niedziela, 18 lutego 2018
sobota, 17 lutego 2018
Głos pokolenia, które nie ma nic do powiedzenia?
Dwudziesty
piąty listopada. Dzień wyjątkowo słoneczny i ciepły jak na jesienną porę.
Słońce rozświetlało krakowskie uliczki, ale wiedziałam, że najlepsze dopiero
przede mną. Stałam właśnie przed klubem Studio w oczekiwaniu na koncert jednego
z moich ulubionych wykonawców Taco Hemingwaya. Po
chwili byłam już przed sceną, czekając aż pojawi się warszawski piosenkarz. Nie
był to pierwszy koncert Taco, w którym miałam przyjemność uczestniczyć, lecz
cieszyłam sie jak dziecko na samą myśl, że znowu zobaczę, a co najważniejsze, usłyszę
swojego idola.
Kiedy
zgromadzeni zaczęli się lekko niecierpliwić bez żadnej zapowiedzi z głośników
rozbrzmiał znajomy głos i na scenie pojawił się Taco. „Kiedy wieczór zmienia
się w świt, coś dobija się do mych drzwi…” tymi słowami Filip Szcześniak
przerwał narastającą frustrację fanów i rozpoczął koncert, w końcu mogłyśmy
oddać się rozkoszy, jaką było słuchanie na żywo jednego z naszych ulubionych
wokalistów.
Bardzo podobała mi się interakcja
artysty z publicznością. Taco nie jest wokalistą, który przyjeżdża, zaśpiewa
kilka piosenek, bierze pieniądze za występ i jedzie do kolejnego miasta, aby
tam zrobić to samo. Podczas występu i po nim nawiązuje kontakt z fanami. W trakcie
śpiewania współgra z widownią, macha do niej. Między piosenkami opowiada o
doświadczeniach związanych z ich powstaniem lub o swoich przemyśleniach.
Pokazuje to nie tylko zaufanie wokalisty do publiczności, integrację z nią, ale
także szacunek. Jako fankę Fifiego bardzo cieszy mnie fakt, że w połowie utworu
przerywa on śpiew i pozwala widowni dokończyć dany fragment. Tak było również
tym razem. Taco pozwolił publiczności zaśpiewać każdy refren „Tlenu”. W pewnym
momencie postanowił sobie zażartować z nas i oznajmił, że to już koniec
koncertu, po czym zszedł ze sceny. Na sali było słychać wyłącznie rozgniewaną
publiczność, proszącą o bis. Po niespełna dwóch minutach na scenę z
uśmiechem wskoczył Taco i powiedział, że
żartował, a w klubie ponownie zapanowała radosna atmosfera.
Imponujący jest również fakt, że pomimo
rosnącej popularności Filipowi nie uderzyła woda sodowa do głowy, a na
występach daje z siebie 100%. Nadal pozostaje skromnym artystą, dla którego
najważniejsze jest zadowolenie słuchaczy. W jednej z jego starych piosenek
możemy usłyszeć takie słowa:
„korzystając z tej okazji
podziękuję fanom. To dla was
siedzę nocą i modyfikuje kanon” Świadczą one o trosce i dbałości o to, aby jego
utwory nie wiały nudą, lecz zaskakiwały odbiorcę. Po każdym utworze wokalista
zachęcał zgromadzonych do głośnych oklasków dla Marcina Rumaka, który tworzy
podkład muzyczny.
Fifi w swoich utworach ukazuje polskie
społeczeństwo, jego hipokryzję i ciągłe dążenie do modnych wzorców zachodnich.
Sam o sobie śpiewa ,,Jestem głosem pokolenia, które nie ma nic do powiedzenia.
Mimo to relacjonuję wszystkie posiedzenia: każde wyjście, kino, szybkie piwo,
jeszcze szybszą miłość." Już po koncercie, stojąc w kolejce do szatni, aby
odebrać swój płaszcz, podsłuchałam
rozmowę dwóch dziewczyn. Jedna z nich stwierdziła, że „ Taco to jeden z
nielicznych artystów, który potrafi trafnie ocenić polskie społeczeństwo”.
W pełni się z nią zgadzam. Uważam
jednak, że najważniejszy jest sposób przekazu. Mówi on o wszystkim z niezwykłą
swobodą i lekkością.
Przyznam, że byłam w szoku, że po tak
wykańczającym występie Fifi znalazł jeszcze czas i chęci na rozmowę ze swoimi
fanami. Pomimo wielkiego ścisku mogłyśmy porozmawiać z wokalistą i jego
partnerem Marcinem. Mimo zmęczenia Taco był bardzo zadowolony i wdzięczny za
to, że mógł zagrać dla nas. Na koniec występu, ku zaskoczeniu wszystkich uniósł
kieliszek z winem i napił się za nasze zdrowie.
Nie ulega wątpliwości, że koncert był wielkim
sukcesem. Jestem pewna, że zapamiętam go na bardzo długo, ale cytując Taco
,,było, minęło, nie przewija się do tyłu video."
Ania i Kinga
czwartek, 15 lutego 2018
Ego Icare
Ego Icare
„Był
taki młody nie rozumiał że skrzydła są tylko przenośnią (…)”
– Z. Herbert „Dedal i Ikar”
– Z. Herbert „Dedal i Ikar”
Przypomniała mi się pewna scena. Była
to lekcja na basenie. Jedna z dziewcząt
zawzięcie tłumaczyła nauczycielowi: „Ryby mają skrzela i płetwy, więc pływają.
