poniedziałek, 20 czerwca 2016

"Biały wiersz" Jan Brzechwy


Pewno już będę nieśmiertelny,

Jeśli przez ciebie nie umarłem;

Oto jest prawda mego życia,

Którą mi pisał wiatr na czole.



Tak było dawniej: białe dłonie

Kładłaś na białych mych powiekach,

Dzieje te bliskie, choć dalekie,

Dzisiaj wspominam białym wierszem.



Lecz z rymem, tak jak niegdyś z tobą,

Tylko na krótko się rozstaję:

Powraca ptak do swego gniazda,

A noc do snu, a sen do powiek.



Niechaj twe serce odpoczywa

W moim spokoju, w mojej ciszy;

Byłaś niewierna mnie i sobie,

Gdy przybywałaś na nizinach.



Teraz powracasz dniem i nocą

Z drogi dalekiej chociaż z bliska,

Do ust przyciskam twoje smutki,

Twoje pomyłki, twoje winy...



Dopiero teraz, ukochana,

Możemy spojrzeć sobie w oczy

Jak w dwa zwierciadła przeciwległe

Zamykające nieskończoność.
 
 
 

niedziela, 19 czerwca 2016

Puszkin o miłości


10 lat jak jeden dzień


Co się stało z naszą klasą?
 3 i, czyli jedyna klasa dziennikarska w ZSO, ma na swoim koncie projekty "Szkoła z prasą", "Lokalna Akademia Dziennikarska", "Szkoła z klasą", obóz dziennikarski w Zakopanem i wiele rewelacyjnych numerów szkolnego pisma. Skończyliśmy LO w 2006 roku Nikt nie został dziennikarzem, ale... pozakładaliśmy firmy, świetnie sobie radzimy na różnych stanowiskach.  Jest wśród nas nauczyciel, prawnik, informatyk programista, mgr kosmetologii, stylistka, biznesman i bizneswoman, człowiek od marketingu, pracownik urzędu gminy, pracownik starostwa, przewodnik beskidzki, project manager, animator kultury, ratownik medyczny... Robimy kariery w Polsce i Europie. Humaniści górą!
Trzy miłości z tamtych lat przetrwały i przypieczętowane zostały małżeństwami. Niektórzy znaleźli swoje drugie połówki. Pojawiły się dzieci.
Poza tym - jesteśmy fajniejsi i piękniejsi niż 10 lat temu ;D Wczorajsze spotkanie, pełne wybuchów śmiechu i anegdot, uzmysłowiło nam, jakie mamy szczęście! Były oczywiście zdjęcia, filmiki, klasowa kronika i kwiaty dla wychowawczyni. 
Niektóre znajomości zostają w nas na zawsze. Kocham Was, moja szalona 3 i z LO!









czwartek, 16 czerwca 2016

Coś się kończy....

Dostać na pożegnanie  wiersz od absolwentki.
Bezcennne.
 Powodzenia, Madziu, na każdej ścieżce życia...

piątek, 10 czerwca 2016

Mistrz i Małgorzata ;)



   Tytuły Mistrza i Wicemistrza Prozy Powiatu Suskiego 2016 w kategorii szkoły ponadgimnazjalne należą do Daniela Siwca z klasy 1a i Oli Janik z 2b. Daniel napisał powieść kryminalną, Ola - opowiadanie fantasy. Opiekunem merytorycznym obojga jest mgr Małgorzata Skawińska.

Aleksandra Ślusarz "Ocaleni"




" Na drodze w nieznane
Zatrzymał Ktoś nas,
Powiedział: zawróćcie,
To jeszcze nie czas.
(...)
Ocaleni dla nowych szans,
Ocaleni dla świata"
                                                                                              (M. Kuszyńska)




    Mieliśmy za sobą już dwie godziny drogi. Została jedna. Jeszcze tylko sześćdziesiąt minut i powita mnie gorąca kąpiel, ciepłe kapcie, kubek wrzącej herbaty, miękkie łóżko ze świeżą pościelą. Miałam szczęście. Nie każdej matce chciałoby się tak skakać koło swojego dziecka. Początkowo nie mogłam znieść, że traktuje mnie, jakbym była jakimś bobasem, ale szybko zrozumiałam, że ona po prostu taka jest i robi to z miłości. Jeśli tylko miała okazję, przygotowywała mi takie powitanie. Ktoś móglby pomyśleć: ,,Po co w ogóle przyjeżdżać do domu na sobotę i niedzielę, skoro w poniedziałek i tak trzeba jechać z powrotem? Przecież można siedzieć w akademiku cały tydzień." Ja jednak
nie wyobrażałam sobie życia bez tych wszystkich okaleczonych dozą głupoty osób zwanych potocznie rodziną. Wracałam więc jak ptak, który, posmakowawszy wolności, co jakiś czas wraca do starej klatki.
    Zegar na desce rozdzielczej wskazywał 17:04. Z radia dał się słyszeć hit sezonu. Już po pierwszych dźwiękach Kuba podkręcił głośność. Zdążyłam tylko pomyśleć:
,,O, nie...", kiedy wraz z głosem z radia zaczęła śpiewać cała samochodowa ekipa. Zachęcali mnie, żebym śpiewała z nimi tak, jak zawsze, jednak tym razem nie miałam na to ani ochoty, ani siły. Po treningu byłam wyczerpana jak nigdy. Trener dał nam niezły wycisk. A teraz jeszcze to ich całe wycie. Rozsadzało mi bębenki!
    Po trzech koszmarnych minutach piosenka się skończyła. Odetchnęłam z ulgą. Zrobiło się spokojniej. Deszcz bębnił uspokajająco w szyby i dach auta. Kuba trzymał rękę na kierownicy, podczas gdy drugą pisał SMS-a. Na tylnym siedzeniu Kaśka
i Szymon dyskutowali zawzięcie. Nie miałam siły, żeby włączyć się do rozmowy tych dwojga, więc tylko słuchałam, a kiedy o coś pytali, kręciłam głową lub mruczałam jakieś "mhm". Na szczęście im to wystarczało. Kasia znała mnie jak nikt inny i widziała, że nie chę gadać, więc nie naciskała, a Szymon świata nie widział poza moją siostrą
i miał mnie, delikatnie mówiąc, w nosie, co w tym wypadku było mi na rękę. Oczywiście wcześniej chodził za mną cały dzień i prosił, żebym tym razem usiadła
na przednim siedzeniu, bo chciał być blisko "ukochanej". Wiedziałam, że Kate prędzej czy później się ze mną rozliczy (biedny Szymuś zakochał się bez wzajemności, gdyż jego wybranka widziała w nim tylko dobrego kumpla), ale nie chciałam być niemiła
dla kolegi, a poza tym po paru godzinach miałam dosyć jego błagalnych pieśni.
    Czas płynął zdecydowanie zbyt wolno. 17:16. 17:17. 17:18. 17:19. 17:20. Może by tak popchnąć te minuty, aby płynęły trochę szybciej? No i wykrakałam. To, co zdarzyło się w następnej chwili, działo się szybko, zbyt szybko. Jedyne, co zdążyłam zarejestrować z tamtego momentu, to Kuba zapatrzony w telefon, krzyk Kaśki, a potem rozdzierający pisk hamowania i rozmazana sylwetka drzewa za przednią szybą.
    Później tylko ciemność i uczucie spadania w czarną toń.

