kontynuował.
- Przestań... - wybuchnęłam płaczem.
- Ile mogła mieć wtedy lat? Z  dziesięć ?
- Możesz się zamknąć?!
- Czekaj. Jeszcze najlepsze:”Dziewczyna uciekła trzy miesiące temu i uznaje się ją jako zaginioną. Ma  białe włosy i ciemnobrązowe oczy ... - zakończył.
- O co ci chodzi?! - krzyknęłam.
- O to, że wrócisz do domu.
- Nie. Dom dziadków to nie jest MÓJ dom.
- I tak tam wrócisz.
- Nie! Skoro pan znalazł o mnie tyle informacji... Mam wyzwanie - uśmiechnęłam się delikatnie.
- Podejmuję je - odpowiedział dość szybko.
- Nawet nie wiedząc, jakie to zadanie? – trochę się zdziwiłam.
- Tak - powiedział pewnie.
- Więc... Ta twoja maszyna umie znaleźć wszystkich? - zapytałam.
- Owszem.
- Znajdź mojego ojca - powiedziałam pewnie.
- Jak coś znajdę, od razu cię powiadomię - powiedział i wyszedł.

     Siedziałam sama cały dzień. Kiedy tylko się ściemniło, spłynęła na mnie fala emocji.  Miałam ochotę krzyczeć, płakać, śmiać się. Stwierdziłam, że dla uspokojenia mogę się przejść po budynku. Wstałam z łóżka i wyszłam z pokoju. Chodziłam białymi korytarzami, aż natknęłam się na ogromne pomieszczenie.Z wyglądu przypominało salon z barem. Na kanapie  siedzieli mężczyzna i kobieta.
- Dobry wieczór - przywitałam się.  Oboje   spojrzeli w moją stronę.
- Ty musisz być tą Skylar - odezwała się kobieta.
- Mhm - skinęłam głową.
- Miło poznać - uśmiechnęła się.
- Ja jestem Clint Barton, a ona to Wanda Maximoff - przejął głos szatyn.
- Skye - uśmiechnęłam się.
- Słyszeliśmy, że rzuciłaś Tony'emu rękawicę - powiedziała Wanda.
- No tak – podrapałam się po karku.
- Trochę śmieszy mnie fakt, że od razu pobiegł do laboratorium . Nie wiem, czy chcę się ciebie szybko pozbyć, czy napawać się zwycięstwem - zaśmiała się.
- Też nie wiem - prychnęłam.
Chwilę z nimi porozmawiałam, po czym pożegnałam się i wróciłam do pokoju.Byłam zmęczona. Położyłam się na łóżku i szybko zasnęłam.  Podczas snu czułam nieprzyjemne kłócie.  Przebudziłam się i było gorzej. Każdy kolejny wdech bolał. W pewnym momencie zastanowiłam się, czy nie przestać po prostu oddychać. Inne takie przypadki jakoś dało się przeżyć,  ale to już przesada. To tylko kolejny znak, że nic nie mogę zrobić i zasługuję na śmierć. Zaczęłam się dusić.  Jedyne,  o czym teraz mogłam myśleć, to pomoc albo śmierć.  Zemdlałam.

   * * *

  Uniosłam ciężkie powieki. W pomieszczeniu było ciemne światło, do którego szybko się przyzwyczaiłam.Niedaleko mnie stali Stark, Natasha, Wanda, Clint, blondyn, którego już raz spotkałam i czarnowłosy,  którego widziałam po raz pierwszy.
- Same z nią problemy - odezwał się Stark, jakby zdenerwowanym głosem.
- To nie jej wina - powiedziała rudowłosa.
- Jak tam ci idą poszukiwania jej ojca? - zapytała Wanda.
- No... Yhh... – zaciął się.
- Znalazłeś go. Możemy ją do niego oddać. Jej ojciec może chcieć ją poznać - wtrącił Clint.
- Taa... Tylko że jej ojciec nie jest w stanie się nią teraz zająć… – Stark kontynuował.
- W takim razie, kto to?
- No... Marginesy wykazały... Że, no ten.. - przerwał. - Że największą zgodność mam ja - dodał na jednym wdechu. Lekko drgnęłam.
- Czy ty się właśnie chciałeś pozbyć się własnej córki?! - krzyknęła Natasha.
- Nie no... To nie tak...- próbował się tłumaczyć.
- Wyjdź stąd - blondyn zwrócił się do Stark'a.
- Dziewczyny zajmijcie się nią. My zabieramy Tony'ego na męską rozmowę.
Kiedy usłyszałam, że panowie wychodzą, otworzyłam oczy. Uniosłam lekko głowę i zobaczyłam, że zostałam sama z Wandą i Natashą. Przeniosłam się do pozycji siedzącej i spojrzałam na dziewczyny, słabo się uśmiechając. Romanoff usiadła obok mnie i objęła mnie ramieniem, a Wanda zajęła miejsce na krześle.
- Powinnaś odpoczywać - powiedziała Maximoff.
- Wiem... - odezwałam się niepewnie.
- Jak dużo słyszałaś z tej rozmowy?
- Wystarczająco dużo - w oczach stanęły mi łzy. Natasha przyciągnęła mnie bliżej siebie.Nie wytrzymałam i zaczęłam płakać w jej ramię.
- Skye... Ten bandaż... - powiedziała rudowłosa.
- To nic takiego - schowałam rękę za plecami.
- Zostawimy cię. Odpocznij - powiedziała Maximoff i obie wyszły z pomieszczenia.
I znów sama. Położyłam się i zasnęłam.