Ptaki mają skrzydła po to, żeby latać. A ludzie są stworzeni do chodzenia i
niczego więcej.” BŁĄD! To właśnie ludzie latają! Nieudolne istoty ludzkie
zapragnęły wznosić się coraz wyżej i wyżej. Świat jest pełny skrzydeł. Każdego
dnia mijamy dziesiątki, setki Ikarów. Może jeden na dwudziestu okaże się być
rozsądnym Dedalem. Ale przecież Dedal też latał. Lotem można nazwać całokształt
życia człowieka. Nie bez powodu używa się określenia: „Upadłeś na samo dno, już
niżej się nie dało!” Człowiek stworzony jest do lotu! Dlatego tak bardzo boi
się niskości.
„Istota
rzeczy jest w tym aby nasze serca
które toczy ciężka krew
napełniły się powietrzem
i tego właśnie Ikar nie chciał przyjąć
módlmy się”
– Z. Herbert „Dedal i Ikar”
które toczy ciężka krew
napełniły się powietrzem
i tego właśnie Ikar nie chciał przyjąć
módlmy się”
– Z. Herbert „Dedal i Ikar”
Jan Paweł II jako rozsądny Dedal…
Czy nie brzmi to kontrowersyjnie? Z jakim więc odbiorem spotkałoby się
określenie: „Jan Paweł II – Ikar, który nie upadł”? Karol Wojtyła marzył o wolnej Polsce. W czasach II wojny
światowej, a potem komunizmu takie marzenia wydawały się nie do spełnienia.
Nasz kraj był przepełniony bólem, cierpieniem, łzami. Jan Paweł II już przed
rozpoczęciem swojego pontyfikatu postanowił na miarę swoich możliwości to
zmienić. Jego odwaga i upór zadziwiły wszystkich w Stolicy Piotrowej. Jak jeden
młody polski duchowny może przeciwstawić się tylu komunistom? Uważał on jednak,
że Kościół ma obowiązek sprzeciwić się porządkowi świata, w którym siłą i
milczeniem próbowano zaprzeczyć prawdzie Bożej, prawdzie o Bogu.
Karol Wojtyła mówił w swoich homiliach o tym, jak Polacy są traktowani przez komunistów: o uczniu, którego wydalono ze szkoły za noszenie krzyża na szyi; o groźbach skierowanych do kobiety, która pozwoliła, aby w jednym z pomieszczeń jej mieszkania nauczano religii; o mężczyźnie, który nie dostał pracy, bo przyznał się do wiary katolickiej. W książce pt. „Świadectwo” kardynał Dziwisz przytacza słowa, które wypowiedział Wojtyła jeszcze jako biskup: „Jak mógłbym milczeć? (…) Jak mógłbym nie interweniować? (…) mam obowiązek być pierwszym, który służy tej sprawie. Wielkiej sprawie człowieka.”
Powoli unosił się w górę, działał, nie poddawał się. I… udało mu się! Na świecie stopniowo zaczął szerzyć się pokój. Działania Jana Pawła II można nazwać lotem, a jego zaś Ikarem. Ale Ikarem, który nie upadł. Ikarem – bo marzył i miał odwagę. Tym, który nie upadł – bo jego działania zostały spełnione, a on sam nie poniósł klęski i został okrzyknięty Wielkim.
Karol Wojtyła mówił w swoich homiliach o tym, jak Polacy są traktowani przez komunistów: o uczniu, którego wydalono ze szkoły za noszenie krzyża na szyi; o groźbach skierowanych do kobiety, która pozwoliła, aby w jednym z pomieszczeń jej mieszkania nauczano religii; o mężczyźnie, który nie dostał pracy, bo przyznał się do wiary katolickiej. W książce pt. „Świadectwo” kardynał Dziwisz przytacza słowa, które wypowiedział Wojtyła jeszcze jako biskup: „Jak mógłbym milczeć? (…) Jak mógłbym nie interweniować? (…) mam obowiązek być pierwszym, który służy tej sprawie. Wielkiej sprawie człowieka.”
Powoli unosił się w górę, działał, nie poddawał się. I… udało mu się! Na świecie stopniowo zaczął szerzyć się pokój. Działania Jana Pawła II można nazwać lotem, a jego zaś Ikarem. Ale Ikarem, który nie upadł. Ikarem – bo marzył i miał odwagę. Tym, który nie upadł – bo jego działania zostały spełnione, a on sam nie poniósł klęski i został okrzyknięty Wielkim.
„Płyną
zburzone kościoły,
Ogrody zmienione w cmentarze (…)
I płynie miasto na skrzydłach sławy
I spada kamieniem na serce. Do dna.
Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy.
Niech trwa!”
- A. Słonimski „Alarm”
Ogrody zmienione w cmentarze (…)
I płynie miasto na skrzydłach sławy
I spada kamieniem na serce. Do dna.
Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy.
Niech trwa!”
- A. Słonimski „Alarm”
Podczas wojny w getcie warszawskim i w
Auschwitz, i w Birkenau… również mieszkali Ikarowie. Ale oni byli tacy inni.
Byli bez skrzydeł. Gdyby je przecież mieli, nie spaliby na przepełnionych
pryczach w zimnych barakach. Gdyby tylko mogli, odlecieliby, z pewnością.