* * *

    Obudziłam się na jakiejś łące. Rozejrzałam się wokół. Jeszcze nigdy nie widziałam tak bardzo zielonej trawy i tylu kolorowych kwiatów w jednym miejscu! Łąka była piękna. Dokładnie taka, jaką sobie wyobrażałam, kiedy byłam mała i mama czytała mi bajki na dobranoc. Rosły tutaj rośliny, których nie znałam. Kwiaty miały najrozmaitsze barwy, jakich nie widziałam w całej swojej dotychczasowej egzystencji. Leżąc
na nadzwyczajnie miękkiej trawie, czułam się, jakbym leżała na najbardziej puszystym perskim dywanie. Ze wszystkich stron emanowały spokój i błogość.
    Kiedy wstałam, latające w pobliżu ptaki poderwały się i w mgnieniu oka znalazły przy mnie. Ćwierkały, trzepocząc kolorowymi skrzydełkami. W oddali zauważyłam też inne stworzenia, a mianowicie jelenie i sarny. Nieopodal zwierząt stał wysoki, biały budynek. Nic więcej nie przykuło mojej uwagi, toteż skierowałam się w tamtą stronę, cały czas bacznie obserwując stado.
    Nagle jeden z jeleni zaczął biec w moją stronę. Stanęłam jak wryta. Co teraz? Głośno przełknęłam ślinę, gdy zwierzę zatrzymało się tuż przede mną. Nigdy nie byłam tak blisko jelenia. Zawsze wszystkie się mnie bały. ,,Ha – pomyślałam – no to teraz,
dla odmiany, ja się będę bać." Mimo powagi sytuacji, nie omieszkałam zauważyć jego pięknych, długich rogów oraz gładkiej, brązowej sierści. Był wspaniały. Cały czas się we mnie wpatrywał. Zapominając o strachu, wyciągnęłam dłoń w stronę rogacza. Kiedy przypomniałam sobie, że przecież miałam się bać, on zdążył już przyłożyć swój łeb
do mojej ręki, zamykając na chwilę oczy. Po chwili znów na mnie spojrzał. Dopiero teraz zauważyłam, że jego wzrok jest łagodny. Uśmiechnęłam się i pogłaskałam go
pod szyją. Zaczął trącać mnie lekko rogami, więc wdrapałam się na jego grzbiet. Przytuliłam się do zwierzęcia, które było mięciutkie jak pluszowa maskotka. Od razu pomyślałam o starej zabawce z dziecństwa.  Tymczasem jeleń pogalopował w kierunku białego budynku.
    Stojąc już przed drzwiami, jeszcze raz pogłaskałam swojego wierzchowca, po czym nacisnęłam klamkę. Wrota otworzyły się i nagle oślepił mnie najjaśniejszy blask, jaki można sobie wyobrazić. Nic już nie widziałam oprócz białego światła emanującego
z wnętrza dziwnego budynku. Otaczało mnie tylko światło i cisza.

* * *

    Cisza. Krzycząca w podświadomości, brzęcząca w uszach cisza. I ból.
Nie do zniesienia. Ból rozsadzający wszystkie narządy, wszystkie części ciała. Miałam wrażenie, że niewiele brakuje, aby moja głowa pękła jak zwykły balon. Balansowanie między snem a jawą nie należało do najprzyjemniejszych uczuć. Minuty stawały się godzinami, godziny minutami. Czułam się, jakbym próbowała wydostać się z wiru, który uparcie ciągnął mnie na dno.
    Powoli odzyskiwałam świadomość. ,,Co się stało? Co się, do cholery, stało?! Dlaczego nie mogę się ruszyć? Czemu ledwo oddycham?" - próbowałam poskładać elementy układanki. Samochód, przeszywający pisk, drzewo... Zamrugałam i z chaosu zaczął wyłaniać się rozmyty obraz. Zewsząd otaczała mnie pogięta blacha. ,,Boże, co teraz? Oddychaj, Martynka, oddychaj. Zachowaj zimną krew. Panika w niczym tu
nie pomoże." - pocieszałam się w myślach.
    Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że nie byłam sama. Co z resztą? Przestraszyłam się. Moja siostra! Mogłam tylko ufać i mieć nadzieję, że nic jej się nie stało. Zaczęłam nasłuchiwać. Otworzyły się drzwiczki i z auta, a raczej jego resztek, wygramolili się Kuba i Szymon.
 - Nic ci nie jest, stary? - spytał ten pierwszy.
 - Nie. Wszystko ok. Z tobą w porządku?
Nie usłyszałam odpowiedzi, więc Kuba najprawdopodobniej tylko skinął głową.
 - Martyna? - usłyszałam głos Kasi, która dopiero teraz wyskoczyła z samochodu. Odetchnęłam z ulgą. Jest cała.
- Tuśka! Słyszysz mnie? - ponowiła pytanie.
"Słyszę, słyszę" – chciałam powiedzieć, jednak nie wydobyłam z siebie ani słowa. Poczułam za to falę nowego bólu w klatce piersiowej, przez co znów nie mogłam złapać oddechu. Zaczynałam się dusić. Im bardziej chciałam coś powiedzieć, tym bardziej bolało. Wokół mojej szyi coraz mocniej zaciskała się niewidzialna metalowa obręcz.
 - Martyna, powiedz coś! - moja siostra powoli wpadała w histerię.
 - Boże, co ja najlepszego zrobiłem? Co ja, do diabła, narobiłem?! - Kuba również spanikował.
    Kasia rozpłakała się. Szymon pocieszał ją słowami: "Wszystko będzie dobrze". Szloch dziewczyny sprawiał, że czułam się winna. Próbowałam wydać z siebie choćby jęk, żeby ją uspokoić, ale płuca ciągle odmawiały mi posłuszeństwa. Kilka łez spłynęło mi po policzku. Odruchowo mocno wbiłam paznokcie w udo. Nic nie poczułam. Przeraziłam się. Położyłam rękę na łydce, potem przejechałam nią po drugiej nodze. Miałam wrażenie, że dotykam innego ciała. Te nogi nie były moje. Zupełnie, jakby ktoś je podmienił lub wyłączył. "Nie! - krzyknęłam w głowie. - Tylko nie to!" Teraz łzy płynęły już strumieniami.
    Przyjechała karetka. Nie wiem, ile czasu zajęło im wyciągnięcie mnie z tego okropnego przedniego siedzenia. Minutę, dwie, pięć? Może godzinę? Położono mnie
na noszach. Gdy tylko Kuba mnie zobaczył, zaczął jeszcze bardziej histeryzować
i obwiniać się za ten nieszczęsny wypadek. Jeden z ratowników, który ewidentnie miał dość, złapał go od tyłu i odciągnął do drugiej karetki. Spojrzałam z wdzięcznością
na człowieka, który uratował moje uszy od tego lamentu. Kilka sekund później podbiegła do mnie zapłakana Kasia. Przytuliła swój policzek do mojego.
 - Jezu, Martyna – powiedziała łamiącym się głosem. - Żyjesz!
    Uśmiechnęłam się i ścisnęłam jej rękę. Nadal oddychało mi się z trudem, nie mówiąc już o jakimkolwiek mówieniu. Miałam nadzieję, że ten stan jest tylko chwilowy. Lekarz, widząc moją walkę, przyłożył mi do twarzy maskę tlenową. Trochę lepiej. Podeszło dwóch ratowników. Jeden stanął za moimi stopami, drugi nad głową i na "trzy" skierowali nosze  do karetki. Chwyciłam siostrę za rękę, zanim zdążyła odejść
i nie zamierzałam jej puścić. Nie chciałam zostać sama. Kasia szybko domyśliła się, o co mi chodzi i powiedziała:
- Spokojnie. Nie możemy jechać razem, ale będę w drugiej karetce. Nie martw się, siostrzyczko. Zobaczymy się w szpitalu – ścisnęła mi rękę na pożegnanie.
  Odprowadziłam Kasię wzrokiem, a następnie spojrzałam w niebo, uśmiechnęłam się delikatnie i powiedziałam w myślach do Boga:

 - Nie. Dziś nie umrę. Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.


Izabela Świerkosz "ANNA BOLEYN"


     Chłodny wiatr powiewał moją długą aksamitną suknią kierując falbanki w stronę drewnianych schodów prowadzących na jedyny w swym rodzaj szafot. Moje dłonie były lodowate niczym pokrywa rzeki w  samym środku zimy. Pomimo przeszywającego chłodu, czułam wypływające rumieńce na moje zmarznięte policzki. Stałam pomiędzy moimi towarzyszkami, które z pobożnie złożonymi rękoma czule błagały naszego stwórcę o dobre losy mojej nieszczęsnej duszy. W końcu odważyłam się i spojrzałam przed siebie. Moje serce zaczęło bić jeszcze mocniej, jak bym pokonała trasę z naszego dworu do wielkiej wieży w Tower. Nad starymi drewnianymi schodami stał tłum ludzi. Miałam wrażenie jak gdyby cała Anglia nagle opuściła swoje obowiązki i przyjechała tu, by zobaczyć moje upokorzenie, upokorzenie swojej własnej królowej, której niedawno składali największe dary i pokornie skłaniali  głowy. Wybiła godzina dziewiąta, dźwięk dzwonu, który słyszałam po raz ostatni, wywołał u mnie ogromne dreszcze.
-Już czas królowo-usłyszałam za plecami głos kapłana, któremu chwilę temu wyjawiłam wszystkie przewinienia i grzechy dokonane w moim potępionym życiu . Wzięłam głęboki wdech i wolno podniosłam nogę na pierwszy schodek. Okazało się, że moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa, z resztą jak wszystko inne dookoła, z każdym krokiem  kolana uginały się  jakby tlen wcale nie dochodził do ich komórek, umierały razem z moją duszą. Nagle zorientowałam się, że setki tysięcy par oczu spoglądają z pogardą na moją osobę, było już coraz bliżej końca tej ironicznej sceny, która targała moim sercem i duszą na wszystkie strony świata. Jakież to okropne uczucie, stałam na środku szafotu jako cel największych obelg i wyśmiewisk. Krew zalewała mój umysł, jednakże nie pozwoliłam, by ktokolwiek zobaczył mój strach i ogromny lęk, który tłumiłam w sobie przez ostatnie kilka lat i które teraz mają największą siłę i moc, ponieważ w dalszym ciągu byłam królową i chce godnie choć niewinnie umrzeć. Moja towarzyszka zdjęła mój ciemny nie twarzowy kornet, pod którym były wysoko upięte czarne gęste włosy, niegdyś atut mojej urody i wzorzec innych niewiast, wtedy jakby utraciły swój blask, lśniące kosmyki przybrały postać zniszczonych, startych włókien.  Nie miałam dużego dekoltu, jedynie delikatnie odsłoniętą szyję, aby ostrza nie napotkały nie potrzebnego oporu. Jedna z towarzyszek podeszła do mnie z czarnym kawałkiem materii, abym mogła opuścić ten świat w ciemności, nie patrząc na twarze poddanych. Ostatni raz otworzyłam  swe oczy i jakby wszystko umilkło, przeszedł mnie nerwowy, gorący dreszczyk. W oddali dostrzegłam moją ukochaną siostrę Marię, u której widziałam politowanie i fale łez. Uśmiechnęłam się do niej choć moja mimika rozeszła się z wiatrem i została połknięta przez wrogie i agresywne spojrzenia tłumu. Niestety nie zobaczyłam odwzajemnienia mojego czynu. Zaraz po tym poczułam nasuwającą się na moje oczy rękę towarzyszki wiążącą czarną chustę. Od tej pory słyszałam jedynie szmer  tłumu i dźwięk kata ostrzącego miecz. Klęczałam sama zupełnie sama, już nie myślałam o śmierci, tylko o Bogu, w głębi duszy prosiłam go, aby chociaż On mnie nie opuszczał i przyjął moją dusze w swe ramiona. Wtem tłum umilkł. Znad chmur wyłoniło się słońce, które zaczęło delikatnie ogrzewać moją szyję, kat podniósł wysoko ręce, poczułam, że ogromny miecz znajduje się tuż nad moją głową, ale nagle ku mojemu wielkiemu zdziwieniu miecz nie opadł……..