   * * *

   Przebudziłam się. W pokoju przy oknie stał Stark.  Usiadłam na łóżku i popatrzyłam na niego. Dopiero po chwili zorientował się, że już nie śpię.  Podszedł do mnie kilka kroków.
-  Jak się czujesz? - zapytał po chwili ciszy.
- Lepiej - odpowiedziałam.
- Nie wiem, co teraz... - powiedział. Na jego twarzy widziałam zmieszanie.
- Oddaj mnie do dziadków. Niczego od ciebie nie chcę - powiedziałam bez zastanowienia.Nie chcę się mu narzucać. Skoro sam nie proponuje, abym z nim została, po prostu mnie nie chce.
- Dobry pomysł. Za kilka godzin pojedziemy.

   * * *

  Wyciągnęłam plecak z bagażnika i bez słowaruszyłam leśną ścieżką, prowadzącą do domu dziadków Kopałam kamyki , walające się po dróżce.Łzy znowu wypełniły moje oczy. Odwróciłam się do tyłu, a samochodu Stark'a już nie było. I na co ja głupia liczyłam? Że nagle zmądrzeje i po mnie wróci?Marne szanse.Czekała mnie długa droga.  Szłam powolnym krokiem, aby zapamiętać każdy szczegół krajobrazu:iglaste drzewa, przeplatane biało-czarnymi brzozami, szelest liści, śpiew ptaków, dźwięk strumyka.Wszystko wydawało się tak piękne i tak niesamowite.  Poczułam się jak w dzieciństwie. Postanowiłam zboczyć z drogi i znaleźć łąkę z fotografii. Przemierzałam las, aż w końcu ją zobaczyłam. Dokładnie taką samą. Pobiegłam na jej środek i padłam na trawę śmiejąc się. Otaczała mnie  masa stokrotek i maków. Było tak cudownie. Podsunęłam plecak pod głowę i wylegiwałam się,dokładnie przyglądając się niebieskiemu sklepieniu. Nie chciałam tego wszystkiego tak kończyć. Nagle usłyszałam swoje imię.
- Skye! Skylar?!
Podniosłam się z ziemi i rozejrzałam dookoła.Nic.Chyba coś mi się przesłyszało. Wróciłam do poprzedniej czynności. I znów wołanie. Tym razem nie podnosiłam się, ale usiadłam. Rozglądnęłam się i co?  Pusto. Zdenerwowałam się.Wyciągnęłam z plecaka telefon oraz słuchawki i włączyłam muzykę. Zamknęłam oczy i odpłynęłam w swój świat. Znów czułam cudowne zapachy kwiatów i świeże powietrze.Brałam głębokie wdechy Coś wyciągnęło mi słuchawki z uszu. Otworzyłam oczy i zobaczyłam Stark'a.
- Co? Ty? - zdziwiłam się.
- Przepraszam - powiedział i przytulił mnie z całej siły. - Byłem przekonany, że to dobra decyzja... Pomyliłem się.Myślałem, że nie jestem zbyt odpowiedzialny, ale nie potrafię cię zostawić Skye.Wybacz mi.
Nic nie powiedziałam.Schowałam się przed światem w jego objęciach i zaczęłam płakać.Pogłaskał mnie po włosach.
- Wszystko będzie dobrze - szepnął.
- Skąd mam mieć pewność, że mnie nie zostawisz? -wymamrotałam Moje oczy były pełne strachu, nadziei i smutku w jednym.
- Wtedy... Kiedy zemdlałaś, to ja cię znalazłem Myślałem, że serce stanie mi w momencie, w którym cię zobaczyłem. Tak cholernie się wystraszyłem, że coś może ci się stać... Zastanawiałem się czy na pewno dam radę...Teraz już się nie zastanawiam. Wróć ze mną do domu.

  'Do domu'...

- Masz pierwsze zadanie - uśmiechnęłam się, wziąż mając łzy w oczach.
- Słucham.
- Bądź przy mnie - powiedziałam.
- Obiecuję - powiedział i odgarnął mi pasmo włosów za ucho.
Wtuliłam się w niego. Płakałam, a on głaskał mnie po plecach. Byłam cała roztrzęsiona.
- Postaram się być dla ciebie najlepszym wsparciem.Już nigdy cię nie zostawię.Wracajmy - powiedział.
- Nie. Odpocznijmy - złapałam go za nadgarstek, kiedy zaczął się podnosić.
- Skoro nalegasz - uśmiechnął się.
Położyliśmy się na trawie. Tony opierał się na moim plecaku, a ja trzymałam głowę na jego klatce piersiowej. Bawił sie moimi włosami. Nie wierzyłam w to, co się stało.W końcu znalazłam ojca. Wiele myśli chodziło po mojej głowie.
- Skye... - głos Stark'a wyrwał mnie z letargu.
- Tak?
- Po co ci ten bandaż? - spytał.
- To nic takiego - wymusiłam uśmiech.
- Powiedz mi - nalegał.
- Tony... Nie chcę o tym mówić.
- Dobra. Powiesz mi,  kiedy będziesz chciała - powiedział z delikatnym uśmiechem.
- Nadal nie jestem do ciebie przekonana.
- Nie zawiodę cię. Zaufaj mi.
- Tony, to nie jest tak, że ci nie wierzę. Ja...Po prostu boję się zmian. Boję się, że znów zostanę sama i... - nie wytrzymałam.Zaczęłam płakać.
Stark przytulił mnie do siebie. Trwaliśmy tak do chwili, aż zasnęłam.

