poniedziałek, 10 lipca 2017

Szafot

Zofia Kalemba
I miejsce, gimnazjum

Szafot

1
Jestem mordercą.
Śmiejąc się niepozornie tłumię żal.
Szaleni niewidomi,
wszyscy popełniamy zbrodnie
w imię naszych grzechów.
2
Jestem zbyt zmęczony budzeniem się nad ranem z papierosem w lewej dłoni. Za bardzo żałuję za zbrodnie, żeby móc zasnąć. A jednak robię to codziennie. Zasypiam, budzę się, zapalam papierosa, modlę się. Przecież nie brakuje mi skruchy.
3
Tamtego dnia zatrzymali mnie, kiedy stałem zamyślony nad bezwładnym ciałem.
Spoglądałem wtedy na ściany poplamione krwią, bo widziałem ją wszędzie.
Nie mogę przypomnieć sobie, co mówili, kiedy po mnie przyszli. Czerwona ciecz była na ciele, którego nie pamiętam.
4
Jestem mordercą.
Nie będę kłamał, bo w mieszkaniu zostawiłem białą koszulę poplamioną wczorajszą kawą i nie mogę już po nią wrócić.
Biel pasowała mi wieczorem,
niewinność nie jest już istotna.
5
Kiedy z nimi stałem poplamili nią kafelki. Krew była wszędzie. Na moich spodniach, na butach, we włosach. Krew jest wszędzie, oprócz moich dłoni. A przecież oni odeszli zanim przyłożyłem palec do ust.
6
Nigdy nie prosiłem o litość, a jednak odczuwam ją, kiedy w lustrze oglądam swoje grube blizny naznaczone własnymi kłamstwami i szyderstwem. Lustro kiedyś nie istniało, a blizny ropiały z dnia na dzień coraz mocniej, aż w końcu przestały zupełnie.
7
Zakonnice często tutaj przychodzą.
Lubię na nie spoglądać, bo przypominają mi, że Bóg gdzieś tam jest.
Szkoda tylko, że one nigdy nie patrzą na mnie. Ile bym dał, żeby spojrzały chociaż jeden raz.
8
Jestem mordercą.
Wiernym zaślepiającej niewinności, która skradła mi serce.
9
Kiedy zadają mi pytania, milczę. Myślą, że mam duszę, bo nie brakuje mi skruchy. Szukam jej wszędzie. Mógłbym oddać za nią życie.
10
Tamtego dnia siedzieliśmy w zbyt dusznym pomieszczeniu. Kazali mi czytać raport dotyczący zbrodni. Nie mogłem się skupić, dzień był zbyt upalny. Powiedziałem im, że przepraszam za to, co zrobiłem. Wszyscy na mnie patrzyli, a ja musiałem odwrócić od siebie swój wzrok. Skóra piekła mnie mniej niż powinna.
11
Jestem mordercą.
Każdego dnia.
Nie mam pojęcia, dlaczego.
Jestem nim tak często, że siebie samego nazywam grzechem.
12
Oni myślą, że mam zbyt silne ręce, by potrafiły drżeć.
13
Przykuwam uwagę nawet wtedy, kiedy brakuje mi słów, które uspokoiłyby moje myśli. Co jakiś czas słyszę krzyki; krwawe, niepokojące, miarowe bicie mojego serca. Czasami zastanawiam się czy w ogóle je mam. Wrzaski są coraz cichsze.
14
Jestem mordercą. Nie mógłbym być nikim innym.
Jestem Kubą Rozpruwaczem, który stając przed osądem zawsze słyszy wyrok uniewinniający.
15
Mordercy nie pijają z czystych szklanek, nie jedzą czystymi sztućcami.
Mordercy umywają ręce, które zawsze pozostają brudne.
16
Tamtego dnia nie czułem się zbyt dobrze. Wyszedłem z mieszkania i mówiłem do nich szeptem. Oni i tak nie chcieli słuchać, chociaż wiedzieli, że kiedy wrócę, drzwi będą zamknięte.
17
Dzisiaj musiałem wstawić się na zdjęcia.
Wyszedłem na fotografii dosyć przyzwoicie.
Któż nie byłby zadowolony z takiego efektu?
Pozowałem jak każdy większy i mniejszy morderca ode mnie.
Nie uśmiechałem się, kiedy fotograf mi kazał.
Jestem pełny skruchy.
18
Radio jest włączone zawsze, gdy wchodzę do pomieszczenia.
Biorę je w dłonie i trzymam głuchy przed sobą, bo słońce dzisiaj pięknie świeci. Dzięki Bogu.
„Dzień dobry, jestem mordercą” — Bogu dzięki.
19
Czytam gazetę każdego popołudnia, chociaż tak naprawdę nie wiem, o której godzinie dokładnie. Znam ją już na pamięć, ale czasami zapominam niektórych wyrazów. Udaję wtedy, że codziennie dostaję nową prasę. Jednak zawsze piszą o tym samym — w inny sposób, ale na jedno wychodzi. Nienawidzę czytać gazet.
20
O piątej rano wypaliłem ostatniego papierosa.
Jeszcze za czasów perfekcji domków dla lalek, zawsze budziłem się o tej godzinie zlany potem. Liczyłem do dziesięciu, skrucha odchodziła. Miarowy oddech został zastąpiony przez dym. Oni od zawsze wiedzieli, że odejdzie.
21
Kiedy na chwilę zostawiają mnie samego, myślę sobie, że podobają mi się te drzewa za piątym oknem drugiego piętra; złączone w wiecznym tańcu. Gdy wracają, czuję wiatr ciasno owijający się wokół mojej szyi. Wolę nie wychodzić na zewnątrz, bo jest na to zbyt zimno. Wrócili, a nie pamiętam, żeby ktokolwiek wspominał o wietrze.
22
Niewiele brakowało, a przyłapałbym ich na błędzie. Pozwolili mi jeszcze raz spojrzeć na ściany i zakrwawiony dywan. Mogłem popatrzyć na moje obmyte krwią ręce, ale tylko przez chwilę, która wydawała się nie istnieć.
23
Przeszedłem wczoraj pięć kroków z zamkniętymi oczami. Myślałem, że mogę być niewidzialny. Kiedy nie jestem mordercą, staram się być sobą, ale brakuje mi odwagi. Jako morderca mogę przestać bać się samego siebie. Jako on — jestem pełny żalu.
24
Nie mogę wypić kawy stojącej przede mną— ja nie mam czasu, a ona i tak już ostygła. Spieszę się razem z szalenie niewidomymi, biegnącymi na szafot. Bo nie wiemy, co robiliśmy tamtego dnia, kiedy zabijaliśmy powoli samych siebie. Bez skruchy, której teraz mogłoby nam nie brakować.
25
Teraz każdego dnia składam ręce jak do modlitwy za zmarłych, bo jestem tylko człowiekiem którego zabiła moralność.


piątek, 7 lipca 2017

DIABLAK

Rafał  Banaś
Gimnazjum

DIABLAK




          