Poddawali się swoim oprawcom, znosili zadawane ciosy… Pozwolili na odbieranie sobie wszystkiego, co mieli. Zostali z niczym, jak Ikar, któremu zabrano skrzydła. Tylko w tym przypadku, mówiąc „skrzydła”, mam na myśli normalne życie.
Poddawali się swoim oprawcom, znosili zadawane ciosy… Pozwolili na odbieranie sobie wszystkiego, co mieli. Zostali z niczym, jak Ikar, któremu zabrano skrzydła. Tylko w tym przypadku, mówiąc „skrzydła”, mam na myśli normalne życie.
„Na ściany, podłogi, cegły padła krew i
opowiada o ludziach, którzy tu ginęli. Zostali tam, gdzie polała się ich krew.
To nic, że ściany zabielono wapnem. Te ściany są nadal czerwone.” napisała Seweryna Szmaglewska w swojej książce pt. „Dymy nad
Birkenau”. Kiedy zwiedzamy muzeum w Auschwitz, widzimy na ścianach mnóstwo
zdjęć, gabloty z włosami, butami, dziecięcymi ubrankami… Przecież to wszystko
należało do ludzi! A ludzie ci wiedli zwyczajny żywot. Mężowie pracowali, żony
gotowały, dzieci uczyły się. A potem obcięto im skrzydła…
„Nie
czuć na sobie niczyjego wzroku – to jest najgorsze.”
- K. Brandys „Jak być kochaną”
- K. Brandys „Jak być kochaną”
„Jak być kochaną”… Już sam tytuł sugeruje, że utwór Kazimierza
Brandysa jest o miłości. Czyż miłość nie
uskrzydla? Czy zakochanych nie możemy nazwać Ikarami? Marzą o drugiej
osobie, niejednokrotnie popełniają wiele błędów. I toną w morzu łez, gdy coś
pójdzie nie tak – zupełnie jak nasz Ikar, który też przecież utonął.
Główna bohaterka opowiadania K. Brandysa była zakochana w Rawiczu. Gotowa była ryzykować dla niego życiem podczas wojny. Ukrywała go w swoim mieszkaniu przed Niemcami. Gdy ci, szukając Rawicza, wtargnęli do jej domu i nie znaleźli go, dokonali zbiorowego gwałtu na kobiecie. Wyrządzili jej tym niewątpliwie okropną krzywdę. Co zrobiła Felicja? Zamknęła się w sobie? Odsunęła od ukochanego, zostawiając na pastwę okupanta? A może była tak załamana, że popełniła samobójstwo? Nic z tych rzeczy. Dla lepszej ochrony Rawicza zdecydowała się na współpracę z wrogiem – zgłosiła się do niemieckiego teatru. Po zakończeniu wojny Rawicz opuścił kryjówkę. Nie okazał żadnej wdzięczności!
Po kilku latach spotkali się ponownie. Ona przez cały czas go kochała, pomimo faktu, że obok miała mężczyznę, który kochał ją. Znalazła Rawicza w knajpie – zaniedbanego i pijanego. Chciała mu pomóc, zapewnić dom i wyleczyć z nałogów. W zamian pragnęła tylko jego miłości.
Jednak ten żałosny egoista nie rozumiał, ile dla niego poświęciła. Na jej oczach rzucił się z i zginął na miejscu. Felicja została sama z całym swoim cierpieniem.
Może to jego powinniśmy nazwać Ikarem? Leciał, upadł, zginął… Nie. W mojej opinii żaden z niego pełen marzeń, „uskrzydlony” Ikar. Może najwyżej „zapatrzony w siebie Ikar egoista”.
Prawdziwych skrzydeł dostała Felicja. Nieustannie marzyła o jego miłości. Przefrunęłaby dla niego nad niejednym oceanem. Była zdolna do największych poświęceń. To piękne! Nie czuła jednak na sobie jego wzroku. Na Ikara miliony oczu zwróciły się… ale już po fakcie. Upadał sam. Ona upadała, kochając. Również sama.
Główna bohaterka opowiadania K. Brandysa była zakochana w Rawiczu. Gotowa była ryzykować dla niego życiem podczas wojny. Ukrywała go w swoim mieszkaniu przed Niemcami. Gdy ci, szukając Rawicza, wtargnęli do jej domu i nie znaleźli go, dokonali zbiorowego gwałtu na kobiecie. Wyrządzili jej tym niewątpliwie okropną krzywdę. Co zrobiła Felicja? Zamknęła się w sobie? Odsunęła od ukochanego, zostawiając na pastwę okupanta? A może była tak załamana, że popełniła samobójstwo? Nic z tych rzeczy. Dla lepszej ochrony Rawicza zdecydowała się na współpracę z wrogiem – zgłosiła się do niemieckiego teatru. Po zakończeniu wojny Rawicz opuścił kryjówkę. Nie okazał żadnej wdzięczności!
Po kilku latach spotkali się ponownie. Ona przez cały czas go kochała, pomimo faktu, że obok miała mężczyznę, który kochał ją. Znalazła Rawicza w knajpie – zaniedbanego i pijanego. Chciała mu pomóc, zapewnić dom i wyleczyć z nałogów. W zamian pragnęła tylko jego miłości.
Jednak ten żałosny egoista nie rozumiał, ile dla niego poświęciła. Na jej oczach rzucił się z i zginął na miejscu. Felicja została sama z całym swoim cierpieniem.