   * * *

  Obudziłam się. Chwilę mi to zajęło, ale zorientowałam się, że Tony niesie mnie na rękach.Oplotłam jego szyję rękami i uśmiechnęłam się.
- No, Śpiąca Królewna - odezwał się, udając oburzonego.
- Wybacz - zaśmiałam się cicho.
- Musimy się zbierać. Burza idzie.
- Dobrze...Możesz mnie już postawić.
- Nie - powiedział z uśmiechem.
- Poradzę sobie!
- Ale jesteś moją królewną. Dla ciebie wszystko, co najlepsze - powiedział, na co ja się zaśmiałam.
Spojrzałam w niebo. Faktycznie , chmury były ciemnoszare. Szła burza,której panicznie się bałam.  Musiałato być trauma z dzieciństwa. Nie mogłam patrzeć w stronę piorunów, ślepo wędrujących po niebie.Bałam się tego.Wzdrygnęłam się na samą myśl.Popatrzyłam w oczy Tony'ego.
- Wszystko dobrze? - zapytał.
- Tak...
Nie pytając o nic więcej, zasniósł mnie do samochodu. Pojechaliśmy z powrotem do wieży. Co chwilę zerkałam na niebo. Czułam starch wypełniający moje ciało. Do ego jeszcze zaczął padać deszcz. Niezręczną ciszę przerwał telefon Stark'a Odebrał i włączył rozmowę na głośnik.
- Gdzie ty jesteś?! - ktoś krzyczał do słuchawki.
- Spokojnie. Już wracam - odpowiedział Tony.
- I co ze Skye?
- Cała i zdrowa.
- Dobrze. Muszę kończyć. Chłopcy właśnie rozwalają  ci salon.
- Co?! Nie! Czekaj! -zaczął krzyczeć. Za późno, bo połączenie zostało zakończone. - Banda chorych... - nie dokończył. Zaśmiałam się pod nosem.
- Kto dzwonił? - spytałam.
- Natasha. A co?
- Nic.  Nie powiedziałeś jej, że jestem z tobą.
- Owszem. Wbrew pozorom Natasha bardzo cię polubiła. Tak samo Wanda i Clint.
- Cieszę się.
Dalsza droga przebiegła w ciszy.Przyglądałam się kroplom deszczu, ścigającym się po szybie, drzewom tańczącym z wiatrem i błyskawicom błądzącym po niebie.To trzecie najbardziej mnie przerażało.Odwróciłam wzrok i spojrzałam na swoje dłonie. Nie powiem Tony'emu, że boję się burzy... Uzna mnie za słabą...Oparłam się o siedzenie, zmrużyłam oczy i zasnęłam.