KILKA LAT TEMU…
-Anno podejdź tu, usiądź obok mnie.
-Jestem przy tobie Henryku.
-Ukochana, powiedz proszę, dlaczego nie chcesz, bym był blisko Ciebie?  Miłuję Cię jak nikt inny, żywię do ciebie ogromne uczucie miłości.
-Henryku…..
Spłonęłam rumieńcem, wpatrując się w rozżarzony kominek obok którego siedziałam  w wielkiej i ciemnej komnacie samego króla Henryka VIII najpotężniejszego monarchy współczesnej Europy z dynastii powszechnie szanowanych i wielce cenionych Tudorów.  Po krótkim namyśle spojrzałam  w głębokie i niesamowicie uwodzące oczy króla i nieśmiało odpowiedziałam:
-Mój królu, jesteś najwspanialszy, oczywiście że odwzajemniam twe uczucia, jednak martwi mnie jedna rzecz.
-Mów śmiało najdroższa, co cię zniechęca?
-Na przeszkodzie stoi Jaśnie Pani Katarzyna Aragońska , moim pragnieniem jest, by zostać twoją żoną i dać ci silnego męskiego potomka, o którym marzysz od dawna, który zawładnie potęgą Anglii i sprawi, że ludzie będą mogli żyć w dobrobycie , do czego ty zawsze dążyłeś miłościwy królu, jednak królowa nie spełniła twoich oczekiwań i myślę, że nie spełni przez swój podeszły wiek, zostanie  po niej jedynie pierworodna Maria, lecz córka, nie syn. A wiec, chce być twoją prawowitą żoną, a nie kochanką uznaną potem przez lud za wiedźmę i ladacznice króla.
- Hmm masz rację nie zniósł bym tego, gdyby uznano cię za zdrajczynię . Więc co proponujesz ma luba? Skoro papież nawet nie śmie zobaczyć na list z prośbą o udzielenie rozwodu, a co dopiero zgodzić się na to.
Znów zapadła głucha cisza, słyszałam jedynie jak iskry w kominku przelatują z jednego kawałka drewna na drugi. Księżyc jasno świecił do okien, tworząc jasną smugę światła oddzielającą moją szarą postać od króla.
- Czy papież jest ważniejszy od ciebie, najpotężniejszego władcy, którego miłuje cała Europa, Dlaczego  mój miłościwy słuchasz głowy kościoła, skoro sam możesz nią zostać? Stwórz nowy odłam religii, pozyskasz uznanie w oczach wszystkich monarchów, Anglia będzie w centrum uwagi, papież odpowie za  to że zlekceważył tak ważną osobę i to w tak ważnej sprawie. Gdy z twoich rąk wyjdzie deklaracja o rozwodzie, moglibyśmy zapomnieć o królowej, wtedy wzięlibyśmy ślub i bylibyśmy najszczęśliwszą parą królewską jaką kiedykolwiek świat widział.
Na tym zakończyła się rozmowa, Henryk siedział podpierając się ręką i myślał nad słowami, które przed chwilą do niego skierowałam. Z jego miny wyczytałam, że rozpatrzy ten pomysł pozytywnie. Byłam z siebie dumna, nikt tak jak ja nie potrafi zawrócić w głowie mężczyźnie i to nawet samemu królowi. Jestem piękną i przede wszystkim młodą kobietą, a król pragnie niewiasty  o niebiańskiej urodzie jaką Bóg obdarzył właśnie mnie.
-Dobrze Anno idź już spać, odpocznij trochę jutro kolejny męczący dzień.
-A ty mój królu?
-Ja zostanę jeszcze chwilę, muszę zastanowić się nad pewnymi sprawami, które sieją wątpliwości w mojej głowie.

      
       Nazajutrz, o poranku zebraliśmy się, aby spożyć obfite śniadanie w obecności króla i królowej. Razem z innymi dworkami i towarzyszami dworu czekaliśmy aż ogromne drzwi do komnaty otworzą się ukazując we wnętrzu parę królewską.  I tak też się stało, wszyscy umilkli  i czekali aż nowo przybyli dosiądą do stołu. Ach jak smutna była ta sytuacja, siedzieliśmy w zupełnej ciszy, spoglądając nieśmiało w rozpaczone oczy królowej, w których widać było cierpienie, brak miłości i upokorzenie ze strony króla. No ale cóż, powiedzmy szczerze Katarzyna nie była zbyt urodziwą kobietą, liczne zmarszczki na twarzy idealnie określały podeszły wiek, choć niektórzy mówią, że dużo przeszła w życiu i jeszcze teraz musi znosić tę nienawiść od króla. Przeżyła już śmierć jednego męża, Artura Tudora brata Henryka. Pozostała po nim wdową i znów musiała wyjść za mąż, mimo swojej woli choć jak donoszą jej dworki, szybko ta niechęć przerodziła się w szczerą miłość. Dopóki nieokazało się, że królowa nie może mieć więcej dzieci, pozostawiając Henrykowi jedynie jedną córkę, która według wielu uczonych w tym również król, uważali, iż ta następczyni tronu może zaprzepaścić dalszy bieg dynastii Tudorów w Anglii. Patrzyłam z politowaniem na jaśnie panią, wiem jak okropnie musi się czuć, ale moim zdaniem to jej wina, gdyż nie wywiązała się z obowiązku małżeńskiego jakim było pozostawienie męskiego potomka. Ale też lata swoje robią, który mężczyzna chciałby mieć i kochać tak starą i brzydką kobietę, skoro wokół jest tyle innych ideałów, to znaczy dla króla jest tylko jeden inny ideał, którym podejrzewam, że jestem ja. Po śniadaniu królowa poszła do swej prywatnej komnaty aby dalej rozmyślać o swoim nędznym losie. W tym czasie król zaprosił mnie na krótką konną przejażdżkę. Jechałam z przodu zaraz u boku króla, kiedy inni towarzysze byli daleko za nami, a dworki jeszcze dalej przyglądając się wścipsko i z wielką zazdrością na zaloty władcy. Podczas tej wycieczki długo rozmawialiśmy.
- Anno długo myślałem o twoim pomyśle, postanowiłem zlecić to Tomaszowi Cromwellowi za miesiąc przedstawi on w parlamencie dwie ustawy „Supplication against the Ordinaries” oraz „Submission of the Clergy” które doprowadzą do ostatecznego zerwania z Rzymem i ustanowienia mnie głową Kościoła Anglii, a co lepsze pozwoli na unieważnienie małżeństwa z Katarzyną .
Moje serce zamarło w bezruchu, ta wiadomość była dla  mnie szokującą informacja.
- Ach mój królu jakież to wspaniałe wieści, to znaczy, że już za miesiąc będę mogła nazywać się królową Anglii i żoną samego króla Henryka.
-Zgadza się moja kochana, zrobię wszystko abyś była szczęśliwa.
Wreszcie wygrałam, pokazałam wszystkim, którzy nie wierzyli we mnie, że już niedługo będą skłaniać przede mną swe marne głowy. Tylko czekam na tę chwilę kiedy oznajmię to mojej siostrze Marii, ponieważ to ona ubiegała się o względy króla, co prawda łączył ich niewielki romans, ale nigdy nie dostała tego o czym marzyła, dostałam to ja, a mianowicie koronę. Gdy wracaliśmy w oknie komnaty królowej, ujrzeliśmy ledwo widoczną postać. Jak podejrzewałam była to Katarzyna. Kiedy ja płakałam ze śmiechu przez śmieszny humor króla, ona patrzyła na nas również płacząc, jednakże te łzy wyrażały ogromne cierpienie i nie wyobrażalny ból, gdy widziała swojego męża, którego tak bardzo kochała bawiącego się w towarzystwie młodych, pięknych kobiet i oczywiście w mojej obecności, czego nie znosiła najbardziej.  Wieczór spędziłam w mojej komnacie razem z siostrą i moim kochanym bratem Jerzym. Jego żona  Jane była piekielnie zazdrosna o każdą rozmowę jej męża z inną kobietą, również potępiała przebywanie z nami. Mój brat ogromnie się ucieszył na tę nowinę złożył mi wielkie gratulacje i obiecał, że zawsze mogę na niego liczyć i zawsze mogę czekać na jego pomoc  ze świadomością że na pewno przybędzie. Maria zareagowała na to trochę inaczej, oczywiście udawała zaskoczoną i ucieszoną z mojego szczęścia, jednak w jej oczach widziałam smutek i żal, ponieważ kolejny raz udowodniłam jej, że jestem lepszą córką rodu Boleyn’ów. Miło spędziliśmy wieczór, rozmawiając głównie o mnie i o mojej przyszłości a także przyszłości naszej rodziny.
- Moje drogie siostry, musze was opuścić i wracać do mojej żony, och pewnie znowu usłyszę, że jestem nie wiernym mężem i nie kocham już tej samej Jane jak kiedyś przed ślubem… wiecznie to powtarza.
Zaśmiałyśmy się delikatnie, czule tuląc brata do siebie.
-  Jerzy, Mario jak dobrze że Was mam, śpijcie spokojnie. 