Może to jego powinniśmy nazwać Ikarem? Leciał, upadł, zginął… Nie. W mojej opinii żaden z niego pełen marzeń, „uskrzydlony” Ikar. Może najwyżej „zapatrzony w siebie Ikar egoista”.
Prawdziwych skrzydeł dostała Felicja. Nieustannie marzyła o jego miłości. Przefrunęłaby dla niego nad niejednym oceanem. Była zdolna do największych poświęceń. To piękne! Nie czuła jednak na sobie jego wzroku. Na Ikara miliony oczu zwróciły się… ale już po fakcie. Upadał sam. Ona upadała, kochając. Również sama.
„Z
migotliwą tańczy falą
Białe piórko z kroplą wosku.”
- J. Kaczmarski „Upadek Ikara”
Białe piórko z kroplą wosku.”
- J. Kaczmarski „Upadek Ikara”
Kobieta – Ikar, tytułowa bohaterka
wiersza Marii Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej, jest nieszczęśliwie zakochana. Taka miłość to wzlot, często długi. Mówi się, że właśnie
nieodwzajemniona miłość jest silniejsza, bo trzeba kochać za dwoje.
Powszechnie uważa się, że kobiety są bardziej stałe w uczuciach, niż mężczyźni. Stąd ta lekkość Kobiety – Ikara – do tego stopnia została uskrzydlona, że leci dłużej. „Chwytającym ją pod ramię wiatrem” może być ten mężczyzna, którego kocha. Może poświęca jej swoją uwagę, sprawiając, że ta czuje się dla niego ważna. To wznosi ją jeszcze wyżej. Jednak nie ma ona nadziei. Wie, że z jego strony to tylko życzliwość, a nie miłość. Udaje szczęśliwą, nakłada na twarz sztuczny uśmiech i staje się duszą towarzystwa. Kiedy zostaje sama, uświadamia sobie, że bez tego mężczyzny nie jest w stanie nic zrobić. I „spada tak ciężko jak kamień”.
Kamienie są przyrodą nieożywioną. Co za tym idzie – nie mają uczuć. Być może Kobieta – Ikar była tak bardzo przygnieciona nieodwzajemnioną miłością i koniecznością udawania, że sama stała się nieczuła i ciężka?
Nasz Ikar czuł. A co, jeżeli kochał słońce i pragnął się wznieść, by być bliżej niego? Może zginął z powodu miłości, a nie marzeń? Jeśli tak, to nie pozostało z tego nic, prócz unoszącego się na powierzchni wody białego piórka i kropli wosku… Bardzo chciałabym nie mieć racji. Mam nadzieję, że się mylę…
Powszechnie uważa się, że kobiety są bardziej stałe w uczuciach, niż mężczyźni. Stąd ta lekkość Kobiety – Ikara – do tego stopnia została uskrzydlona, że leci dłużej. „Chwytającym ją pod ramię wiatrem” może być ten mężczyzna, którego kocha. Może poświęca jej swoją uwagę, sprawiając, że ta czuje się dla niego ważna. To wznosi ją jeszcze wyżej. Jednak nie ma ona nadziei. Wie, że z jego strony to tylko życzliwość, a nie miłość. Udaje szczęśliwą, nakłada na twarz sztuczny uśmiech i staje się duszą towarzystwa. Kiedy zostaje sama, uświadamia sobie, że bez tego mężczyzny nie jest w stanie nic zrobić. I „spada tak ciężko jak kamień”.
Kamienie są przyrodą nieożywioną. Co za tym idzie – nie mają uczuć. Być może Kobieta – Ikar była tak bardzo przygnieciona nieodwzajemnioną miłością i koniecznością udawania, że sama stała się nieczuła i ciężka?
Nasz Ikar czuł. A co, jeżeli kochał słońce i pragnął się wznieść, by być bliżej niego? Może zginął z powodu miłości, a nie marzeń? Jeśli tak, to nie pozostało z tego nic, prócz unoszącego się na powierzchni wody białego piórka i kropli wosku… Bardzo chciałabym nie mieć racji. Mam nadzieję, że się mylę…
„Jaskółko
(…)
kotwico powietrza,
ulepszony Ikarze (…),
wskazówko bez minut (…)
zmiłuj się nad nimi.”
- W. Szymborska „Upamiętnienie”
kotwico powietrza,
ulepszony Ikarze (…),
wskazówko bez minut (…)
zmiłuj się nad nimi.”
- W. Szymborska „Upamiętnienie”
Maria Pawlikowska – Jasnorzewska w
wierszu „Samobójca” pisze o śmierci dobrego człowieka. Uważam, że źli ludzie się
nie zabijają. Im nawet źle nie jest.
Potrafią być złośliwi, dążyć po trupach do celu. Złośliwcy nie odebraliby sobie
życia. Byliby w stanie żyć choćby na przekór innym. Gdyby jednak postanowili
się zabić, oznaczałoby to, że obudziło się w nich dobro.
Człowiek w utworze Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej „miał ciężkie serce”. Widzę dwie możliwe interpretacje tego stwierdzenia. Albo miał on poważnie obciążone sumienie, albo jego serce było dobre i duże – dlatego ciężkie. Skłaniałabym się ku tej drugiej opcji, ponieważ dalej czytamy, że „z głębi wody ukłonił się światu”. Osoba, która popełniła złe czyny, nie będzie w stanie odejść z taką godnością. Następny wers mówi, że samobójca „spoczął wśród kwiatów”. To potwierdza moje spekulacje – ten człowiek był dobry. Być może przerosło go okrucieństwo tego świata. Był ziarnkiem piasku na pustyni i nie mógł zmienić otoczenia. Nie chciał go więc oglądać. Miał serce dobre, ale słabe – poszedł z nim na dno.