   * * *

- Skye, obudź się -usłyszałam głos Stark'a.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam,że byliśmy w garażu.Rozejrzałam się. Wokół nas stało ze trzydzieści różnych samochodów sportowych.Spojrzałam na Tony'ego.
- Wytłumaczysz mi proszę, po co ci tyle aut? - spytałam.
- Jak jedno mi się znudzi, to mogę wziąć drugie. I tak w kółko. A po drugie, jestem miliarderem, więc mnie stać  - odpowiedział.
- I do tego jaki skromny... - zaśmiałam się.
- Chodźmy do salonu.
Wzięłam plecak.Weszliśmy do windy.Stark wcisnął przycisk z numerem czterdziestym. Kiedy wyjechaliśmy, skierowaliśmy się do salonu.Większość rzeczy była zdemolowana.
- Co do...? Co oni tu zrobili!? Przecież to istna sala rozpaczy! -odezwał się Tony.
Nie odzywałam się.Tłumiłam w sobie wybuch śmiechu.Pomieszczenie wyglądało jak pobojowisko.
- Skye, idź do kuchni. Zaraz do ciebie przyjdę - powiedział.
-  A gdzie jest kuchnia?
- Tam i w lewo - pokazał mi.
Więc poszłam. Usiadłam przy wyspie   kuchennej i rozmyślałam.Znów zaczęłam się dusić. Wdechy bolały i zaczynałam się zastanawiać, czy nie przestać oddychać.Chwilę później  przybiegł Stark.
- Skye! - krzyknął, stając obok mnie. - Będzie dobrze, spokojnie.
- Nie chcę...  Już - ledwo wypowiadałam słowa.
- Musisz. Nie przestawaj.
- Tony... - łzy napłynęły mi do oczu.
Kiedy ból trochę ustąpił, przestraszona popatrzyłam na Tony'ego.W jego oczach też widziałam łzy. Przytuliłam się do niego.
- Co to było? - spytał.
- Nie wiem...  Nie zostawiaj mnie, proszę... .
- Nie mam zamiaru - pocałował mnie w czoło.
- Stark! Gdzie - ktoś zaczął krzyczeć, wchodząc do kuchni, ale przestał.
- Gdzie wy się wszyscy plątacie? -zapytał Tony, nadal mnie tuląc. Wychyliłam się zza niego, żeby sprawdzić, kto przyszedł i zobaczyłam Clint'a.
- Wszędzie nas pełno - zaśmiał się szatyn.
- Zawołaj mi Natashę i Wandę do salonu.
- Się robi - powiedział Clint i zniknął za ścianą.
- Chodź.
Poszłam za brunetem i rozsiedliśmy się na dużej kanapie.Kilka minut później usłyszałam krzyki z korytarza Po barwie głosu mogłam spokojnie powiedzieć, że to Romanoff.
- Ja tego bucefała zabiję! - krzyknęła.
- Oho! Idzie po mnie -zaśmiał się Stark.
- Lepiej uważaj.Ukąszenie czarnej wdowy ponoć jest śmiertelne - również się zaśmiałam.
- Skylar... - odezwała się Natasha, wchodząc do salonu.Podeszła i mnie przytuliła.
- Cieszymy sie, że jesteś - powiedziała Wanda, na co ja się tylko uśmiechnęłam.
- Wow, Stark. Nie sądziłam, że masz jeszcze jakieś ludzkie odruch - Natasha parsknęła śmiechem.
- Co masz na myśli? - oburzył się.
- Byłam pewna, że nic do ciebie nie dotrze i ją zostawisz.
- Nie potrafiłbym... - powiedział, patrząc na mnie. - Możecie się nią teraz zająć?
- Tak. Nie ma problem  odpowiedziała Wanda.
- Muszę iść posiedzieć w warsztacie. Wybacz mi - zwrócił się do mnie.
- Okej. Nic nie szkodzi - uśmiechnęłam się.
Stark wyszedł, a ja zostałam z Wandą i Natashą.Przez to całe zamieszanie zapomniałam o burzy.  Kiedy wyjrzałam za okno, zobaczyłam fioletowy piorun.Przeszedł mnie zimny dreszcz.Boję się...
-
Coś się stało? - zapytała Maximoff, spoglądając na mnie.
- Nie. Jestem po prostu zmęczona - uśmiechnęłam się bez przekonania.
- J.A.R.V.I.S. sprawdź jej temperaturę - wydała polecenie.
- Jaki 'J.A.R.V.I.S.'? -zdziwiłam się.
- Sztuczna Inteligencja Stark'a - wytłumaczyła mi.
- I ta 'Sztuczna Inteligencja' słyszy wszystko co mówisz?
- Tak.Praktycznie zasila całą wieżę. Jeśli będziesz czegoś potrzebować, a nikogo nie będzie w pobliżu, zwróć się właśnie do J.A.R.V.I.S.'a.
- No nieźle...
- Temperatura panny Edwards wynosi 36,6 stopni - powiedział komputerowy głos.
- Nie masz gorączki, ale wyglądasz słabo. Idź się przespać - powiedziała Natasha.
- Mam właśnie zamiar - uśmiechnęłam się.
Pożegnałam się z dziewczynami i wróciłam do pokoju. Zadziwia mnie to, jak wszystko szybko się rozwinęło... Usiadłam na łóżku. Naprzeciw mnie było okno, które zajmowało całą ścianę.Widziałam armagedon, panujący na zewnątrz.Miałam gęsią skórkę.Zawinęłam się w kołdrę.Byłam kompletnie wystraszona. Wychyliłam głowę, żeby zobaczyć, gdzie jest mój telefon.W tym samym momencie piorun postanowił wtargnąć na granatowe niebo Siedzenie samotnie jest chyba gorsze, niż przebywanie w czyimś towarzystwie. Nie mam nic do stracenia.
-
J.A.R.V.I.S.? -odezwałam się.
- Słucham - odpowiedział mi.
- Gdzie znajduje się warsztat? - spytałam.
- Całe piętnaste piętro to pracownia pana Stark'a.
- Dziękuję.
Skierowałam się do warsztatu. Po dziesięciu minutach już tam byłam.Zerknęłam do środka przez szklane drzwi i zobaczyłam Tony'ego, który coś zapisywał. Kiedyusłyszałam grzmot, tak się wystraszyłam, że wbiegłam do środka.Stark wyjął nos z notatnika i spojrzał na mnie. Podeszłam do niego ze łzami w oczach i usiadłam mu na kolanach. Wtuliłam się w niego, a on, nie odzywając się, również mnie przytulił Pocałował mnie w czoło.
- Co się stało? -zapytał.
- Boję się piorunów... - wymamrotałam.
- Piorunów?
- Może nie tak piorunów, jak tego, co zwiastują - wyjaśniłam.
- Wszystko będzie dobrze Nie pozwolę, żeby coś ci się stało - powiedział i mocniej mnie ścisnął.
- Dziękuję.
- Tam jest kanapa. Możesz się tu położyć, żebym miał na ciebie oko - wskazał w róg pomieszczenia.
- Z chęcią - uśmiechnęłam się słabo. Przeniosłam się na sofę, wygodnie się położyłam i zasnęłam.