        Czas szybko płynął, lata przemijały jak ulotny wiatr, pozostawiając po sobie jedynie wspomnienia. Dla mnie te wspomnienia budziły na mojej twarzy szeroki uśmiech. Jestem już królową Anglii, lud już dawno zapomniał o Katarzynie Aragońskiej teraz wielbią tylko mnie i króla. No niestety lata mojej młodości już ulotniły się, mogę zdradzić, że mam już kilka zmarszczek co ogromnie mi przeszkadza. Ogarnia mnie lekki niepokój co do mojej urody, obawiam się, iż król zmieni zdanie i nie będzie mnie już kochał tak jak dawnej, przyznam, że relacje między nami ochłodziły się już nie jest dla mnie tak troskliwy i kochający jak dawniej. Źle się czuję na różnych balach rozrywkowych i różnego rodzaju spotkań dworskich. Pojawia się na nich jedna szczególna dwórka Joanna Seymur. Musze stwierdzić, że jest naprawdę ładna, ma śliczną jedwabistą cerę i wyraziste niebieskie oczy, jest szczupłą, drobną dziewczyną o bujnych jasnych włosach, choć ciężko mi wypowiedzieć te słowa jest ładniejsza ode mnie. Co gorsze nie tylko ja to zauważyłam, król również dostrzegł magię jej urody. Na ostatnim balu maskowym, siedząc na królewskim tronie, przyglądałam się niesamowitemu tańcu jednej z par. Próbowałam odgadnąć czyja twarz kryje się pod maskami, ku mojemu zdziwieniu był to król tańczący właśnie z Joanną. Zjada mnie zazdrość, Henryk nie żywi do mnie już takiej sympatii, jestem ciągle smutna, wciąż rozmyślam o tak bolesnej utracie miłości najpotężniejszego człowieka państwa. Jedyne co sprawia mi radość to Elżbieta, moja córeczka. Codziennie rano odbieram ją od mamek i bawię się z nią aż do wieczora jeżeli czas i król na to pozwoli. Jest śliczną rudowłosą dziewczynką i myślę, że w przyszłości będzie o wiele ładniejsza od tej całej Joanny Seymour.  Henryk od zawsze marzył o synie, niestety jak na razie ma dwie córki i ani jednego syna, osądza mnie o to, wiele razy poroniłam mając pod sercem przyszłego króla płci męskiej. Zarzuca mi, iż nie wypełniam i mogę już nie wypełnić obowiązku małżeńskiego. Pewnego dnia po długiej rozmowie z królem o braku męskiego potomka, rozpaczona weszłam do komnaty siostry , gdzie ujrzałam Jerzego i Marię, przerywając im śmieszną pogawędkę . Nie był to dla mnie zadziwiający widok, gdyż często wieczorami przebywałam w ich towarzystwie.
Przerażony Jerzy natychmiast wstał , ruchem ręki pokazując Marii aby uczyniła to samo.
-Anno!? Usiądź proszę, jesteś zmęczona, dlaczego płaczesz, co się stało?
Usiadłam między moim rodzeństwem, wtem Maria czule tuląc mnie do swojego ramienia zapytała
-Niech zgadnę, byłaś w komnacie królewskiej? O czym rozmawiałaś z królem?
- och gdyby to było takie proste, jeśli to w ogóle można nazwać rozmową. Król krzyczał przeraźliwie, obwiniając mnie o brak syna. Czuje pustkę w moim sercu, jeszcze niegdyś najbardziej zauroczony we mnie mężczyzna widzi we mnie jedyną ofiarę królewskiej porażki, mało tego na kolejnej przeszkodzie do wnętrza serca Henryka stoi brak akceptacji z Jego strony, moja uroda nie zadawala już jego wzrok. Proszę powiedzcie mi co mam teraz uczynić?
Zakłopotany Jerzy pokiwał głową
- Anno wiedz, że nie jesteś sama, ja z Marią zawsze będziemy u twojego boku.
-Jerzy ma rację, nigdy cię nie opuścimy, zrobimy wszystko co w naszej mocy, abyś była w pełni szczęśliwa.
- muszę jeszcze raz  zostać ciężarną, aby udowodnić Henrykowi, że może być w pełni bezpieczny o przyszłość dynastii Tudorów.
-Masz rację Anno- z troską wtrąciła się Maria.
- Lecz problem tkwi w tym, iż Henryk mnie nie kocha, prawdziwą miłością obdarza jedynie Joanne Seymour.
Zapadła przejmująca cisza, żaden z nas nie wiedział jak podsumować tę sytuację. Okno komnaty było lekko uchylone, dźwięk świerszczy i innych polnych owadów zabarwiał niezręczną ciszę. W pewnej chwili usłyszeliśmy dziwne odgłosy dochodzące z korytarza . Jerzy ostrożnie wstał, zmierzając w  stronę drzwi, i gwałtownym ruchem otworzył je. Ten widok ugiął nam kolana, każdy z nas był ogromnie zaskoczony kolejny raz znaleźliśmy się w nie zręcznej sytuacji. Jerzy z zdenerwowaniem i rozczarowaniem zapytał donośnym głosem.
- Jane!! Co ty u licha tu robisz? Podsłuchiwałaś?
Za drzwiami stała w skupieniu żona Jerzego, jak już wcześniej  mówiłam wiecznie zazdrosna i wścipska. Kochała wtrącać się w nieswoje sprawy, a już najbardziej w problemy mojego  brata.
- Jerzy, co to ma znaczyć?- irytacja Marii dała o sobie znaki.
-  Wybaczcie moje siostry, za to nieporozumienie. Pójdziemy  już Jane do swojej komnaty.
Był wściekły, ale zarówno zawstydzony za zachowanie swojej żony
Zostałyśmy same. Maria była ciągle zazdrosna o mnie i o Jerzego, potrafiła powiedzieć na nas złe słowo, lecz w obecności zaufanych osób i za to ją kochałam, zawsze niosła mi pomoc, ponieważ ja również ją wspierałam kiedy wplątała się w miłosny krąg z królem. Leżałyśmy do północy pod ciepłym kocem i rozmawiałyśmy o zabawnych rzeczach, wspominałyśmy  lata dzieciństwa, rozbawiła mnie i dzięki niej, zapomniałam na tę chwilę o moich zmartwieniach  . Obawiała się o mnie, czy nie będę mieć przez to jakiś problemów, ponieważ o tej porze powinnam znajdywać się w królewskiej sypialni, jednakże ja byłam pewna, że jest ona pusta, albowiem król przebywał u Joanny.