                       
    Podbabiogórze to niezwykle piękny region, pełen okazałych gór
i malowniczych dolin. Panią tej okolicy jest Babia Góra, której wierzchołek króluje niepodzielnie nad polskimi Beskidami, nie mając sobie równych. Przyciąga ona swym tajemnym pięknem rzesze pragnących ją zdobyć turystów, przewodników, studentów.
    Górę tę łączy jednak nierozerwalna więź przede wszystkim z mieszkającymi u jej stóp prostymi ludźmi. Od zawsze urzekała ich swoim majestatem. Nieraz podczas dziejowej zawieruchy jej lasy dawały schronienie potrzebującym, a głazy i kamienie były niemymi świadkami ludzkich tragedii. Ileż to legend powstało na jej temat, iluż sławiło jej jodły,świerki i buczyny?
    Ci, których w sobie rozkochała, wracali do niej o każdej porze roku, nie mogąc wyrwać się spod jej przedziwnego wpływu. Całkiem, jak gdyby jakieś siły nieczyste rzucały na nich urok i ciągnęły ich w to miejsce, którego głównym szczytem był właśnie… Diablak.
    Maciek również uległ czarowi tej góry. Tak jak ona wznosiła się samotna pośród otchłani nieba, tak i on czuł się samotną wyspą pośród odmętów życia.  Miał osiemnaście lat. Nie ciągnęło go do rozrywek, którym oddawali się jego koledzy. Jedyną pasją tego chłopca było wędrowanie po tutejszych szlakach.
    W dole życie pędziło cwałem, pędziło galopem, a tu, pośród szumiących drzew, kwitnących łąk  i szmeru górskich potoków, czas jakby się zatrzymał, a on sam, zazwyczaj szorstki i z pozoru bez polotu i wyobraźni, czuł, że jest naprawdę sobą.
Kiedy mył ręce w czystej, rwącej wodzie  i oddychał kryształowym powietrzem, był prawdziwie szczęśliwy. „Góry, Maciusiu, oddzielają od wszelkiego zła, od wszelkich zwątpień i zmartwień” – mawiał dziadek Ignacy.
    To z nim chłopiec stawiał pierwsze kroki na babiogórskich szlakach i to on nauczył go szacunku do przyrody i pokory wobec jej majestatu. Do dzisiaj o dreszcz przyprawia go wspomnienie, kiedy to, będąc jeszcze małym chłopcem, słyszał opowiadane przez dziadka legendy a to o diable, który na szczycie Babiej Góry budował zamek dla zbójnika, a to o sabatach czarownic, które urządzały sobie tutaj harce w Noc Świętojańską, wreszcie przerażenie budziła w nim stara olbrzymka mieszkająca tu podobno niegdyś w swej chacie i siejąca postrach wśród okolicznych mieszkańców.
    Miejsce to rozpalało wyobraźnię wielu ciekawskich i śmiałków, bo Diablak, kojarzony z czarcimi mocami, miał od wieków tajemną moc przyzywania do siebie ludzi. Wiele istnień pochłonęła ta góra, wielu wytrawnych wędrowców w tajemniczy sposób przepadło w jej lasach bez wieści, ale nie zrażało to innych przed przecieraniem coraz to nowych szlaków.
    Tyle razy Maciek wspinał się na sam szczyt, że ani nie przypuszczał, iż ta wyprawa na długo zapisze się w jego pamięci. Zimą góra budziła w nim największy respekt. Jej wierzchołek najczęściej spowijały mgły, oblodzone szlaki robiły się niedostępne, to i turystów było mniej.  Kapryśna pogoda nie mogła go i tym razem odstraszyć. Prószył lekki śnieg, w końcu to 13 grudnia, dzień świętej Łucji. „Na świętą Łucę noc się ze dniem tłuce” – mawiał dziadek Ignacy. To dzisiaj jest czas zimowego przesilenia, to dzisiaj demony cieszą się
ze zwycięstwa nocy nad dniem...
    Wzdrygnął się, otrząsając się z tych nieprzyjemnych myśli, zapakował plecak i ruszył żwawo
czerwonym szlakiem prowadzącym od przełęczy Krowiarki, przez Sokolicę, aż na sam szczyt góry.
    Kiedy dotarł już na miejsce, było późne popołudnie.  Wokoło roztaczał się piękny widok na lasy, wzgórza oraz doliny Polski i Słowacji. Niższe szczyty – Sokolica, Kępa i Gówniak – przykryte były cienką pierzyną białego śniegu.
    W domach w Zawoi zapalały się w oknach pojedyncze światła. Wiedział już,
że nie zdąży wrócić do domu przed zmrokiem.   Zapatrzony w krajobraz nagle poczuł się dziwnie zmęczony. „Przenocuję w schronisku” – pomyślał. Ostatni turyści  schodzili już ze szczytu w stronę Markowych Szczawin.
    Jednak z Maciejem działo się coś dziwnego – uczucie zmęczenia ogarniało go coraz mocniej, powieki same zaczęły mu ciążyć i opadać. Mimo narastającego uczucia zimna, usiadł na dużym kamieniu, gdyż nie potrafił zapanować nad tą dziwną niemocą, jaka go ogarnęła. „Zamknę oczy i choć na chwilę, odpocznę” –powiedział do siebie, otulając się szczelnie szalem i kapturem.
***
    Gdy się ocknął, na szczycie nie było już nikogo. Skostniały od mrozu wstał
i rozejrzał się wokoło. Ze zdziwieniem stwierdził, że mimo późnej pory nie ściemniło się zbytnio, ale okolica zmieniła się bardzo – niebo stało się ciemnogranatowe, nigdzie nie było widać rosnących na zboczach lasów, zniknęły też położone w dole wsie. Zamiast nich Maciek zobaczył potężną, szeroką rzekę wijącą się u podnóża góry. Przestraszony tym widokiem odwrócił się i zaczął zbiegać stromą ścieżką w dół do schroniska.
    Gdy oddalił się już trochę od szczytu Diablaka, usłyszał dochodzące stamtąd szydercze śmiechy. Wydawało mu się  też, że widzi blask ogniska i tańczące wokół niego dziwne postacie, które trudno by uznać za ludzkie. Przerażony  zaczął biec przed siebie, co sił w nogach, byle jak najdalej znaleźć się od tego upiornego miejsca.
    „Diablak! Ten szczyt nazywa się Diablak!” – wyszeptał, uświadamiając sobie  jednocześnie całą grozę swojej sytuacji. Pędząc na oślep, łapiąc w piersi ostatni oddech, dostrzegł nagle przed oczami wejście do niewielkiej jaskini. Dziwne, bo choć znał tu doskonale każdy szlak i każdy otwór w skale, nie pamiętał, by kiedykolwiek był w tym miejscu. Nie tracąc chwili, wbiegł do środka. Przeróżne myśli i pytania kołatały się w jego głowie.
    Nagle zobaczył, że ściana, o którą się opiera, nie jest nagą skałą, ale składa się z rzędów starych, dawniej zapewne czerwonych, równo poukładanych cegieł. Nie znajdował się w jaskini, tylko w jakimś lochu! Na myśl przyszły mu słowa dziadka Ignacego: „Pod Babią Górą ciągną się całe kilometry starych tuneli, wzniesionych przez siły nieczyste. Biada każdemu, kto się tam zapuści!” No tak, podobno w każdej legendzie jest ziarenko prawdy...
Przestraszony jeszcze bardziej Maciek odwrócił się w stronę wyjścia – ale otwór, przez który dostał się do jaskini, zniknął! Na jego miejscu stała ściana z cegieł. Chłopiec poczuł, że opuszcza go wszelka nadzieja. Wpadł w sidła czegoś, czego nie rozumiał i nie był w stanie stawić temu czoła.  Mimo to odwrócił się i ruszył dalej przed siebie, sam nie wiedząc, dokąd. Im dalej się  posuwał, tym tunel stawał się węższy i ciemniejszy. Nagle, po prawej stronie ściany ujrzał duże, drewniane drzwi, zza których biło mocne światło. Ku jego przerażeniu zaczęły się same otwierać – za nimi ukazało się wnętrze niewielkiej, skromnie urządzonej komnaty. W rogu stał kominek, w którym płonął ogień, zaś w jego cieple, siedząc w fotelu, wygrzewała się dziwna kobieta. Wyglądała na zwyczajną  staruszkę, jednak biła od niej jakaś  tajemnicza aura.
    - Wejdź, Macieju – rzekła, zapraszając go do środka. – W moim domu nic ci nie grozi.
Chłopca natychmiast opuścił strach, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Mimo zwyczajnego wyglądu, było w niej coś, co przykuwało uwagę,  coś królewskiego, coś, co sprawiało, że Maciek nie tylko przestał się bać, ale też zaczął traktować ją z wielkim szacunkiem.
    - Kim jesteś, pani? Skąd znasz moje imię? – spytał.
    Staruszka uśmiechnęła się.
    - Czekałam na ciebie. Jestem władczynią i strażniczką tego miejsca – odrzekła.
    - Ludzie, oddając mi cześć, od pradawnych czasów wołali na mnie po prostu Baba. To ode mnie wzięła się nazwa tej góry. To moja ... Babia góra.
    - Co się tutaj stało? Dlaczego okolica się zmieniła? Kto pali ogień na Diablaku? – Maciek zadawał kolejne pytania. Twarz staruszki posmutniała.
- Diablak jest jedynym miejscem, z którego czarci mogą przedostać się
do świata ludzi – zaczęła. –  Niegdyś podstępnie zagnieździły się we wnętrzu mojej góry, siejąc postrach wśród okolicznych mieszkańców. By wzbudzić lęk i trwogę,  czasami ukazywały się w ich domostwach, porywały nocą owce, a często też samych ludzi.  To one stworzyły te tunele... – kobieta przerwała na chwilę, a chłopiec dostrzegł w jej oczach łzy.
      – Tunele ciągną się w nieskończoność, pełne pułapek i czarów, a na ich końcu diabły umieściły Czarci Kamień – to on pozwala im się tu panoszyć. Potrafię je powstrzymać przez większość czasu, ale raz w roku, w noc św. Łucji, kiedy piekło świętuje zwycięstwo nocy nad dniem, moja moc słabnie na tyle, że wychodzą na powierzchnię i czyhają na dusze zabłąkanych w górach ludzi. Potem ucztują przy rozpalonych ogniskach, a następnie porywają ich do swych podziemi. Nieszczęśnicy są wpuszczani w labirynty korytarzy, gdzie błąkają się, rozpaczliwie szukając Czarciego Kamienia. Diabły mamią ich obietnicami, że kto go znajdzie, ten się uratuje. Wszyscy giną w sieci wymyślonych przez czartów pułapek
i żaden nie ogląda już świata ziemskiego. Dziś jest właśnie ta noc, noc,  w czasie trwania której nie mogę ustrzec swojej góry przed złem. Biada wszystkim wędrowcom zabłąkanym na tutejszych szlakach...
    - Czy istnieje sposób, by powstrzymać to szaleństwo? – spytał z przejęciem chłopiec.
Staruszka przyjrzała mu się z uwagą, a Maciek poczuł, że ciarki przechodzą mu po plecach.
   - Tak... – powiedziała wolno. – Trzeba przejść przez diabelskie tunele, znaleźć Czarci Kamień i wynieść go na powierzchnię. Blask słońca sprawi, że kamień rozpadnie się w pył. Dokonać tego może jednak tylko człowiek odważny  i o szczerym sercu, człowiek, który prawdziwie kocha góry i jest w stanie poświęcić swe życie dla innych. Nikt dotąd nie znalazł mojej komnaty, zatem nikt nie zna  tajemnic, które skrywa to miejsce. Jesteś pierwszym, który poznał, dlaczego tylu wędrowców ginie w tę noc bez śladu w górskich ostańcach. Lecz czy podejmiesz to ryzyko...?
    - Zrobię to – rzekł bez wahania Maciek. – Tylko powiedz mi, jak tam dotrzeć?
    Staruszka zaczęła przyglądać mu się z uwagą, a on poczuł, że przed tym spojrzeniem nic się nie skryje, że widzi jego lęki, pragnienia, nadzieje. Wreszcie sięgnęła ręką do kieszeni, wyjęła jakiś niewielki przedmiot i podała mu na dłoni. Był to niewielki, metalowy krzyżyk.
    - Oto niezawodna broń przeciw wszelkiemu złu tego świata. On wskaże ci drogę i obroni cię, jeżeli okażesz się godny tego zadania – rzekła. – Idź, ale spiesz się, bo dzisiaj znowu wielu zabłądzi w diabelskich labiryntach...
***
    Komnata i baba nagle zniknęły, a on znalazł się przed wiejącą chłodem ciemną czeluścią mroku. Strach zajrzał mu w oczy. Wtedy przypomniał sobie o zaciśniętym w dłoni talizmanie. Otworzył palce i spostrzegł, że krzyżyk świeci.
    ”Dlaczego nie jestem zdziwiony...„ - pomyślał, po czym przeżegnał się i ruszył prosto w otchłań złowieszczego labiryntu.
    Nie szedł już w mroku, blask bijący od magicznego przedmiotu był tak mocny, że ciemności rozstępowały się przed chłopcem, a tunele od razu stały się mniej straszne i mroczne.
Wkrótce stanął przed pierwszym skrzyżowaniem. Niepewnie ruszył w jedną stronę, ale gdy tylko to zrobił, światełko zaczęło blednąć. Przestraszony cofnął się i... światło natychmiast odzyskało dawną siłę. Postawił więc krok w drugim tunelu, potem następny, i jeszcze jeden – tym razem krzyżyk świecił  z jednakową mocą. Maciek pewien, że wreszcie odgadł zasadę, według której miał się przemieszczać, ruszył dalej na przód. Na każdym kolejnym rozwidleniu działo się to samo.
    Czuł, że przeszedł już szmat drogi, gdy nagle pojawiła się przed nim straszliwa postać. Czarna sylwetka wyraźnie odznaczała się na tle równie nieprzebranych ciemności. Ogromne, przekrwione oczy żarzyły się nienawistnie czerwonym ogniem. Głowa stwora sięgała niemal pod sufit, a  zakończone szponami łapy drapały przeraźliwie posadzkę korytarza. Stworzenie to wydało z siebie głośny, raniący uszy i serce ryk.   
    Maciek skulił się i zamarł ze strachu.  Poczuł  szybsze bicie serca. Chciał się cofnąć , uciekać, ale nie mógł oderwać stóp od podłogi. Demon zaczął się zbliżać. Wyciągnął ku niemu swe szpony i już miał go złapać w miażdżącym uścisku, gdy nagle chłopiec przypomniał sobie słowa staruszki:  On cię obroni...