   * * *

   Obudziłam się i byłam przykryta kocem.Podniosłam się i zobaczyłam, że na stoliku jest karteczka. Było na niej napisane, że kiedy wstanę, mam iść zjeść. Uśmiechnęłam się pod nosem. Poszłam więc do kuchni i wzięłam ze sobą koc.Blondyn stał w kuchni, gotując.
- Chyba nie mieliśmy jeszcze okazji porozmawiać - zaczęłam.
- Ah... Tak. Jestem Steve Rogers, Kapitan Ameryka - uśmiechnął się.
- Skye.
- Jesteś głodna? - zapytał.
- Bardzo - zaśmiałam się. - Co tam robisz?
- Gofry - odpowiedział. - Chcesz?
- Z miłą chęcią - uśmiechnęłam się.
  Kiedy Steve skończył gotować, nałożył dwie porcje. Usiedliśmy przy wyspie kuchennej i zajadaliśmy się pysznościami.  Byłam pod wrażeniem, że tak potrafi gotować. Do kuchni wszedł Clint w piżamie . Nawet nas nie zauważył.  Zaśmiałam się,
widząc jego zaspany wyraz twarzy, i to że zaraz uderzy głową o szafkę.
- Clint! Uważaj na szafkę! - zaśmiałam się.
- Co? Ja? - odezwał się szatyn.
- Z tego co pamiętam, masz na imie Clint - uśmiechnęłam się.
- Ta... No tak, zgadza się - powiedział. - Steve, mam nadzieję, że zostawiłeś mi troszeczkę tych cudownych, złocistych, chrupiących, delikatnych, pięknie przygotowanych oraz miodem pachnących gofrów.
- Powinieneś pisać wiersze - parsknęłam śmiechem.
- Sobie zrób, leniu. Tam zostało trochę ciasta - odezwał się Steve, wskazując na lodówkę.
- Co tu tak pachnie? - zapytała Natasha, wchodząc do pomieszczenia.
- Gofry! - krzyknął Clint.
- Cholera jasna... - Steve burknął pod nosem.
- Na litość boską, Kapitanie. Szanuj mowę ojczystą - owiedziała Natasha, łapiąc się teatralnie za serce.
- Ah, serce mi się kraje Romanoff. Róbcie sobie sami. Ja już mam dość stania nad miskami - wyrzucił z siebie.
- Dobra!  Jestem kobietą. Poradzę sobię  - zaśmiała się. - Clint, zrób mi gofry - dodała.
- Jaka wygodna - parsknęłam śmiechem.
- Trzeba sobie radzić w życiu, mała - podsumowała.
Clint stanął przy kuchence.  Przyglądał sie czerwonej misce z ciastem, aż w końcu odwrócił sie do nas i powiedział:
- Nie chcę nic mówić, ale prędzej odkryję dlaczego Skye nosi ten bandaż, niż zrobię te gofry.
Zamarłam. Nie chciałam,  żeby się martwili. Nie mogą sie dowiedzieć.  Spanikowana szybko odłożyłam talerz do zlewu i skierowałam się do wyjścia.
- Pyszne było - powiedziałam krótko i zaczęłam wychodzić.
- Dokąd to? - zatrzymał mnie głos Romanoff.
Odpowiedziałam jej ciszą.  Miałam już wyjść, ale złapała mnie za nadgarstek. Ten pocięty. Skuliłam się z bólu.  Natasha popatrzyła na mnie wystraszonym wzrokiem. Spojrzałam w jej zielone oczy.  Poczułam  jak łza spływa mi po policzku. Kobieta,  jednym, sprawnym ruchem odwiązała mój bandaż i chwyciła mnie za dłoń.
- Chodź ze mną - powiedziała.
Trochę zdezorientowana, podążyłam za nią. Dotarłyśmy do jej pokoju. Był szary z czerwonymi dodatkami. Usiadłam na łóżku, a rudowłosa stanęła przy oknie. Nie potrafiłam odczytać żadnych emocji z jej kamiennej twarzy.  Ja czułam tylko strach, przed tym, co mogło się wydarzyć.
- Tony wie? - spytała.
- Nie... Nie wie. Ale... Proszę, Natasha - odezwałam się.
- Mów mi Nat. Ale wracając. Nie  powinnaś tego ukrywać.
- Powinnam. On... Pomyśli,  że jestem słaba... - zawahałam się.
- Póki będziesz walczyć, nikt nie zmusi cię do przegranej. Nie wymieniaj bólu psychicznego na fizyczny. To nic nie da - powiedziała.
- Ale... - mruknęłam.
- Zaufaj mi - szepnęła i podeszła do mnie, a ja się w nią wtuliłam.
- Nie rozumiem - odezwałam się.
- Czego?
- Że chcesz mi pomóc.  Nic dla ciebie nie zrobiłam. Jestem nikim w twoim świecie i nie zasłużyłam sobie na pomoc, którą ty chcesz mi dać... - wyjaśniłam.
- Polubiłam cię. I nie mów, że jesteś dla mnie nikim, bo tego nie wiesz. Taka odpowiedź cię satysfakcjonuje? -  odpowiedziała z zadziornym uśmieszkiem.
- Tak - zaśmiałam się i pociągnęłam ja za jeden z rudych kosmyków, po czym odskoczyłam na bok.
- Co tak skaczesz? -   parsknęła śmiechem.
- W razie, gdybyś chciała mi oddać - uśmiechnęłam się.
- Histeryzujesz - zaśmiała się.
- Może. A teraz, czy mogłabym odzyskać swój bandaż? - spytałam i wyciągnęłam dłoń w jej stronę.
- Ten? - zapytała i wyciągnęła biały materiał z kieszeni, machając mi nim przed nosem.
- Tak, ten - odpowiedziałam i szybko chciałam go złapać, ale Nat schowała go z powrotem.
- Nie dostaniesz - uśmiechnęła się chytrze.
- Ej no! - jęknęłam.
- Teraz grzecznie idziesz pochwalić się tatusiowi, co zrobiłaś.
- No chyba cię coś... - oburzyłam się. - Zwariowałaś.
- Mam mu to osobiście przekazać? - skrzywiła się.
- Nie, ale... Nie może... I co ja mam powiedzieć? Hej tato! Popatrz na moje nadgarstki! Widzisz? Jestem za słaba, żeby żyć, więc sprawiam sobie trochę bólu – udawałam   ucieszony głos, ale w głebi duszy chciało mi się płakać. W oczach  stanęłymi łzy.  Natasha,  nic nie mówiąc, przytuliła mnie.  Pogładziła mnie  po plecach.
- Przepraszam, że naciskam. Powiesz mu, kiedy zdobędziesz się na odwagę. Ale jeśli to będzie za długo trwało, sama mu to powiem - zagroziła mi palcem.
- Dobrze - mruknęłam. - Mamo... - dodałam ciszej.
- Słyszałam!  -zaśmiała się i  dała mi pstryczka w nos.
- To bolało! – krzyknęłam  niezadowolona  i zaczęłam rozmasowywać obolałe miejsce.
- Mogłam mocniej - puściła mi perskie oko. - A teraz pozwól, że wrócę na śniadanie -dodała z uśmiechem.