Człowiek będący na dnie to nie tylko człowiek z marginesu społeczeństwa. Alkoholik, narkoman, prostytutka….
A ja powiem, że samobójcy też sięgają dna. I nie mam tu na myśli dość popularnej opinii: „Ten tchórz, egoista nie myślał o bliskich. Zostawił ich, zabijając się.” Twierdzę raczej, że trzeba być na dnie studni bólu i cierpienia, żeby targnąć się na własne życie. Nie uważam, że to głupota. Który człowiek chciałby żyć na dnie pustej studni? Taką studnią często jest depresja, a wpadają w nią osoby wrażliwe, nierzadko o wielkich i skorych do pomocy sercach.
A co Ikarowi do tego? Nie sugeruję, nie narzucam żadnej odpowiedzi. Był chłopcem – zło nie zdążyło jeszcze skalać jego serca. On wzniósł się za marzeniami – tego się trzymajmy. Przecież nie powiem: „A może Ikar był samobójcą?”…
Człowiek w utworze Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej „miał ciężkie serce”. Widzę dwie możliwe interpretacje tego stwierdzenia. Albo miał on poważnie obciążone sumienie, albo jego serce było dobre i duże – dlatego ciężkie. Skłaniałabym się ku tej drugiej opcji, ponieważ dalej czytamy, że „z głębi wody ukłonił się światu”. Osoba, która popełniła złe czyny, nie będzie w stanie odejść z taką godnością. Następny wers mówi, że samobójca „spoczął wśród kwiatów”. To potwierdza moje spekulacje – ten człowiek był dobry. Być może przerosło go okrucieństwo tego świata. Był ziarnkiem piasku na pustyni i nie mógł zmienić otoczenia. Nie chciał go więc oglądać. Miał serce dobre, ale słabe – poszedł z nim na dno.
Człowiek będący na dnie to nie tylko człowiek z marginesu społeczeństwa. Alkoholik, narkoman, prostytutka….
A ja powiem, że samobójcy też sięgają dna. I nie mam tu na myśli dość popularnej opinii: „Ten tchórz, egoista nie myślał o bliskich. Zostawił ich, zabijając się.” Twierdzę raczej, że trzeba być na dnie studni bólu i cierpienia, żeby targnąć się na własne życie. Nie uważam, że to głupota. Który człowiek chciałby żyć na dnie pustej studni? Taką studnią często jest depresja, a wpadają w nią osoby wrażliwe, nierzadko o wielkich i skorych do pomocy sercach.
A co Ikarowi do tego? Nie sugeruję, nie narzucam żadnej odpowiedzi. Był chłopcem – zło nie zdążyło jeszcze skalać jego serca. On wzniósł się za marzeniami – tego się trzymajmy. Przecież nie powiem: „A może Ikar był samobójcą?”…
„Ja
jeden zauważyłem, że Ikar utonął.”
- J. Iwaszkiewicz „Ikar”
- J. Iwaszkiewicz „Ikar”
Często słyszymy o uczniach gimnazjów
czy szkół średnich, którzy wpadli w nałogi lub nawet popełnili samobójstwo.
Tylko dlaczego takie sprawy wychodzą na jaw, gdy jest już za późno? W dzisiejszym świecie zapracowani rodzice nie
zwracają uwagi na swoje dzieci, a mający przed oczami tylko wyniki matur
nauczyciele i pedagodzy nie dostrzegają problemów młodzieży. Obecnie popularny
wśród młodzieży stał się serial „13 powodów”. Głównym wątkiem jest samobójstwo
pewnej licealistki. Serial sam w sobie nie jest niczym złym. Problem może
pojawić się w tym, jak zostanie odebrany. Wielu młodych ludzi staje przed
różnymi wyzwaniami. Nawet jeśli są wyjątkowo upartymi Ikarami – mają marzenia i
wbrew wszystkiemu za nimi podążają – mogą pojawić się u nich wątpliwości.
Psychika młodego człowieka jest podatna
na wpływy środowiska zewnętrznego. Taka osoba może źle odebrać
przesłanie serialu i z samobójstwa uczynić jedyne i najlepsze rozwiązanie
swojego problemu.
Fakt, że ktoś będący u progu dorosłości, się zabił, będzie szokujący. Jednak uważam, że dużo gorszym będzie fakt, że zupełnie nikt nie zauważył jego trudności i mu nie pomógł.
Upadek Ikara stał się słynny. Ale okoliczności jego upadania pozostają niezauważone, pominięte. Czy wzywał pomocy? Czy krzyczał? A może spadał po cichu? Nie wiadomo. To przeraża.
Fakt, że ktoś będący u progu dorosłości, się zabił, będzie szokujący. Jednak uważam, że dużo gorszym będzie fakt, że zupełnie nikt nie zauważył jego trudności i mu nie pomógł.
Upadek Ikara stał się słynny. Ale okoliczności jego upadania pozostają niezauważone, pominięte. Czy wzywał pomocy? Czy krzyczał? A może spadał po cichu? Nie wiadomo. To przeraża.