    Zacisnął mocniej krzyżyk w swej drżącej dłoni i nagle z całej siły wetknął go
w łapę stwora. Tak głośnego, pełnego bólu oraz strachu wycia nikt chyba z żyjących na ziemi nie słyszał. Demon cofając się, zaczął się jednocześnie szybko kurczyć. Stawał się coraz mniejszy i mniejszy, aż w końcu rozpłynął się zupełnie w powietrzu. Echo tylko odbijało od ścian korytarzy jego ostatni jęk rozpaczy ...
    Maciek poczuł, że przeszedł najważniejszą w tej wędrówce próbę. Podniósł z ziemi upuszczony przez demona krzyż i dalej  ruszył już zupełnie bez strachu. Otaczający go blask stał się dla niego ochronną tarczą.  Z zaułków ścian zaczęły wylatywać najdziwniejsze poczwary, próbując dopaść go swoimi szponami. Nie mogły jednak pokonać tej magicznej bariery, którą dawało mu bijące od krzyża światło. Chłopiec zrozumiał, dlaczego starsi ludzie  taką czcią otaczali zawsze w swych domach krucyfiks. Im też znana była  moc tego symbolu męki i cierpienia.  Szedł więc dalej, czując, że jest bezpieczny, że żadne zło nie ma do niego dostępu.
    Wtem,  przy  kolejnym  skrzyżowaniu  dróg,  ujrzał  w  półmroku  otwarte  na oścież 
solidne, dębowe drzwi. W osłupieniu dostrzegł, że w głębi wnętrza piętrzą się nieprzebrane góry złota, srebra i drogocennych kamieni, których nazw nawet nie znał. Za te pieniądze mógł dostać wszystko, czego tylko by zapragnął! Jak zahipnotyzowany ruszył w stronę skarbów. Nie uszedł jednak nawet kilku kroków, a światło jego „talizmanu” zaczęło blednąć. Myśli Maćka szaleńczo krążyły wokół jednego... przecież mógł napełnić kieszenie złotem,
a potem zawrócić!
    Zrobił kolejny krok w stronę otwartych drzwi. Światło krzyżyka stawało się coraz słabsze. Chłopiec przystanął w zamyśleniu. Od razu zjawiła mu się przed oczami postać dziadka Ignacego: „Chciwość, wnusiu, prowadzi tylko w głąb piekła.
    Maciek spojrzał jeszcze raz na to bogactwo, które leżało w zasięgu jego ręki i, opierając się pokusie, by po nie sięgnąć, skierował w jego stronę światło swojego „strażnika”. Natychmiast to, co brał za złoto i drogocenne kamienie, zamieniło się w piekielny ogień, jarzący się wściekle żółtym i czerwonym płomieniem. Zawstydził się swojej słabości i szybko znów ruszył przed siebie.