- Idę z tobą.
   Po chwili byłyśmy już w salonie, ale zatrzymałyśmy się słysząc głos Stark'a. Natasha popatrzyła na mnie, a ja posłałam jej błagalne spojrzenie. Przewróciła oczami I  podała mi mój bandaż. Zawiązałam go szybko wokół nadgarstka i ruszyłyśmy do kuchni. W pomieszczeniu byli tylko Tony i Clint.
- Dzień dobry - przywitałam się ze Stark'iem.
- Witam, witam - uśmiechnął się szeroko, w tym samym czasie zajadając się jajecznicą - Jak...
Nie zdążył dokończyć pytania, gdyż przerwał mu głośny śmiech Romanoff. Skierowałam wzrok na Clint'a i sama nie mogłam powstrzymać wybuchu śmiechu. Nat opierała się o ścianę, nadal się śmiejąc, a ja trzymałam się za brzuch.
- Clint, ja ciebie bardzo proszę! To już piąty mikser w tym tygodniu - jęknął Tony.
Barton stał w piżamie z zepsutym urządzeniem, a na połowie jego ciała i meblach było pełno mąki. Przetarł oczy rękami i popatrzył na mnie oraz Nat.
- Ja naprawdę dziewczynki nie rozumiem, co w tym takiego śmiesznego... - wymamrotał.
- Nic Clintuś, nic - rudowłosa nadal zwijała się ze śmiechu.
- To, że ty też tak zaraz będziesz wyglądać, również jest całkiem zabawne - burknął szatyn.
Natasha nie  zdążyła nic powiedzieć. Clint rzucił w nią garstką mąki,  ale ruda zrobiła unik i pocisk trafił prosto w twarz Tony'ego.
- Huhuuu... Ja bym uciekała na twoim miejscu - Romanoff zwróciła się do Clint'a.
Stark podniósł  zdenerwowany wzrok znad talerza.  - Wszyscy troje zachowujecie się jak dzieci! - krzyknął. Barton wyglądał na kompletnie spanikowanego. Ja wraz z Nat śmiałyśmy się pod nosami. Brunet wstał z krzesła i popatrzył na Clint'a. - Uciekaj chłopcze póki ci życie miłe - powiedział stanowczo, a szatyn spojrzał na niego z otępieniem.
- Uciekaj! - Natasha krzyknęła do Barton'a.  Ten jakby się nagle obudził, ruszył z takim pędem, że o mało co jego twarz nie przywitała się z podłogą.
- To było genialne - zaśmiałam się.
- Tak... I wychodzi na to, że muszę zjeść na mieście - powiedziała, wydmuchując powietrze. - Także, do zobaczenia później - dodała, przechodząc obok mnie i pociągnęła mnie za biały kosmyk, na co ja prychnęłam pod nosem.
Nat minęła się w drzwiach z Tony'm. Uśmiechnął się do mnie i zajął swoje poprzednie miejsce.
- Wszystko dobrze? - spytał.
- Tak.  Czemu pytasz? -  skrzywiłam się.
- Masz takie nieobecne spojrzenie.
- Wszystko w porządku.
- Cieszę się. A tak w ogóle... Przepraszam,  że cię zostawiłem w pracowni, ale mnie potrzebowali - powiedział.
- Nic nie szkodzi.
- Dlaczego tak nagle tam przybiegłaś? - zapytał.
Trafił w punkt.  Sama nie wiedziałam,  co mnie tam przyciągnęło. Chyba po prostu potrzebowałam  kogoś bliskiego. Potrzebowałam  zrozumienia.
- Nie wiem...- odpowiedziałam po chwili zastanowienia.
- Skye... Widzę, że coś jest nie tak. Powiedz mi - powiedział zmartwionym głosem i położył ciepłą dłoń na moim policzku.
- Ale... Wszystko... Eh. Kogo ja próbuję oszukać... - mruknęłam i schowałam twarz w dłoniach.
- Powiedz mi. Jestem po to, żeby cię wspierać - uśmiechnął się.
- To - powiedziałam krótko i rozwiązałam bandaż.  Byłam  cała roztrzęsiona, a łzy stały już w moich oczach.
- Skye... - szepnął.  Chwycił mnie za ręce. Popatrzyłam w jego czekoladowe oczy. Były dokładnie takie , jak moje. - Dlaczego?
- Nie potrafiłam się pogodzić ze stratą.  Ale   teraz mam ciebie. I... Chyba wszystko się układa... –  uśmiechnęłam  się słabo.
- Ale te rany są świeże - powiedział, pokazując na kilka przecięć.
- No... Tak  - westchnęłam. Było mi cholernie głupio, przyznawać się przed nim do takich czynów.
- I tak cie kocham, córeczko.  Choćby nie wiem co - powiedział. Wtuliłam się w niego i zaczęłam płakać.
- Nie uważasz, że jestem słaba czy coś?  -trochę się zdziwiłam.
- Dlaczego miałbym tak twierdzić?  Trzeba być bardzo silnym,  żeby świadomie zadać sobie ból. Ale  samob... -  zaczął, ale mu przerwałam.
- Nie chciałam popełnić samobójstwa... - mruknęłam.
- Czyżby? –  spytał  z poważną miną.
Zawahałam się,  ale w końcu powiedziałam. - Tylko dwie nieudane próby...
- Dlaczego? –  dalej  dopytywał.
- Proszę...  Nie  chcę tego mówić... -  odpowiedziałam.
- Dobrze. Ale pamiętaj,  że gdybyś chciała porozmawiać, zawsze jestem - uśmiechnął się. - A teraz idź, bo wiewióra się niecierpliwi - dodał, patrząc za mnie.
Odwróciłam się i rzeczywiście,  we framudze stała Natasha.
- Widać, że jeszcze nikt ci dziś nie przywalił w tę śliczną mordkę, blaszaku - uszczypliwie się do niego uśmiechnęła.
- Bla, bla, bla. Ona ma wrócić w jednym kawałku - odezwał się do Nat, wskazując na mnie.
Nie mogłam   połapać się o co chodzi, więc be z pytania poszłam za rudą. Wsiadłyśmy do windy i zjechałyśmy na dwudzieste siódme piętro. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy,  to duża szklana ściana, za którą była jakaś dziwna sala. Weszłyśmy do środka przez również szklane drzwi i rudowłosa przemówiła:
- No.  Witam w moim królestwie -  powiedziała z uśmiechem.
- Przybliż trochę sytuację. Nie rozumiem... - popatrzyłam na nią krzywo.
- Sala treningowa - przewróciła oczami.
- Okej. Więc teraz widzę sens tego ringu na środku - zaśmiałam się.
- A kiedy powiedziałam 'moje królestwo', co miałaś w głowię? - zmarszczyła brwi.
- No nie wiem... Masz figurę baletnicy...
- To było dawno. Nie wracajmy - uśmiechnęła się krótko.