„Jesteśmy
samotni i razem, wspólnie, nie tyle w przestrzeni, ile w czasie. Samotność
nasza to poczucie, że świat przeżywa coś, w czym nie będziemy chcieli ani mogli
uczestniczyć.”
– Kazimierz Brandys
Ikar upadł, Dedal zaś doleciał do
celu. Doskonale o tym wiemy, jednak przypomina o tym Ernest Bryll w swoim
wierszu pt. „Wciąż o Ikarach głoszą”. Po co? Co autor miał na myśli?
Na początku został przedstawiony problem niesprawiedliwości. Do celu dotarł tylko Dedal, a nie jest on opiewany czy wymieniany w tylu dziełach, co jego syn.
Ikar podjął ryzyko. Zapłacił za to najwyższą cenę, jednak właśnie za to jest podziwiany. Dziś nazwalibyśmy to wyłamaniem się czy wyjściem poza schemat. Dlaczego krytykujemy osoby mające odwagę ryzykować? Może właśnie dlatego, że tę odwagę mają? Ludzie zaś, którzy po cichu dochodzą do swego, są niezauważani, pomijani. „Dedale”… A może bardziej postrzegani są jako„Detale”?
W dalszej części wiersza autor nawiązuje do obrazu Pietera Breughla. Twierdzi, że malarz osiwiał, próbując zrozumieć ludzi. „Oczy im odwracał od podniebnych dramatów.” Z jakiego powodu? Bryll wyraźnie zasugerował odpowiedź na to pytanie poprzez użycie potocznych wyrazów („gapić”, „ucapić”). Dla ludzi przedstawionych na obrazie liczyła się codzienność i przyziemność – praca czy odpoczynek w letni dzień. Na Ikara nikt nie popatrzył, nie mówiąc już o próbie pomocy.
Dramatyczności całej sytuacji dodaje ostatni wers, który zawiera pytanie: „A Dedal, by ratować Ikara, powrócił?” Nie.
Mamy do czynienia z prawdziwą tragedią. Upadek jednostki nie znaczy dla ogółu nic! Żyjemy w tłumie, ale tak naprawdę jesteśmy archipelagiem samotnych wysepek. Może sami nie chcemy brać udziału w upadkach otaczających nas Ikarów. Bo praca, szkoła, obowiązki, przyjemności…
„Ratować jakiegoś Ikara? Przecież to zmieniłoby cały schemat. Komu to potrzebne? Doceniać bezideowe kukły systemu i marionetki uszyte z ludzkich upodobań – to jest coś. Tylko taka jest droga do celu” mówi ktoś …
Na początku został przedstawiony problem niesprawiedliwości. Do celu dotarł tylko Dedal, a nie jest on opiewany czy wymieniany w tylu dziełach, co jego syn.
Ikar podjął ryzyko. Zapłacił za to najwyższą cenę, jednak właśnie za to jest podziwiany. Dziś nazwalibyśmy to wyłamaniem się czy wyjściem poza schemat. Dlaczego krytykujemy osoby mające odwagę ryzykować? Może właśnie dlatego, że tę odwagę mają? Ludzie zaś, którzy po cichu dochodzą do swego, są niezauważani, pomijani. „Dedale”… A może bardziej postrzegani są jako„Detale”?
W dalszej części wiersza autor nawiązuje do obrazu Pietera Breughla. Twierdzi, że malarz osiwiał, próbując zrozumieć ludzi. „Oczy im odwracał od podniebnych dramatów.” Z jakiego powodu? Bryll wyraźnie zasugerował odpowiedź na to pytanie poprzez użycie potocznych wyrazów („gapić”, „ucapić”). Dla ludzi przedstawionych na obrazie liczyła się codzienność i przyziemność – praca czy odpoczynek w letni dzień. Na Ikara nikt nie popatrzył, nie mówiąc już o próbie pomocy.
Dramatyczności całej sytuacji dodaje ostatni wers, który zawiera pytanie: „A Dedal, by ratować Ikara, powrócił?” Nie.
Mamy do czynienia z prawdziwą tragedią. Upadek jednostki nie znaczy dla ogółu nic! Żyjemy w tłumie, ale tak naprawdę jesteśmy archipelagiem samotnych wysepek. Może sami nie chcemy brać udziału w upadkach otaczających nas Ikarów. Bo praca, szkoła, obowiązki, przyjemności…
„Ratować jakiegoś Ikara? Przecież to zmieniłoby cały schemat. Komu to potrzebne? Doceniać bezideowe kukły systemu i marionetki uszyte z ludzkich upodobań – to jest coś. Tylko taka jest droga do celu” mówi ktoś …
„A
gdy serce twe przytłoczy myśl, że żyć nie warto,
z łez ocieraj cudze oczy, choć twoich nie otarto.”
- M. Konopnicka
z łez ocieraj cudze oczy, choć twoich nie otarto.”
- M. Konopnicka
Jacek Kaczmarski w utworze pt. „Lot
Ikara” pokazuje nam mitologicznego bohatera z zupełnie innej perspektywy. Mamy
do czynienia nie z głupim marzycielem, lecz z osobą dążącą do swojego celu,
pomimo negatywnych komentarzy ze strony innych ludzi.