***
    Nie minęło wiele czasu gdy korytarz, którym się przemieszczał, niespodziewanie się skończył. Oczom chłopca ukazał się przerażający widok.
    W skalnej pieczarze  kłębiły się sylwetki przeróżnych poczwar i demonów: były tam karmiące się ludzką krwią strzygi, jednookie licha, kruczoczarne latawice, ale przede wszystkim rogate diabły. Te straszliwe bestie oblepiały ściany, pełzały po podłodze, zwisały spod sufitu. Maciek domyślił się, że to strażnicy Czarciego Kamienia.  I oto dostrzegł go w samym środku tej ciżby. Wetknięty w otwór w kamiennym stole, odcinał się swym złowróżbnym blaskiem od tego ponurego otoczenia.
    Maciek poczuł, że serce podchodzi mu do gardła. Cel jego wędrówki był na wyciągnięcie ręki. Pokonując swój strach, zacisnął mocniej swój talizman w dłoni i ruszył niepewnie przed siebie. W jednej chwili wszystkie demony rzuciły się wściekle na intruza, ale nie mogły pokonać bariery, jaką dawał blask małego krzyżyka. Całkiem, jakby natrafiały na szklaną ścianę. Nagle ich piski i zawodzenia ustały. Maciek stał przy Kamieniu i osłupiały dostrzegł na jego powierzchni swoje odbicie.
    Nagle obraz ten zaczął się rozpływać, by po chwili uformować się w następny. Piękny dom, skaliste nadmorskie wybrzeże, kojący szum fal, niezwykły ogród, a pośród tego splendoru Maciek, wylegujący się w słońcu na kamiennym tarasie. Widział, że jest szczęśliwy. Usłyszał cichy, ale nęcący i przenikający do głębi głos: „Wszystko, co ujrzałeś może się spełnić. Mogę dać ci to i o wiele więcej, jeżeli tylko zostawisz ten kamień i wyjdziesz.” Jak na rozkaz po drugiej stronie pieczary skały zaczęły się zsypywać i przemieszczać. Po chwili uformowały się w strome przejście prowadzące na zewnątrz, do domu. Maciek zawahał się, rozmyślając o tym, co pokazał mu kamień. Mógł po prostu odejść, zostawić to miejsce i już nigdy nie wrócić, mieć to wszystko, co zabaczył... „To tylko czarcie sztuczki” – Pomyślał. - „Nie dam się na nie nabrać.” Jeszcze raz spojrzał na mroczny artefakt. Obrazy wciąż się zmieniały, tworząc coraz to inne wizje jego przyszłości. Chłopiec zamknął oczy, aby oprzeć się pokusie, chwycił kamień w dwie ręce i wyrwał go ze stołu. Demony ryknęły i rzuciły się na niego, ale ponownie powstrzymał je blask bijący z krzyżyka. Maciek nie zważał już na nie, tylko biegł w stronę wyjścia. Za sobą słyszał potworne wycie przerażonych poczwar. Zaczął wspinać się stromym tunelem. Na jego końcu dojrzał znajomy widok – pieczara wychodziła na szczyt Diablaka! Gdy tylko z niej wybiegł Czarci Kamień zetknął się z ostatnimi promieniami zachodzącego słońca i zaczął się rozsypywać. Po chwili w rękach Maćka pozostał jedynie proch.
    Maciek zmęczony usiadł na jakiejś skale. Powoli zwrócił wzrok na miejsce, z którego wyszedł i westchnął ze zdziwienia. Pieczara zawalała się, a tunel do niej prowadzący znikał! Wtem chłopiec usłyszał ciepły głos staruszki: „Brawo chłopcze. Wygrałeś tę walkę. Czarcie czary przestały działać. Udowodniłeś, że każdy kto odnajdzie w sobie odwagę i siłę, jest w stanie pokonać zło. Przejście na Diablaku, przez które demony się tu dostawały zostało zamknięte.” Maciek zamknął oczy. Uzmysłowił sobie, że wcale nie potrzebuje pięknego domu na brzegu morza, który obiecał mu czart. Już jest szczęśliwy…


sobota, 24 czerwca 2017

Żyjmy!

Kinga Wasiak
szkoła ponadgimnazjalna, wyróźnienie



"Żyjmy”



Zwolnijmy
ZWALNIAĆ
«zmniejszyć szybkość, tempo czegoś»
 «zmniejszyć szybkość poruszania się»
 «uczynić coś mniej napiętym, zwartym»

>>Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego<<
















Zwol - Nij - My
Czy to my wciąż gonimy czas?
Czy to my wciąż przed czasem uciekamy?
Uciekamy przed tym, czego szukamy.

Wciąż spóźnieni, zabiegani, ciągle w pośpiechu i nieładzie. Codziennie gdzieś pędzimy…
Czego tak naprawdę szukamy?
Pędzimy za czasem, bo CZAS TO PIĘNIĄDZ, a my wciąż pragniemy więcej i WIĘCEJ
A ile tak naprawdę warty jest skrawek papieru? Co ma większą  wartość ? Bogactwo, które zyskamy i w końcu stracimy,  czy czas, którego nie jesteśmy w stanie zarobić ?
…………
A bogactwem czasu są ludzie i to my decydujemy:
KIEDY i KOGO chcemy spotkać
KIEDY I dla KOGO mamy czas
KIEDY i KOMU oddajemy siebie W PEŁNI, W PEŁNI  poświęcając mu swój czas i wszystkie swoje myśli.
W poszukiwaniu CZASU, marnujemy każdą, cenną minutę życia.
A przecież nie chodzi o to, żeby czas POSIADAĆ, ale żeby go SPĘDZAĆ.
Chcąc odnaleźć się w pędzie życia, tracimy jego SENS. Tracimy CEL, do którego dążyliśmy.
Przestańmy siłować się ze wskazówkami zegara i zwolnijmy.
Żyjmy wolniej, by żyć pełniej.




Śnijmy
ŚNIĆ
«podczas snu widzieć coś lub przeżywać tak, jakby się to działo w rzeczywistości»
 «bardzo czegoś chcieć i wyobrażać sobie to»

>>Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego<<











Śnij - My
Mamy czas na SEN,
ale nie mamy czasu by ŚNIĆ.

Dlaczego zapominamy o swoich snach?

 Przestajemy wierzyć, tracimy nadzieje, odkładamy je na ’’później’’...
Dlaczego?
 Dlaczego nie słuchamy własnej duszy? SNY są głosem naszej DUSZY.

Marzenia wymagają od nas czasu, wymagają poświęcenia, nieustępliwości, zaciekłości i zawzięcia…

…….
Zacznijmy ODDYCHAĆ MARZENIAMI, bo są nam bardzo bliskie…
 Są bliskie naszej duszy, bo są widoczne tylko dla OCZU naszej DUSZY.

Nie MÓWMY o swoich snach i marzeniach innym, POKAŻMY je im!

Podążajmy za swoimi marzeniami. a one same poprowadzą nas właściwą drogą.

Zacznijmy śnić, póki mamy czas na sen.




Dostrzegajmy
DOSTRZEGAĆ
«zauważyć coś lub kogoś»
 «zwrócić na coś uwagę, uświadomić sobie istnienie czegoś»

>>Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego<<










Dos - Trze - Gaj - My
 Widzimy to, co pragniemy zobaczyć,
a egoizm i chciwość zasłania nam oczy.

Narzekamy, marudzimy… Wydaje nam się, że nic w naszym życiu się nie zmienia, jesteśmy bierni i znużeni…

A co gdy popatrzymy wstecz?