- Więc, co my tu robimy? -  zapytałam.
- Mam ci pokazać jakieś podstawy.
- Łoł?!  Mam się z tobą bić?! -  zdziwiłam się.
- Nie! -  zaśmiała się. - Powaliłabym cię na łopatki. Myślę,  że dziś możesz trochę poboksować, a później ścianka wspinaczkowa - dodała.
- A zanim zaczniemy. Nie miałam czasu spytać kim dokładniej jesteście.
- Krótko, zwięźle i na temat. Jesteśmy  grupą superbohaterów, zwaną Avengers. Ja to Czarna Wdowa, Tony - Iron Man, Steve - Kapitan Ameryka, Clint - Hawkeye, Wanda - Scarlet Witch, Bruce jako Hulk no i Thor - powiedziała.
- Thor? Bruce? - dopytałam.
- Ah... No tak. Thor Odinson to  asgardzki  bóg  piorunów,  a  Bruce Banner to nasz ” doktorek."
- Bóg?  Asgard?  O czym ty do mnie mówisz kobieto? -   nie kryłam zdziwienia.
- Asgard to kraina nordyckich bogów, z której pochodzi między innymi Thor. Obecnie opisuje się ją jako planetoidę, posiadającą atmosferę - odpowiedziała bez chwili zastanowienia.
- Masz duży zakres wiedzy w tym temacie...
- Tak.  Byłam tam może ze dwa razy -  uśmiechnęła się.
- Nie przeszkadzam wam? - do pomieszczenia wszedł Clint.
- Sama twoja obecność mi przeszkadza.  Więc skoro już pytasz,  to możesz wyjść - ruda posłała mu całusa, śmiejąc się.
- HA! HA!  Zabawne.  Co robicie? -  spytał.
- Rozmawiamy - odpowiedziałam.
- Tsarcia, Fury cię potrzebuje. Ja przejmę naszą białowłosą - powiedział do rudej, zerkając na mnie.
- Nie nazywaj mnie Tsarcia, bo ci oczy wydłubię bałwanie - prychnęła.
- Dobrze Natusiu - przedrzeźniał ją dalej.
Nat przewróciła oczami, a ja zaśmiałam się pod nosem. Wyszła  z sali. Zostałam sama z Barton'em.
- Działa mi na nerwy - zaśmiał się Clint, kręcąc głową. Zorientowałam się,  że chodziło mu o Romanoff.
- Słyszałam! - krzyknęła,  będąc gdzieś daleko, na co szatyn się zaśmiał.
- Dobra. No to... Czego ja cię mogę nauczyć... O!  Nauczę cię  posługiwać się bronią palną.
- Tak od razu? -  zmarszczyłam brwi.
- A czemu by nie? - uśmiechnął się.
- No okej.
Podeszliśmy do stanowiska z bronią. Kilka metrów  dalej znajdowała się ogromna strzelnica. Było to połyskujące, szare pomieszczenie, po którymporozmieszczane były tarcze strzelnicze, poruszające się za pomocą prostego mechanizmu   łańcuchowego. Przyjrzałam się uważnie wykonaniu tarcz. Stanęłam na małym podeście i spojrzałam na Bartona.
- Orientuj się - krzyknął i rzucił w moją stronę pistolet.
Zgrabnie złapałam czarną broń. Glock 26s, czwarta generacja, 9x19. Cudeńko. Zakręciłam nim kilka razy na palcu, po czym, bez wcześniejszego namysłu, wymierzyłam w tarczę i oddałam celny strzał. Nie przerywałam. Skończyłam dopiero wtedy, kiedy każda płyta była przedziurawiona na samym środku. Oczywiście już wcześniej miałam do czynienia z bronią palną, ale skoro chcieli mnie trenować, niech trenują. Wyciągnęłam pusty magazynek i rzuciłam nim do Clint'a. Ten patrzył na mnie  ze zdziwieniem.
- Fajne zabawki tutaj macie - powiedziałam, odkładając pistolet na swoje miejsce.
- Skąd ty? -  wydusił.
- Było się tu i tam... - uśmiechnęłam się.
- Okej... Skoro poradziłaś sobie z tym, to teraz ścianka - odpowiedział.
Przeszliśmy do drugiego pomieszczenia.  Ścianka wspinaczkowa zajmowała całą ścianę.  Ciągnęła się kilka metrów w górę i  kończyła dużym podestem. Do sufitu przyczepiony był kołowrotek z niebieskimi i czerwonymi linami.  Poczułam  jak powiększają mi się źrenice.
- Chodź tu, muszę ci pomóc - odezwał się szatyn. Podeszłam do niego, a on założył mi uprząż. - Więc tak, czerwona lina cię asekuruje i masz jej nie tykać. Kiedy będziesz chciała się wspomóc, albo zjechać na dół - użyj niebieskiej - tłumaczył.
- Tak jest, sir - zaśmiałam się.
- Uważaj na siebie, błagam.
Zaczęłam się wspinać.  Starałam się trzymać  czerwonych uchwytów, czyli najtrudniejszej trasy. Spojrzałam w dół. Oserwowali mnie  Clint i Wanda. W pewnym momencie dwa uchwyty były od siebie bardzo oddalone.  Chciałam podjąć  wyzwanie. Chwyciłam za niebieską linę i szybkim ruchem podciągnęłam się trochę wyżej. Nie zauważyłam, że jeden z karabinków był uszkodzony i zaczęłam  spadać w dół.  Krzyknęłam z  przerażenia. Przymknęłam oczy,  ale kiedy poczułam gwałtowne szarpnięcie, znów je otworzyłam. Szatyn trzymał mnie na rękach. Wanda przytuliła nas oboje.
- Wystraszyłaś mnie - mruknęła, a ja odpowiedziałam jej ciszą.
- To moja wina... Ja nie dopilnowałem wszystkich zabezpieczeń... - odparł Clint.
- Wszystko jest dobrze... - zapewniłam ich.
- Koniec na dziś - oznajmiła Maximoff.
Zeszłam z rąk Bartona i  ściągnęłam uprząż.  Trochę  zakręciło mi się w głowie, ale nic nie dałam po sobie poznać. Uśmiechnęłam się do nich słabo. Nie miałam już na nic siły, więc wróciłam do pokoju. Była dwudziesta druga i zapowiadała się jedna z tych nocy, podczas których wszystkie wspomnienia wracają, a ja rozsypuję się na milion kawałków. Przypomniałam sobie swoje pierwsze zadanie w tamtej  organizacji.  <Jeśli sprawisz, że człowiek pozbawi się życia, przyjmiemy cię>. Aż przeszły  mnie ciarki. Ilość ludzi, którzy zabili się właśnie przeze mnie, przekraczała  trzysta osób.  Byłam  potworem. Cholernym potworem bez skrupułów, dla którego nie ma miejsca na tym świecie. Jedyne,co krążyło po mojej głowie, to samobójstwo. Wyciągnęłam z biurka kartkę oraz czarny długopis i zaczęłam pisać:

        
Do osób, które we mnie wierzyły.
To mój pożegnalny list.  Przed rozpoęciem pisania
wylałam łzy, więc teraz wyleję na kartkę to, co
siedzi mi w głowie. Chciałabym  podziękować
Tony'emu, Natashy i Wandzie za sprawowanie
nade mną opieki, a Steve'owi i Clint'owi za wspa-
niałe chwile. Kiedy to czytacie, ja już dawno nie
żyję. Zrobiłam to, bo nie mogę zapomnieć o całym
źle, jakie kiedyś wyrządziłam. Zabiłam wiele nie-
winnych osób. Nie potrafię  sobie tego wybaczyć. A
teraz małe przeprosiny. Przepraszam Ciebie, tato, za
to, że musiałeś się tyle przy mnie namęczyć, a ja nie
odwzajemniłam Ci tego w żaden sposób oraz Tashę,
za to, że musiała mnie niańczyć i znosić. Nie  oszuku-
jąc, nie umiem pisać listów. Więc to na tyle. Do
zobaczenia na drugim świecie.

                                Kocham was wszystkich,
                                            Skye :)

Odłożyłam długopis. Przetarłam łzy, schowałam list do szuflady i położyłam się spać.

   * * *

  Ubrałam się  w krótkie, czarne spodenki i biały podkoszulek. Poszłam do kuchni, żeby zjeść śniadanie i ostatni dzień przyglądać się tym wszystkim twarzom. W  pomieszczeniu  nie było nikogo. Trochę mnie to  zasmuciło.  Zauważyłam, że na lodówce wisi karteczka. Odkleiłam ją i przeczytałam.

    Skye, jesteśmy wszyscy na zwiadach i
   wrócimy wieczorem.
   Zjedz coś ;)
                               - Tata

Zjadłam tosta z masłem i przeszłam kilka kroków do salonu. Tam zastanawiałam się,  jak mogę ze sobą skończyć. Pierwsze, co wpadło mi do głowy, było strzałem w dziesiątkę. Pistolet. Poszłam do windy i zjechałam do sali treningowej. Cały asortyment dalej leżał na swoim miejscu. Uśmiechnęłam się pod nosem i chwyciłam broń do ręki. Pokręciłam nią chwilę i wróciłam do swojego pokoju. Schowałam ją do szuflady, w której leżał list, a sama rzuciłam się na łóżko. Zasnęłam na kolejne kilka godzin.
  Gdy  się przebudziłam, było ciemno. Nie słyszałam żadnych krzyków, więc stwierdziłam, że jeszcze nie wrócili. Żeby nie musieli na mnie patrzeć, wyłożyłam list na biurko, a wraz z nim wyjęłam pistolet. Upadłam na kolana twarzą do okna. Było przez nie widać nocną panoramę miasta. Uśmiechnęłam  się po raz ostatni. Przyłożyłam broń do skroni. Kiedy usłyszałam, że ktoś otwiera drzwi do mojego pokoju,
nacisnęłam na spust.  Nie wystrzelił.