My – młodzi ludzie będący u progu dorosłości, możemy utożsamić się z podmiotem lirycznym. „Lot na własny rachunek” to inaczej życie na własny koszt i odpowiedzialność. Chcemy wznosić się w górę – na uczelniach, w pracy. Spotykamy się z negatywnymi opiniami, zupełnie jak Ikar Kaczmarskiego. Im wyżej się znajdujemy, tym mniejsze wydają się być takie miejsca, jak na przykład wioska rodzinna. Ludzie, krytykujący Ikara, spadają – jest to złudzenie, gdyż tak naprawdę to podmiot liryczny znajduje się wyżej. Możemy dostrzec u niego przeświadczenie o samowystarczalności. „Ja sam jestem drogą za kres!” mówi o sobie. Kaczmarski nawiązuje do słów Jezusa: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem”…
Aż wreszcie - moment upadku. Ikar zostaje strącony przez kogoś wyższego rangą, przez kogo nie został nawet zauważony. Ma nadzieję, że jego porażka będzie spełnieniem czyjegoś marzenia. Czyż nie tak właśnie jest w dużych firmach? Role się odwracają – wszystko podąża ku górze, a gorące ciało Ikara spada. Bohater nie jest załamany. To wprawdzie jego ostatni lot, ale jednak własny. Nie jest ciągnięty na siłę wzwyż ani popychany. Zachowuje godność i ustępuje miejsca. Wydaje się być zadowolony z faktu, iż jego przygoda mogła być odbierana przez kogoś pozytywnie. Być może otarł łzy z cudzych oczu, choć jego własnych nawet nie dostrzeżono…
My – młodzi ludzie będący u progu dorosłości, możemy utożsamić się z podmiotem lirycznym. „Lot na własny rachunek” to inaczej życie na własny koszt i odpowiedzialność. Chcemy wznosić się w górę – na uczelniach, w pracy. Spotykamy się z negatywnymi opiniami, zupełnie jak Ikar Kaczmarskiego. Im wyżej się znajdujemy, tym mniejsze wydają się być takie miejsca, jak na przykład wioska rodzinna. Ludzie, krytykujący Ikara, spadają – jest to złudzenie, gdyż tak naprawdę to podmiot liryczny znajduje się wyżej. Możemy dostrzec u niego przeświadczenie o samowystarczalności. „Ja sam jestem drogą za kres!” mówi o sobie. Kaczmarski nawiązuje do słów Jezusa: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem”…
Aż wreszcie - moment upadku. Ikar zostaje strącony przez kogoś wyższego rangą, przez kogo nie został nawet zauważony. Ma nadzieję, że jego porażka będzie spełnieniem czyjegoś marzenia. Czyż nie tak właśnie jest w dużych firmach? Role się odwracają – wszystko podąża ku górze, a gorące ciało Ikara spada. Bohater nie jest załamany. To wprawdzie jego ostatni lot, ale jednak własny. Nie jest ciągnięty na siłę wzwyż ani popychany. Zachowuje godność i ustępuje miejsca. Wydaje się być zadowolony z faktu, iż jego przygoda mogła być odbierana przez kogoś pozytywnie. Być może otarł łzy z cudzych oczu, choć jego własnych nawet nie dostrzeżono…
„ (…) Nie zabłądźcie.
Bądźcie.
Mijajcie, mijajmy się,
ale nie omińmy.
Mińmy.
My.
Wy, co latacie
i jesteście popychani.”
- M. Białoszewski „Ja stróż latarnik”
Bądźcie.
Mijajcie, mijajmy się,
ale nie omińmy.
Mińmy.
My.
Wy, co latacie
i jesteście popychani.”
- M. Białoszewski „Ja stróż latarnik”
Ludzie walczą o przetrwanie w
betonowych puszczach ogromnych korporacji. Chcą być coraz wyżej w hierarchii,
chcą coraz wyższych zarobków. Powoli zapominają, czym jest sen, a o wolnym czasie nie mają pojęcia. Dążą do
swojego, niszcząc przy tym innych. Nie kochają, bo po co? Nie śmieją się, bo
nikt im za to nie płaci. Nie widzą, że gdzieś po drodze do sukcesu zgubili
swoje człowieczeństwo. Nazwałabym ich zniekształconymi Ikarami. Bo przecież
cel, marzenia… gdzieś coś świta, ale nie do końca tak, jak trzeba. Syn Dedala
nie skrzywdził nikogo swoim lotem. Skrzywdził ojca, ale… swoją śmiercią.
„Ikarze
(…)
Jeśli nie jesteśmy żółwiami, dożywającymi trzystu jałowych lat,
To może za twoją przyczyną…”
- T. Śliwiak „Kaskaderzy”
Jeśli nie jesteśmy żółwiami, dożywającymi trzystu jałowych lat,
To może za twoją przyczyną…”
- T. Śliwiak „Kaskaderzy”
Tadeusz Peiper w swoim wierszu pt.
„Miasto” opisał ludzi jako niezwykle przyziemnych Ikarów. Postawili sobie oni
cel bardzo realny – wybudowanie miasta.
I miasto zostało zbudowane. Autor twierdzi, iż „wśrubowało się w ziemię”. Owszem, było marzenie i na dodatek je spełniono. „Człowiek zamieszkał w swojej własnej dłoni”, czyli, moim zdaniem, zamknął się na inne wyzwania i cele. Skupił się na tym, co już osiągnął, zamiast marzyć dalej. Jeśli już raz się udało, to dlaczego nie spróbować i drugi?