Dopiero patrząc wstecz dostrzegamy wiele zmian.
Dostrzegamy ilość wyborów przed jaką przychodzi nam codziennie stawać,
dostrzegamy każdy uśmiech jakim zostaliśmy obdarzeni,
dostrzegamy każdą chwilę, którą nam ofiarowano i poświęcono…
Dostrzegamy dopiero po czasie
……….
Najważniejsze i najpiękniejsze są te proste, banalne i codzienne sprawy, na które zazwyczaj nie zwracamy uwagi, bo są zbyt oczywiste i powszednie. To właśnie w nich ukryte jest szczęście.
Nauczmy się cieszyć z tych małych spraw, z małych sukcesów, które z czasem puszczają pąki i kwitną.
Bo najważniejsze chwile w naszym życiu są niepowtarzalne, magiczne i ulotne jak poranna mgła.

Zacznijmy patrzeć, póki nie oślepliśmy.





„Ludzie są bezbronni wobec losu, są ofiarami czasu.
I własnych uczuć”
~John Irving







czwartek, 22 czerwca 2017

III miejsce w konkursie "Po co pisać do szuflady"

ARTUR ŚLIWIŃSKI - KATEGORIA: DOROŚLI


WSZYSCY SKOŃCZYMY W OGNIU                                                 

– A potem wszyscy chcieli wiedzieć – powiedział – jak to się właściwie stało, ale przecież tego nie dało się w żaden sposób opowiedzieć, to się po prostu stało.

– Widziałam przez okno, jak lekarz stanął na progu i otarł pot z czoła. Przeżegnałam się i zaczęłam płakać, bo zawsze mnie łatwo brało na wzruszenie.

– Wszyscy od dawna mówili: on ją kiedyś zabije, ale o kim tak nie mówili, no sam powiedz, o kim? O tobie może tak nie mówili? – śmieje się, a potem wkłada papierosa do ust.

– Nic nie widziałam, nic nie widziałam – krzyczy z daleka i biegnie do ogrodu, staje za kwiatem malwy i udaje, że jej nie ma. Ma przecież dopiero pięć lat, więc pewnie wciąż wierzy, że naprawdę nic nie widziała.

– Dzieci szkoda, wiadomo, ale co było robić? Każden po swojemu żyje, do cudzego garnka się przecież nie patrzy – zasłania ręką usta, chce ukryć, że nie ma większości przednich zębów.

– A daj pan spokój, ta wieś przeklęta, ja to do dawna mówię. Ta stara Mazurzycha, co umarła dwa lata temu, to przed śmiercią klątwę rzuciła na nas, bo jej we wsi nikt nie lubił. I tyle. Od tamtego czasu to tylko albo susza, albo powódź. W tym roku lało przecież przez dwa tygodnie na wiosnę. A teraz to.

– Nie słuchajcie tych starych ludzi, to przesądy i zabobon. Ostatnie takie pokolenie. Ale przecież nasza wieś to nie tylko oni. Kilka domów miastowi kupili, na wakacje przyjeżdżają, niektórzy na stałe się sprowadzili, ekologię chcą propagować, stare zwyczaje ożywiać, ale w nowoczesny sposób.

– Panie, a co mnie po tej nowoczesności, jak ja mam szejset złotych emerytury? A oni to co, inaczej żyli, niż w tej biedzie? A to morderstwo to z czego? Też z biedy.

– A kto powiedział, że to morderstwo? Przecież podobno się powiesiła – sprzedawca małego sklepiku spożywczego stoi w progu, drzwi otwarte, bo dziś gorąco, muchy wlatują do środka i siadają na drożdżówkach, ale na nikim nie robi to wrażenia.
– A pączki z róża są dzisiaj?
– Skończyły się, w czwartek przywiozą następne. Może pani odłożyć?

– Przesłuchaliśmy go, ale potem wypuściliśmy, bo w domu sześcioro dzieci, a na tych wsiach to nigdy nic nie wiadomo. No i co, jakby został w areszcie, to by komuś ulżyło? Dzieci chciały, żeby go wypuścić, przecież sam z nimi rozmawiałem – pije kawę i ma na twarzy wyraz absolutnego znużenia, życie musi być dla niego nagim kawałkiem rozciągniętego czasu, który boli, po prostu fizycznie boli. – Procedury były zachowane, mam panu paragrafy zacytować?

– Ona tu za nim przyjechała, poznał ją na zabawie i od razu, że się żenił będzie. Kiedyś to było inaczej niż teraz, jak ktoś miał dziewiętnaście lat, to już myślał o babie i dzieciach. No, i on tak myślał.
– A przystojny był, nie ma co. A i ona nie gorsza. Można powiedzieć, wszyscy im zazdrościli. No, ale to było kiedyś, jeszcze przed pierwszym dzieckiem. A tych dzieci to przecież mieli, znaczy się mają, sześcioro. No, teraz to już tylko on ma.

– Na pogrzeb cała wieś poszła, każdy chciał ją zobaczyć ostatni raz, ale trumny nie otworzyli. No, i jak to, że nie otworzyli? Dlaczego trumna zamknięta? Przecież jakiś powód musi być. Zawsze otwierają, nie ma tak, że zamknięta. Tu ludzie chcą wszystko wiedzieć, zobaczyć, bo inaczej to jak wierzyć, że to ona tam była? – stoi pochylona nad gracą, przed nią pole truskawek, łoboda i perz tworzą zielona połacie i wysepki. – Panie, tu mi się zejdzie z tydzień, żeby do końca dojść z tym pieleniem. A jak skończę, to od nowa trzeba zaczynać, bo chwasty odrastać zaczynają. Takie życie.

– Ona miała na imię Marysia. Maria, znaczy się, ale wszyscy mówili: Marysia. Bo kto jej nie lubił. No, wszyscy ją lubili. Ale ona tam z nikim za bardzo nie gadała, zakupy w sklepie zrobiła i zaraz do domu. Po kościele od razu z dziećmi do domu. Roboty tyle miała. – sama też wygląda, jakby bez przerwy pracowała: ręce brudne od ziemi, pod paznokciami czarno, twarz zmęczona, w oczach tylko zwierzęca rozpacz, beznadzieja, upadek.

– To było tak… Ale ja od razu mówię, że ja stałam na moście, a to jest może ze sto metrów od ich domu, bo oni mieszkali nad rzeką, ze sto metrów od mostu właśnie i od drogi… Więc był już prawie wieczór, szłam do domu i usłyszałam, że ona krzyczy, biega po podwórku i krzyczy. Wyzywała go, no, wie pan, brzydkimi słowami, więc nie będę powtarzać. Ale na s. I na ch. Rozumie pan? Ale przecież to nie pierwszy raz.

– Bo ona nerwowa była. Ja jego dobrze znam, przecież żeśmy do jednej klasy chodzili. To było wieki temu, ale człowiek się sam z siebie nie zmienia. No, a czemu on się zmienił? Bo się zmienił. Każdy to powie. Sam widziałem jak w sklepie kupował bełta, czyli tanie wino. Nie raz. Nie dwa. A z kim on to pił? Sam. Chował butelkę w stogu pod domem i chodził pić. Ale ja go widziałem. No i co? Mam go potępiać? Że pijak? A wie pan z czego się pijaki biorą? Z rozpaczy. I tyle. I z samotności.

– Ale przecież do komunii jak te dzieci szły, a szły jedno po drugim, rok po roku, to każde najlepiej ubrane z całej klasy było. A co, może nieprawda? – oparła się o metalowe ogrodzenie ogródka, jej gruby brzuch powciskał się w szczeliny między żółte i zielone pręty, ale ona należy do tych, które nigdy nie zdadzą sobie sprawy z własnej absurdalności. – Nikt mi nie powie, że było inaczej, bo sama widziałam! No i to jest niby zła matka? Ja w to nigdy nie uwierzę. A że dla niego nie była dobra? Mój mąż przychodzi wieczorem do domu i włącza telewizor. I jest szczęśliwy. Bo niby co, teraz to o ten seks się tylko rozchodzi? A on se lubi dobrze zjeść, krowy oporządzić, to po co mu seks? A mój ogródek by w konkursie mógł wygrać, nikt mi nie powie, że nie.