- Jane jak mogłaś mi to zrobić, przecież to królowa, traktujesz mnie nie poważnie!
-Jerzy codziennie czekam na ciebie wieczór, a Ty spędzasz cały swój wolny czas u tej wiedźmy, prawie nie widuje swojego męża.
- Nie mów tak! Ona nie jest żądną wiedźmą, potrzebuje pomocy, więc nie możemy ją tak zostawić.
- Tak, ciekawe w czym musisz jej pomóc?
-Niestety, ale nie mogę ci wyjawić, to sprawa życia i śmierci naszej królowej, Jane  kocham ją i obiecałem, że nikomu tego nie zdradzę, wybacz mi.
- No właśnie, tak jak myślałam. Kochasz ją, widzę to i czuję. Robisz wszystko aby być bliżej niej. Wiem wszystko, domyślam się co chcecie zrobić podsłuchiwałam i znam wasze plany już mnie nie oszukasz.
- Co ty mówisz?! Przecież to jest moja siostra, kocham ją miłością rodzinną, jak w ogóle mogłaś pomyśleć o czymś takim. Jakie plany ? Jane odpocznij proszę, widzę, że nie najlepiej się czujesz.
- Doskonale się czuje, jednak mam rozdwojone serce i dusze do czego przyczyniłeś się właśnie Ty.
Ta kłótnia ciągła się przez cały ciemny korytarz, aż w końcu weszli do swojego pokoju, nie wypowiadając już ani jednego słowa.
   
      Podążałam w stronę jadalni, aby usiąść do stołu na poranny posiłek. Wszedłszy do środka zobaczyłam wielu zaniepokojonych dworzan, którzy szemrali coś po cichu, wyglądało to jak protest przeciwko samej mnie . Podeszłam do króla czekając aż Joanna ustąpi mi miejsca, gdyż rozmawiała z Henrykiem i nie tylko rozmawiała.
- Witaj mój królu, czy dziś zdrowie dopisuje? – zapytałam z grzeczności choć z wielką niechęcią. Zdziwiłam się ponieważ król popatrzył surowo  w moje oczy. Nic nie mówiąc wziął do ręki bochenek świeżego chleba przerwał i razem z kawałkiem dziczyzny zjadł jednym gryzem, popijając czerwonym winem. Nie miałam ochoty nic jeść, źle się czułam. Miałam wrażenie jak bym popełniła jakieś przestępstwo, choć nie wiedziałam co jest powodem tych frasobliwych min. Podczas tego śniadania widziałam króla  i wszystkich dworzan po raz ostatni…
 Po południu, kiedy przechadzałam się w ogrodzie podziwiając pięknie pachnące kwiaty i wspaniałe fontanny, z posągami ostatnich królów Anglii, przyszła do mnie straż królewska, oznajmiając mi, że zostałam skazana. Kolejna rzecz która wywołała u mnie najgorsze  myśli. Poczułam jak moje policzka rozgrzewały się do czerwoności, moje nogi stały się tak niewyobrażalnie miękkie, że ledwo ,mogłam ustać w jednej pozycji. Przewieziono mnie do więzienia w Tower. Wieża, w której umierali najwięksi złoczyńcy i zdrajcy. Dlaczego znalazło się tu miejsce i dla mnie. Byłam zdezorientowana siedziałam w małej, ciemnej i brudnej celi z jednym maleńkim oknem, przez które ledwo mogłam cokolwiek zobaczyć. Jedynym przerażającym widokiem, który  mogłam zobaczyć  był szafot, drewniana scena służąca do upokarzania ludzi a przede wszystkim do okrutnego zabijania.  Siedziałam zwinięta patrząc na ten okrutny i wywołujący dreszcze parkiet, ujrzałam tam nawet wielkie wsiąknięte w drewno i wyblakłe przez deszcz plamy krwi . Zastanawiałam  się jednak najbardziej, co takiego skłoniło króla do wydania mi kary, boje się o swoje życie może to być nawet kara śmierci, a co jeśli to moja krew, będzie niedługo wsiąkać w drzazgi szafotu. Ale dlaczego, Henryku przecież byłam ci wierna i zawsze Cię kochałam, cóż takiego uczyniłam. Zalewałam łzami moją cele aż do wieczora kiedy z trudem udało mi się zasnąć.
      Kolejnego dnia odwiedziła mnie Maria. Dowiedziałam się dlaczego jestem właśnie w tym miejscu. Jane oskarżyła mnie o cudzołóstwo oraz  o kazirodztwo z Jerzym. To obłęd ta kobieta skazując mnie, wydała również własnego męża. Maria powiedziała mi, że już jutro Jerzy odejdzie z tego świata i nawet będę mogła mu towarzyszyć patrząc przez moje okno na szafot, ta wieść zdruzgotała mnie, razem zaczęłyśmy płakać.
- Mario tylko ty zostaniesz na tym świecie z nas wszystkich, módl się proszę o nasze dusze, Mario ogarnia mnie lęk i ogromna trwoga.
- Anno spróbuje przekonać króla, przecież niegdyś łączyła nas silna więź może uda mi się cokolwiek zdziałać, obiecuję , że zrobię wszystko co w mojej mocy, aby uratować ciebie i naszego brata od śmierci.
Długo tak siedziałyśmy przytulone to siebie, bez słowa, wiedziałyśmy że ostatni raz możemy być tak blisko. Czeka nas rozstanie na zawsze…
- Żegnaj Mario, kocham Cię
- Anno kocham Cię i zawsze Cię będę kochać, nawet jeśli nie będziesz  obok mnie, pozostaniesz w moim sercu.
O poranku obudziło mnie głośne bicie dzwonów. Szybko zerwałam się z drewnianego łoża i spojrzałam zza okno.
- Jerzy!!!!
Wybuchłam  płaczem, zaczęłam głośno krzyczeć i szlochać.
Przecież On nic nie zrobił złego, żył przyzwoicie jak każdy inny dworzanin. NIEEEEE!!! Proszę…
Emocje mnie rozrywały, mój brzuch zaczął niemiłosiernie kłuć, poczułam ogromny ból w klatce piersiowej.
Mój kochany brat zginie przez własną żoną, gdzie jest ta wiedźma, teraz się chowa, niech spojrzy swojemu mężowi prosto w oczy! Och za dużo tego bólu, cierpię i umieram razem z nim. Tulu ludzi się zebrało, wszyscy patrzą, kiwają głową z politowaniem…Ludzie! ten człowiek jest niewinny, zrozumcie to…w tym momencie kat gwałtownie popchnął go na środek, w oczach Jerzego krył się  trzy, dwa, jeden… otwieram oczy widzę ciało Jerzego widzę jak jego głowa upada po drewnianych, zgrzypiących schodach. Krew, krew wszędzie krew, czerwona ciecz zalała całe miejsce egzekucji. Moja dusza jest rozrywana,  stanęłam na kałuży moich łez. Ludzie w końcu odeszli, cóż za okropny widok, mój brat w dwóch częściach, spoglądałam na jego głowę, miał otwarte oczy, tak jak by patrzyły prosto na mnie, dobrze znałam to spojrzenie. Och Jerzy, tęsknie braciszku. 