– Ja za mamą po prostu tęsknię. Mam tu jej zdjęcie, to bardzo stare zdjęcie, bo ona nie lubiła, żeby ją fotografować. Zawsze tylko powtarzała: przecież to kosztuje, to kosztuje. I co dalej? Nie wiem, co dalej. Ale ja jestem najstarsza, muszę myśleć o młodszych braciach i siostrach. Niech mnie nikt nie pyta o prawdę, bo ja nie znam prawdy. Jak już nie mogę wytrzymać, to idę w mrok, idę w wilgoć, idę aż do lasu i obejmuję drzewo. Bo tylko drzewo może mnie zrozumieć, a ludzie nigdy. – na jej twarzy pojawia się rozedrganie, ale to nie wystarcza, żeby wytrysnęły łzy. Ona jest już kobietą, ale jest też żołnierzem.

– Wróciłem do domu i powiedziałem: jestem. A co miałem powiedzieć? Zapytałem, czy jest coś do jedzenia. Był kapuśniak. Ona zawsze siadała przy stole koło mnie, a teraz było tu puste miejsce. Położyłem rękę na oparciu krzesła, które było jej. Poczułem dreszcze, coś jakby strach. Co mnie teraz czeka? Co czeka moje dzieci? Czy wrócę do więzienia? Co powie sąd? Zapytają mnie: czy ją zabiłem?

– Minęły trzy dni i przyszedł do sklepu. Przyszedł do sklepu jak gdyby nigdy nic. To znaczy, było widać coś po nim, wsadził rękę do kieszeni i nie mógł znaleźć pieniędzy. Ale przecież wszyscy się na niego patrzyli i on o tym wiedział. Kupił to samo, co zwykle, tyle samo chlebów i w ogóle. A ja widziałam tylko, jak jego wielkie, umazane smołą ręce zaciskają się na jej szyi.

– Kiedyś, to już będzie pewnie z pięć lat temu, żeśmy wycinali sokory tam na bagnach. No i on też z nami był. My żeśmy się umówili w sześciu, a po wszystkim wieczorem mieliśmy dzielić się drewnem. Ale z nim to nie można było dojść do ładu. On mówi tak: ja biorę to drzewo i tamto. Ale przecież nikt się nie mógł zgodzić. Bo on wybrał najlepsze pnie, najgrubsze. No to mu mówię: weź się napij wódki, to ci łeb ochłonie. On się tak na mnie popatrzył, dłonie w pięści zacisnął, był jak byk, który chce zaatakować. Ale się uspokoił, wypił wódki i jakoś żeśmy się podzielili tym drewnem. Ale więcej z nim żeśmy się nie umawiali. Jakiś czas później widziałem, że patrzy na nas z mostu, jak jedziemy razem wycinać brzozy.

– Ojciec uderzył matkę. Wiem o tym na pewno.
– Co ty tam wiesz.
– Widziałam.
– Zdawało ci się.
– Widziałam wiele razy.
– To nic nie znaczy.
– To ZNACZY coś.
– Chcesz, żeby go zabrali?
– Tego nie powiedziałam. Ale uderzył ją.
– Ona też go uderzyła.
– Ona była kobietą.
– To nie znaczy, że mogła go bić.
– Jest tyle rzeczy, których o niej nie wiesz.
– A ty niby wiesz wszystko?
– Tego nie powiedziałem.
– Ona nie żyje, nie możesz tego zrozumieć?
– Myślisz, że tylko ty za nią tęsknisz? – widać, że dużo go kosztuje, żeby to powiedzieć, uderza pięścią w stół.
– Jesteś taki jak on – powiedziała tak, ale sama w to nie wierzy. On również wie, że ona w to nie wierzy. Dlatego nawet nie jest zły, na wszelki wypadek jednak kopniakiem przewraca krzesło.
– Masz całe życie, żeby dowiedzieć się prawdy.
– Ja nie chcę prawdy, chcę jej, mamy – potem następuje milczenie.

– Powiedziałem jej: chodź, ale nie chciała. Ale powiedziałem po raz drugi. Chodź, rozłóż nogi. Ja tego potrzebuję. Ale nie chciała. Dotknij go, warknąłem. Ale nie chciała. Kim ty w ogóle jesteś? Przecież nie z tobą się ożeniłem. Nie z tobą.

– Ja już nie mam racji, teraz już nie. Teraz jestem już martwa. A wcześniej? A kim ja wcześniej byłam, jak myślisz? Najpierw małą dziewczynką, potem kobietą, na końcu matką. I coś tam chciałam, coś sobie wymarzyłam. A co z tego wyszło? Wyszło, co wyszło. Śmierć. To boli. A on? Patrzę na niego i nie wiem, nic nie wiem. Ja go przecież kochałam, przynajmniej kiedyś. Ale nic nie jest na zawsze. Dopiero teraz to wiem.

– Najgorsze były dzieci, to znaczy wyrostki. Tych nie upilnujesz. No i się uwzięli na niego. Zaczęli wyzywać go od morderców. Mówię im: zamknąć gęby, co wy tam wiecie? Ale ich to nie obchodziło, czy on zabił. On był dla nich jak ranne zwierzę. On był dla nich jak mysz dla złapanego kota – oni chcieli się z nim bawić. A taki gówniarz to co, lepszy niż zwierzak? Też tylko instynkt, rozumu żadnego. Więc oni za nim łazili i go wyzywali. Ale tak z daleka, że on ledwie słyszał, ale słyszał. Już oni to potrafili: powiedzieć tak, żeby ledwo słyszał, ale żeby słyszał. No, a co on miał zrobić? Szedł dalej. Ale każdego dnia łeb miał spuszczony bardziej.

– Kiedyś podobno jak już nie mógł wytrzymać, to ją zamknął w oborze na cała noc. Uwiązał ją obok krowy na całą noc. Tak słyszałem. Ale wiadomo, czy to prawda? Różne rzeczy mówią, o mnie też. Że niby ten Zośki bachor to mój. A jak on tam mój, jak on czarny, a jak blondyn? No, ale mówią, mówią. I co mi zrobią? Mówić można.

– Przesłuchaliśmy sąsiadów. Ale nikt nic nie wie. Nie chcą się mieszać, tak to już jest na tych wsiach. Dzieci też nic nie widziały. To skąd mam niby wiedzieć, czy ona sama to sobie zrobiła, czy to on? Ja tak od domysłów nie jestem, a fakty są, jakie są. – wyjmuje z paczki herbatnika, wkłada do ust, wyciera okruchy z wąsów. Patrzy przez okno: dwoje dzieci skacze w kałuży. Uśmiecha się.

– Jutro idę na dyskotekę.
– Nie wolno ci.
– Nie twój interes.
– Nie minęły jeszcze dwa miesiące od jej śmierci.
– Ona by tego chciała.
– Dziwię się, że ty tego chcesz.
– Ona by chciała, żebyśmy się dobrze bawili.
– Może ona tak, ale ja nie.
– To siedź tu sama, jak pustelnik. – rzuca w nią poduszką, miałaby ochotę ją udusić za to męczennictwo, które w niej jest i które chce narzucić także jemu.

– Ale potem to i ktoś inny go tak nazwał. Morderca. Chodziło chyba o papierosy. Że zapomniał zapłacić w sklepie. Może i zapomniał, ale ktoś tam powiedział, że chciał ukraść. I ktoś powiedział: po takim jak ty można się tego spodziewać. Po jakim jak ja? – on zapytał. Po mordercy. I wtedy nastała cisza, bo wcześniej nikt tego słowa przy nim  nie wypowiedział, nikt dorosły znaczy się, to był pierwszy raz. A wiadomo, że jak jest pierwszy raz, to będą następne. On to wiedział. Dlatego zapłacił za papierosy po raz drugi, bo wcześniej też zapłacił, tylko tamten tego nie zauważył. Ale wiedział, że od teraz za wszystko będzie musiał płacić dwa razy.

– Ludzie pamiętają, pamiętają, a potem zapominają. Ale tu nikt nikogo wcześniej nie zabił, chyba że na wojnie, albo tuż po. To znaczy, jeśli on ją zabił, to tego nikt nie wie. Dlatego nie wiadomo było, jak się zachować. Każden coś tam sobie myślał i te myśli bez przerwy wyłaziły. Mówili: ludzie pamiętają, pamiętają, a potem zapominają. Ale nikt nie zapominał. A kiedy krowa mu się cieliła, to nie poszedł do sąsiada po pomoc i cielę zdechło. A potem zdechła też krowa.

– A ten najmłodszy zaczął się jąkać. I też ze dwa razy zsikał się w majtki w szkole. Kiedyś w nocy poszedł na grób matki i tam zasnął. Ojciec znalazł go dopiero nad ranem. Szukał go całą noc, aż w końcu wpadł na pomysł, żeby pójść na cmentarz. Dyrektorka w szkole stwierdziła, że trzeba go gdzieś odesłać, ale on powiedział, że go nie odda. Prawie miał łzy w oczach, bo gdzie miałby oddać swoje dziecko?

– Potem już w ogóle ze sobą nie spaliśmy. Kilka razy wróciłem go domu z pola, a jej nie było. Ktoś powiedział, że widzieli ją u sklepikarza, że wychodziła z magazynu, a sukienkę miała całą uwaloną mąką. Powiedziałem: po co tam poszłaś? Powiedziała: przecież wiesz, że ludzie gadają, a o tobie to nie gadają, że mnie bijesz? Spojrzałem na nią, ale to już nie była ona, to nie z nią się ożeniłem piętnaście lat temu.

– Czasami mówią, że śmierć w nas mieszka i że nam wydaje rozkazy. Ostatnim rozkazem jest, żeby umrzeć. Może i tak. Zresztą czasami życie jest gorsze niż śmierć. Nie mówię, że tak było ze mną. Zawsze czekałam na dzieci, patrzyłam jak wracały ze szkoły, ale pytałam siebie: a co ze mną, gdzie jestem ja. Jestem dla nich, a kim jestem dla siebie? On był brutalny, ale nie miałam wyjścia, musiałam z nim być, bo jak inaczej? Na wsi inaczej nie możesz. Jego dotyk był szorstki, nic nie poradzę, tak to widziałam, tak to czułam. Kiedyś zwalił się na mnie, a był pijany, okładałam go pięściami po plecach, ale to nic nie dało. Na drugi raz idź do kurwy, powiedziałam po wszystkim. Ale on powiedział: nikt oprócz ciebie się dla mnie nie liczy. Może to wtedy śmierć wydała mi rozkaz po raz pierwszy?

– Na wiosnę, gdy ginie śnieg, pola zielenią się od żyta, trawa zaczyna odrastać, a na drzewach pojawiają się pąki. Powietrze jest lekkie i zaczyna pachnieć w taki niedający się opisać sposób, jakby ktoś gdzieś daleko piekł ciasto, jakby pododawał do niego wszystkie istniejące aromaty. Ale on na to nie patrzył, dla niego nie miało to już znaczenia. Ktoś znów nazwał go mordercą i nie miał z kim iść ścinać drzewa, a czuł, że sam nie da rady. Dlatego poszedł do lasu, ale w innym celu. Poszedł tam i przerzucił pasek przez grubą gałąź. Potem sprawdził godzinę na zegarku, choć sam nie wiedział, po co. Chyba żeby zyskać na czasie. Choć wyrok już zapadł. Potem włożył ręce do kieszeni, wyjął paczkę papierosów i zapałki. Włożył peta do ust, zapalił. A dziesięć minut później już nie żył, dyndał i powoli zastygał.

– I wtedy powiedziałam: zabiliście go. Tymi wszystkimi przytykami. I co teraz, szczęśliwy jesteście? Ale oni oczywiście powiedzieli: idź, głupia babo, co ty wiesz. Wróciłam do domu i mówię do męża: a dzieci, co teraz z tymi dziećmi?

– Widziałam, jak na niego patrzyłeś.
– Odwal się, co ty możesz wiedzieć.
– To był twój ojciec.
– Sama mówiłaś, że to jego wina.
– Dlaczego mu nie pomogłeś, gdy się cieliła krowa?
– Przecież wiesz, że byłem zajęty.
– Wcale nie byłeś.
– Byłem – znów uderza pięścią w stół.
– Nie byłeś – przysuwa swoją twarz do jego, on czuje uderzenie powietrza, gdy wylatują z niej słowa.
– Nie byłaś lepsza. – i zapada milczenie.

– Poszłam i powiedziałam, że trzeba ich będzie odesłać do ośrodka. Bo nie mają matki ani ojca. Ani nikogo innego. Nikogo, kto mógłby się nimi zająć. A przecież ja mam swoje wytyczne, mnie wiążą przepisy. Powiedzieli, że nic z tego, że zostaną tam i będą się sobą opiekować nawzajem. Na podwórku szczekał pies, zapytałam, czy mnie nie ugryzie. Wtedy ten najstarszy spojrzał się w taki sposób, a potem się bezczelnie uśmiechnął. Bałam się wyjść z domu, zrobiłam to bardzo ostrożnie. Gdy szłam do bramki, on poszedł do psiej buty. I spuścił psa z łańcucha. Udało mi się zamknąć bramkę za sobą w ostatniej chwili. Krzyknęłam. Zobaczyłam białe zęby wbijające się w metal ogrodzenia.

– Dopiero po jego pogrzebie wyszło, że ona powiedziała kiedyś: zabiję się. Ale dlaczego? Tego nikt nie wiedział. Ale jeden z jego kumpli warknął: ona już taka była, takiej zawsze źle. Może i tak, kto tam wie.

– Ten najmłodszy wieczorem po pogrzebie podpalił stóg siada, a potem stał w mroku i patrzył na ogień. W majtkach miał mokro. Ludzie zaczęli się ich bać. No bo wiadomo, a może następnym razem spali czyjś dom?

– Gdy ich zabierali, byłam akurat w ogródku. Zakwitły mi georginie, te najładniejsze. Przyjechały samochody z opieki społecznej, a do tego policja. Pracownice społeczne bały się przyjechać same. Przecież ten najstarszy był naprawdę silny, wdał się w ojca. Kiedyś powiedział jednej z nich, że skręci jej kark. Najmłodszego to zabrali podobno do psychiatryka. Podobno na razie, ale kto tam wie. Dom stoi pusty. Pewnie się teraz zmarnuje, no bo kto ma się tym zająć? No, niech pan popatrzy, jakie piękne kwiaty, czerwone, a przechodzą w białe. Piękne. Dla mnie to nie ma nic piękniejszego niż kwiaty.

– No i co bym mogła powiedzieć, gdybym istniała? Gdybym nie umarła? Że żałuję, że bym wszystko zrobiła inaczej? Że bym chciała zatrzymać ten moment, gdy go pokochałam, na zawsze. Tylko tamten moment, bo z niego wszystko się narodziło. Ale nikt nie panuje nad tym, co dzieje się potem. Podejmujemy decyzję, a potem wszystko jakoś się toczy. Samo z siebie. Czy powiedziałabym, że wolałabym żyć? Ale przecież w takim razie straciłabym to wszystko, co doprowadziło do mojej śmierci. Być może to właśnie bym pomyślała, gdyby wolno byłoby mi teraz myśleć. Ale wolno mi tylko leżeć w zimnym grobie.

– Gdzie jesteś?
– W miejscu, którego nienawidzę.
– Przyjadę po ciebie.
– To na nic, nie pozwolą mi z tobą odejść.
– Przyjadę, gdy skończę 18 lat i będę mógł się tobą zaopiekować. Wami wszystkimi.
– Nie masz pieniędzy, nie pozwolą ci.
– Nie będę ich pytał o pozwolenie, poderżnę im gardła, jeśli się nie zgodzą.
– Nie mów tak.
– Pomożesz mi?
– W czym?
– Poderżnąć im gardła.
– Nie mów tak.
– Więc co chcesz, żebym powiedział?
– Nie wiem.