        Nie spałam całą noc, ciągle rozmyślałam o Jerzym. Miałam cichą nadzieję, że Maria przekona króla i będę mogła zostać przy życiu. Zastanawiałam się jak mój brat się czuł kładąc głowę na pień. Jakie to musi być uczucie, byłam bardzo przestraszona. Mijały godziny , słońce coraz wyżej wzbijało się w górę, rozświetlając nocne niebo. Nagle ktoś mocno uderzył w moje drzwi. Wszedł do środka najpierw strażnik a za nim kapłan, moja twarz od razu zbladła.
- Mów drogie dziecko, powiedz co przewiniłaś w swoim życiu?
A wiec to koniec, ta noc była moją ostatnią. Chciałam posłusznie wypowiedzieć swoje grzechy, jednak poczułam tak nieznośny ból, jakby ktoś zaciskał na mojej szyi stalowy łańcuch.  Odważyłam się i z wielką rozpaczą zaczęłam mówić.
Strażnik chwycił moją dłoń i mocno pociągnął ku wyjściu, na korytarzu czekało na mnie jeszcze dwóch strażników i dwie niewiasty, które miały mi towarzyszyć w ostatnich chwilach, mojego tchnienia. Stalowy łańcuch nadal nie odpuszczał, zaciskał mi gardło a potem serce. Powtarzałam sobie w myślach, że będzie wszystko w porządku, wierzyłam Marii, tylko w niej w tych chwilach miałam jakąkolwiek nadzieję .
Zaprowadzili  mnie do małej komnaty, gdzie moje towarzyszki pomogły mi ubrać ciemną startą suknie, oraz włożyć kornet. Szliśmy długo przez ciemny i brudny korytarz, niekiedy ocierałam się o pajęczyny i słyszałam piski szczurów i mysz, to było przeraźliwe, jeszcze bardziej wzbudzało lęk, przed śmiercią, to były tortury i psychiczne przygotowanie do najgorszego. Ujrzałam światło, było już coraz bliżej, poczułam chłodny, przejmujący wiatr muskający moje nogi. Znów usłyszałam  bicie dzwonów, zupełnie tak jak podczas egzekucji Jerzego, mam nadzieje, że patrzy na mnie teraz i szykuje mi miejsce obok siebie. Już koniec dotarliśmy do wyjścia. Jasne światło oślepiło moje oczy przyzwyczajone do ciemnych i zimnych murów, Mario powiedz, że mnie uratujesz…

.

.
.
.
.
.
.

Znad chmur wyłoniło się słońce, które zaczęło delikatnie ogrzewać moją szyję, kat podniósł wysoko ręce, poczułam, że ogromny miecz znajduje się tuż nad moją głową, ale nagle ku mojemu wielkiemu zdziwieniu miecz nie opadł prosto na moją szyję lecz boleśnie przeciął moje plecy, poczułam, że mdleje, widziałam czarne plamy przed oczami, aż w końcu kat zamachnął się jeszcze raz i wte…




ŹRÓDŁA:

·         Philippa Gregory   “ Cykl Tudorowski ”
·         Film pt.” Kochanice Króla- The Other Boleyn Girl” reż. Justin Chadwick.




Zofia Kalemba "Promienny chłopiec"



Żył w pokoju o białych ścianach. Umieścił tam obraz przedstawiający cierpienie. A kiedy żył, wpatrywał się w ten portret; spoglądał na białą ścianę, pokrywającą każdy zakątek jego bytu.



1
Drzwi zaskrzypiały.
Uśmiechnięty chłopiec wszedł do gabinetu o białych ścianach.
Drzwi zostały zatrzaśnięte.

2
Drzwi zaskrzypiały.
Uśmiechnięty chłopiec wszedł do gabinetu o białych ścianach.
Skinąłem na niego głową.
Zaintrygował mnie.
Drzwi zostały zatrzaśnięte.

3
Drzwi zaskrzypiały.
Uśmiechnięty chłopiec wszedł do gabinetu o białych ścianach.
Uścisnąłem jego dłoń na przywitanie.
Przemiły chłopiec.
Drzwi zostały zamknięte.

4
Drzwi zaskrzypiały.
W samą porę.
Uśmiechnięty chłopiec wbiegł do gabinetu o białych ścianach.
Usadowiwszy się w fotelu, zaczął opowiadać.
A kiedy opowiadał, ściany nas miażdżyły.

5
Mówił mi o samotnym wilku, który obdarzył miłością
jedynego w swym rodzaju Czerwonego Kapturka.
Zdziwiłem się.
Widocznie nikt nigdy nie dokończył opowiadać mi tej bajki.
Słuchałem więc promiennego chłopca, a on wyciągnął zdjęcia.

6
Promienny chłopiec z piękną dziewczyną.

7
Drzwi zaskrzypiały.
Jak zwykle.
To dobrze.

8
Drzwi zostały otwarte.
Do gabinetu o białych ścianach wbiegł chłopiec.
Usiadł w fotelu i oglądał na dłoni płatki śniegu zsypane ze swoich jasnych włosów.

9
Powiedział mi, że zakochał się w śniegu,
tak jak obdarzył miłością swoją ostatnią ukochaną.

10
Blady chłopiec przyszedł do gabinetu o białych ścianach.
Pragnął mi o czymś opowiedzieć.
Słuchałem.

11
Mówił o walecznym rycerzyku, który miał w sobie zbyt dużo nieokiełznanej odwagi, by móc chronić czyjeś życie.
Promienny chłopiec rozpiął koszulę, po czym ukazał mi bliznę, okalającą połowę jego obojczyka.
Zakryłem usta drżącą dłonią.

12
Drzwi stały otworem.
Chłopiec wbiegł do gabinetu z roztrzęsionym podbródkiem.
Słuchałem jego wrzasków, a wtedy świat wirował.
13
Krzyczał, że na rękach ma krew.
Do hańby! Nie chciał pobrudzić ścian.

14
Drzwi zaskrzypiały.
Chłopiec wbiegł do gabinetu o białych ścianach, niosąc ze sobą obraz, który namalował.
Dostrzec w nim potrafiłem jedynie kontury chaotycznego cierpienia, zarysowane poprzez ogrom barw.
Drzwi nie zostały domknięte.
Spojrzałem na jego młodzieńczą twarz.

15
Uśmiech zbyt promienny, by mógł być trwały – pomyślałem.
Drzwi zostały zatrzaśnięte.

16
Chłopiec w milczeniu usadowił się w fotelu naprzeciw mnie.
Patrzyliśmy na siebie nie wszczynając rozmowy.

17
Dopiero w tamtej chwili zdałem sobie sprawę, że zawsze, kiedy do mnie przychodził miał ubrany garnitur – jakby codziennie świętował lub z dnia na dzień popadał w coraz głębszą rozpacz.
Dotychczas widziałem tylko jego uśmiech.