KONIEC



środa, 21 czerwca 2017

1c na lekcjach w terenie ;)


Plan lekcji: matematyka i lekcja wychowawcza z panią Mosór-Kuffietą, polski z panią Skawińską,muzyka z Hubertem, historia Suchej z Łucją i duużo ruchu z resztą
:D

 





SPADEK

Tomasz Siwiec, 
kat: dorośli, II miejsce w konkursie "Po co pisać do szuflady"


SPADEK

   Antek i Franek wrócili do domu dopiero, kiedy dowiedzieli się, że ich matka nie żyje. Nie byli najlepszymi synami, bo nawet nie pofatygowali się na jej pogrzeb, ale w powrocie do domu mieli konkretny cel. Swoje życie spędzali na pochłanianiu nadmiernych ilości różnego rodzaju trunków. Było im obojętne, co pili, byle tylko szumiało w głowach.
   Z domu wyprowadzili się, ponieważ matka nie tylko zabraniała im pić, ale także potocznie mówiąc — ganiała ich do roboty. Zarówno Antkowi, jak i Frankowi nie w głowie było rąbać drewno na zimę, czy sprzątać wokół chałupy, zatem woleli wyprowadzić się na suski dworzec PKP i codziennie rano stołować się w miejskich kontenerach. Wrócili do domu, ponieważ podejrzewali, że matka trzyma w domu skarby. Jeden znajdował się w kilkudziesięciolitrowym dymionie, z kolei o miejscu drugiego wiedziała jedynie matka.
   Już nie jeden raz próbowali dostać się do wina, ale staruszka pilnie strzegła swojego skarbu i zazwyczaj kończyło się na srogich batach. Nawet w nocy musiała być czujna jak ptak. Wreszcie zrezygnowali i opuścili dom, zostawiając matkę zupełnie samą. Od tamtej pory minęło już prawie dwa lata. O jej śmierci dowiedzieli się z nekrologów rozwieszonych na tablicach informacyjnych w Suchej Beskidzkiej. Jednak zamiast łez pojawił się chytry plan przechwycenia skarbów. Teraz już nikt im nie przeszkadzał. Mieli chałupę wyłącznie dla siebie. Co prawda była jeszcze siostra Zosia, która kilka lat temu wyjechała za granicę, ale wierzyli, że po pogrzebie wróci ona w swoje strony, a oni będą mogli oddać się przyjemnościom oraz poszukiwaniom.
   Franek i Antek cierpliwie czekali aż skończy się pogrzeb i wszyscy ludzie rozejdą się do domów. Chwilę kręcili się wokół chałupy, aby wreszcie wyłamać drzwi, a następnie wedrzeć się do środka.
   - Niepotrzebnie je wyrwałeś – stwierdził Antek. – Przecież teraz i tak jesteśmy spadkobiercami.
   - Czym? – wychrypiał Franek.
   - Spadkobiercami! Teraz dom należy do nas. Zresztą, nie ma czasu na pogaduchy. Robota czeka.
   Oboje popędzili w stronę ciasnej komórki i po chwili ich oczom ukazał się najpiękniejszy widok, jaki widzieli w życiu. Na środku pomieszczenia, pośród sterty szmat i starych mebli stał zakurzony dymion. Chłopy wstrzymały oddech. Antek klasnął w dłonie i ze łzami w oczach zbliżył się do skarbu. Następnie kilkoma zamaszystymi ruchami pozbyli się zatyczki i już po chwili napełnili kubki, których nie zapomnieli zabrać z kuchni.
   - Aaahhh! – westchnął Antek. – Jabłkowe!
   Pierwsze pięć kubków pochłonęli w kilkanaście minut. Wino było dość mocne, zatem szybko zaczęło szumieć w ich pustych łbach.
   Pijacką degustację przerwała siostra Zosia, która wróciła z pogrzebu.
   - A ty, czego tutaj? – warknął Franek – Mało ci majątków w świecie?
   Zosia pokiwała głową.
   - To tak oddajecie cześć matce, która was wychowała, wykarmiła i zapewniła dach nad głową? Przecież on się chyba w grobie przewraca!
   - Zmykaj do tej swojej Ameryki! – ryknął Antek, chwytając za kij od miotły.
   - Pogrzeb się skończył! – dodał Franek – Pora wracać!
   Zrezygnowana kobieta wzruszyła ramionami i opuściła swój rodzinny dom. Było jej przykro, że bracia postąpili w taki, a nie inny sposób.
   - Najwyższy czas brać się do roboty – stwierdził Antek, przecierając brodę.
   Chłopy doskonale zdawali sobie sprawę, że matka każdego miesiąca pobierała rentę i gdzieś w domu znajdowały się zaoszczędzone pieniądze. - Musimy dokładnie przeszukać dom. Centymetr po centymetrze.
   Jak postanowili, tak też wzięli się do pracy. Wino szumiało w głowach, więc nie mieli litości dla szuflad i drzwiczek, które wyszarpywali z zawiasów, a zawartość mebli wysypywali na środek podłogi. Przetrzepywali stare fotele i krzesła. Nożem rozpruli pierzyny, poduszki oraz matki łóżko, które stało w pobliżu pieca. Setki piór wirowało pomiędzy coraz bardziej pijanymi braćmi. W przerwach na oddech, śmiało polewali sobie z wielkiego dymiona, wprost do metalowych garnuszków.
Wywalili na podłogę wszystkie ubrania, które staruszka przed śmiercią zdołała starannie poukładać na półkach. Antek zrzucił ze stojaka ruski telewizor, niszcząc tylną klapę. Franek wyszarpał stare drzwi z komórki na strychu, ale poza kilkoma zakurzonymi naczyniami niczego tam nie znalazł.
   - Przecież musi to być gdzieś ukryte! – warknął wkurzony Antek, nalewając do kubka kolejną porcję wina. Dymion powoli robił się pusty, a chłopom coraz trudniej było ustać na nogach.
   - Może zabiła deskami w podłodze? – stwierdził Franek, wycierając zalaną winem brodę.
   Po krótkiej przerwie bracia zabrali się do roboty. W szopie na tyłach domostwa znaleźli dwie metalowe brechy, którymi podważali każdą deskę z podłogi. Drewno trzeszczało i pękało pod naporem siły pijaków. Powoli kończyły się miejsca, gdzie można było szukać skarbu. Wkurzony Antek cisnął narzędziem w okno, rozbijając brudną szybę.
   - Niech ją piekło pochłonie! – wrzasnął wściekły - Pewnie zabrała pieniądze ze sobą do trumny. Skąpe babsko – dodał, z ledwością krocząc w stronę opustoszałego dymiona.
   Załamani bracia rozlali sobie resztę wina, które osiadło na dnie naczynia i rzucając pustymi garnkami w kąt, opuścili zdewastowane mieszkanie.
   Zosia była w szoku po tym, co zobaczyła. Dom znajdował się w takim stanie, jakby przeszedł przez niego huragan. Wszystko zostało zniszczone i połamane. W powietrzu unosił się zapach pleśni i jabłkowego wina. Całe szczęście, że mama już tego nie widzi – pomyślała, obcierając łzy.
   Jedyną rzeczą, która się zdołała się uchować w całości, był stojący na środku pomieszczenia dymion. Bracia zapewne byli zbyt głupi, albo zbyt pijani, aby się z nim rozprawić. Być może nawet jedno i drugie.
   Zosia zbliżyła się do niego i uśmiechnęła się pod nosem. Dobrze znała charakter mamy i przeczuwała, gdzie staruszka mogła ukryć swoje oszczędności. Objęła szyjkę dymiona drżącymi rękami i wyciągnęła go z metalowego koszyka.
   Na spodzie kosza znajdowała się wypchana banknotami koperta. Biedna matuchna. Sama sobie z ust odjęła, by dzieciom niczego nie brakło. Świeć panie nad jej duszą – wyszeptała, rozmyślając, na co powinna przeznaczyć te pieniądze. Zapewne mamie należał się solidny pomnik z ciężką, nagrobną płytą , żeby żadnemu pijakowi nie przyszło do głowy szukać pieniędzy w trumnie. Księdzu też wypadałoby trochę odłożyć, aby pomodlił się o rozum dla dwóch braci, którzy jeszcze bardzo długo zastanawiali się, gdzie też matka mogła ukryć oszczędności życia.