18
Ten promienny uśmiech.
19
Promienny chłopiec wbiegł do gabinetu o białych ścianach, niosąc ze sobą poplamiony kawą album ze zdjęciami.
Zapytawszy, czy mógłbym obejrzeć z nim wspomnienia,
zaczął opowiadać mi o swoich dziewiętnastych urodzinach.
Wstrzymałem oddech.
20
Ja nigdy nie dożyłem tego wieku.

21
Drzwi zostały otworzone.
Do gabinetu o białych ścianach wbiegł promienny chłopiec.
Chwyciłem go za rękę i spojrzałem w oczy.
22
Zauważyłem w nich zrozumienie.
Wiedział, że ja także chciałbym mu o czymś opowiedzieć.
23
Drzwi się otworzyły.
Do gabinetu wszedł promienny chłopiec.
Poprawiwszy swój garnitur, usiadł naprzeciw mnie.
Słuchał.
24
Mówiłem mu o pewnym nieszczęsnym piętnastolatku, na którego ojciec spoglądał jedynie pożądliwym wzrokiem.
Promienny chłopiec przerwał mi, zanim zdążyłem wyrzucić z siebie ciężar.
25
Przepraszam – pomyślałem.
Nie potrafiłem zmieniać rzeczywistości, tak jak robił to promienny chłopiec.
Zatrzasnął za sobą drzwi.
26
Drzwi się otworzyły.
Chłopiec wszedł do gabinetu. Nie był zbyt rozmowny tego dnia.
Nie odważyłem się poruszyć wcześniejszego tematu.
Nerwowo spoglądałem na białe ściany.
27
Do gabinetu o białych ścianach wszedł promienny chłopiec.
Trzymał w dłoniach aparat fotograficzny.
Powiedział, że chciałby zrobić sobie ze mną zdjęcie, aby nigdy mnie nie zapomnieć.
Odmówiłem mu, a on jedynie się uśmiechnął.

28
Dobrze wiedział, że zbyt zdewastował moje wnętrze, by móc umieścić je na fotografii.
29
Włączałem światło, gdy promienny chłopiec otworzył szeroko drzwi gabinetu.
Kiedy stanął przed progiem, dostrzegłem drżenie jego rąk.
Upuścił na ziemię szklany talerz z ciasteczkami.
30
Przeraził go jego własny obraz, który zawiesiłem na jednej
 z białych ścian. Wychodząc bez słowa, zatrzasnął za sobą drzwi.
31
Blady chłopiec wszedł do gabinetu.
Nie wypowiedział do mnie ani jednego słowa.
Raz po raz spoglądał nerwowo na obraz powieszony na ścianie.
Patrząc na chłopca, ściągnąłem malowidło i schowałem za kanapą.

32
Dotąd nie miałem pojęcia, że aż tak przerażał go jawny ból.

33
Drzwi zaskrzypiały.
Promienny chłopiec wszedł do gabinetu,
chowając za plecami bukiet kremowych goździków.
Powiedział mi, że chciałby, aby rosły przy wodzie, żeby mógł spokojnie nad nimi płakać i równocześnie patrzeć, jak czas odmraża rany.
Drzwi zostały zamknięte.
34
Do gabinetu wszedł przygarbiony chłopiec.
Nikt nie usłyszał skrzypienia otwieranych drzwi
ani wrzasku przeszywającego białe ściany.

35
Drzwi się otworzyły.
Do gabinetu wszedł promienny chłopiec.
Był wielce rozmowny tego dnia,
ale ja nie potrafiłem wtedy słuchać.

36
Drzwi stały otworem, lecz do gabinetu nikt nie przyszedł.
Drżąc z nieświadomości wybiegłem na korytarz.
Widziałem krew. Pełno czerwonej mazi brudzącej dywan.
Z osłupieniem wpatrywałem się w promiennego chłopca, wbijającego paznokcie w bliznę na obojczyku.

37
Chciałbym razem z nim skulić się w kącie i raz po raz rwać skórę z bólu, którego nie byłem w stanie znieść.

38
Nie zamknął za sobą drzwi, kiedy wszedł do gabinetu o białych ścianach.
Ten promienny chłopiec.

39
Usadowił się w fotelu.
Słuchał, a wtedy ściany stawały się pryzmatem.

40
Zgarbiony, zająłem fotel naprzeciwko.
Pulsowało mi w głowie.
Pokazałem mu zdjęcia.
Moje przekleństwo.

41
Piękna kobieta kąpiąca w wanience swoje dziecko.
Wstrzymałem oddech, jak za poprzednim razem.
Nie patrzyłem na zdjęcie, tylko w oczy promiennego chłopca.
Wyciągnąłem kolejną fotografię.
42
Malutki chłopiec w samych kąpielówkach, spoglądający prosto w obiektyw aparatu.
Nie patrzyłem na fotografię, tylko w oczy promiennego chłopca, które w swojej niezgłębionej istocie przypominały niezapominajki.
 Widziałem, że nie potrafił wypuścić powietrza.


43
A potem po prostu się rozebrał; zrzucił z siebie garnitur.
Odwróciłem wzrok i zacząłem płakać.
Podszedł do mnie i odciągnął moje dłonie od twarzy, tak jak kilkanaście lat temu zrobił to mój ojciec.
Wziął moje palce i sunął nimi po swoim ciele.
Nie chciałem go dotykać.
44
Tego promiennego chłopca.
45
Oddałby mi się, gdybym tylko go o to poprosił.
Dokładnie tak, jak ja ojcu, kiedy wierzyłem w dobre intencje tego, co mi robił; kiedy nie miałem sumienia, aby było mi za niego wstyd.
Wierzyłem w każde jego słowo, nawet wtedy, gdy dowiedziałem się, co tak naprawdę sprawiało mu przyjemność.
Pamiętam, że chciał, abym był taki, jak on. Pragnął nie czuć się niczemu winny.
Pamiętam, że pokazywał mi zdjęcia.

46
Nigdy na nie nie spojrzałem, dlatego teraz ogarnąłem spojrzeniem całe ciało promiennego chłopca.
Wypuścił powietrze.
A ja tylko stałem, jakbym w jednym momencie runął na ziemię.

47
Drzwi się otworzyły
Jak zawsze.

48
Do gabinetu wbiegł uśmiechnięty chłopiec.
Chciał mi o czymś opowiedzieć.
Słuchałem.

49
Mówił mi o ołowianym żołnierzyku, który zatonął w szmaragdowym odbiciu wód, próbując uratować swą ukochaną.

50
Promienny chłopiec z piękną dziewczyną.

51
Drzwi stały otworem.
Promienny chłopiec wbiegł do gabinetu, po czym stanął przy oknie, które otworzył na oścież.
Usadowiłem się przy nim.
A kiedy spoglądając na mnie, poprosił abym zapewnił go, że jest zdrowy -
uśmiechnąłem się do niego.

52
Zrobił dokładnie to samo, a wtedy ściany oślepiły nas swoim blaskiem.