Peiper nazwał niebo „kartą zaginionej książki”. Ludzie nie są stworzeni do życia w swoim zamkniętym, na pozór idealnym środowisku.
Naszą metą jest Raj. Niebo to „zaginiona książka”, a zaginionych rzeczy należy szukać. „W swojej własnej dłoni” nigdy nie znajdziemy pełni szczęścia. Zawsze będzie nam czegoś brakowało.
Wyobraźmy sobie, że Ikar nie zginął. Wylądował, powiedział: „Doleciałem” i… no właśnie – i co dalej? Czy taki wielki marzyciel, któremu udało się spełnić pragnienie, poprzestałby na nim? Myślę, że z pewnością próbowałby dalej, walczyłby o coś innego. A skoro on dążyłby dalej, to tym bardziej my powinniśmy. Bo przecież czym różnimy się od niego? … Ach, tak, my żyjemy. Ikar nie. On pokazał nam, czym jest odwaga. Chyba jesteśmy mu coś winni. Jeżeli nasze „marzenia walczą”, nie usypiajmy ich.
I miasto zostało zbudowane. Autor twierdzi, iż „wśrubowało się w ziemię”. Owszem, było marzenie i na dodatek je spełniono. „Człowiek zamieszkał w swojej własnej dłoni”, czyli, moim zdaniem, zamknął się na inne wyzwania i cele. Skupił się na tym, co już osiągnął, zamiast marzyć dalej. Jeśli już raz się udało, to dlaczego nie spróbować i drugi?
Peiper nazwał niebo „kartą zaginionej książki”. Ludzie nie są stworzeni do życia w swoim zamkniętym, na pozór idealnym środowisku.
Naszą metą jest Raj. Niebo to „zaginiona książka”, a zaginionych rzeczy należy szukać. „W swojej własnej dłoni” nigdy nie znajdziemy pełni szczęścia. Zawsze będzie nam czegoś brakowało.
Wyobraźmy sobie, że Ikar nie zginął. Wylądował, powiedział: „Doleciałem” i… no właśnie – i co dalej? Czy taki wielki marzyciel, któremu udało się spełnić pragnienie, poprzestałby na nim? Myślę, że z pewnością próbowałby dalej, walczyłby o coś innego. A skoro on dążyłby dalej, to tym bardziej my powinniśmy. Bo przecież czym różnimy się od niego? … Ach, tak, my żyjemy. Ikar nie. On pokazał nam, czym jest odwaga. Chyba jesteśmy mu coś winni. Jeżeli nasze „marzenia walczą”, nie usypiajmy ich.
„Gdym
odjeżdżał na zawsze znajomym gościńcem,
Patrzyły na mnie bratków wielkie, złote oczy
Podkute szafirowym dookoła sińcem (…)
I dlaczego te oczy były coraz łzawsze?
Czy nie wolno nic nigdy porzucać na zawsze?”
- B. Leśmian „Odjazd”
Patrzyły na mnie bratków wielkie, złote oczy
Podkute szafirowym dookoła sińcem (…)
I dlaczego te oczy były coraz łzawsze?
Czy nie wolno nic nigdy porzucać na zawsze?”
- B. Leśmian „Odjazd”
Niewątpliwie tragedia Ikara była czymś
strasznym. Zginął chłopiec, który miał przed sobą całe życie. Stał się
archetypem, motywem, dla niektórych nawet wzorem. Można by rzec, że nie zginął
na próżno. Dedal przeżył, doleciał, wybudował świątynię dla Apollina. I przez
to chyba mało kto dostrzega jego tragedię. A przecież on stracił syna! Dlaczego
nie widzimy jego rozwartych w niemym krzyku ust? I tej jednej słonej kropli,
która wypłynęła z oka, a zginęła w kąciku warg? Dlaczego nie usłyszeliśmy
trzasku, jaki, pękając, wydało jego spłakane serce? Zrobiliśmy z niego postać
przyziemną. Tymczasem on wolałby być nie przy ziemi, a razem ze swoim synem w
niej. Jego dziecko upadło na jego oczach, a on sam był bezradny. Nie mógł nawet
złożyć ciała Ikara w grobie, bo pochłonęły je fale.
„Wybrańcy bogów umierają młodo” – takie piękne, mądre i prawdziwe słowa – pomyśli wielu z nas. Tak? W takim razie miej odwagę powiedzieć je kobiecie, która tuli do piersi swoje nowo narodzone, ale martwe dziecko. Filozofuj tak przed rodzicami, którzy, zamiast wesela, organizują pogrzeb młodej córki. Cytuj Plauta starszemu mężczyźnie, wiedząc, że przeżył poważny wypadek samochodowy, w przeciwieństwie do swojego syna. Dla nich nie liczą się żadni bogowie. Mieli plany i wspomnienia związane z dzieckiem i nagle to zostało im odebrane. Cierpienie rodzica jest niewyobrażalne. Upadek Ikara był nożem wbitym w serce jego ojca.
Ale upaść można na wiele sposobów. Chłopczyk wypadł z okna. Przeżył, ale jest sparaliżowany – to nie tylko jego tragedia, ale i jego rodziców. Patrzeć na cierpienie fizyczne osoby, której dało się życie, to ogromny ból. Jednak na co dzień spotykamy się także z upadkami moralnymi. Jak wielki ciężar dźwiga matka alkoholika, prostytutki, hazardzisty czy skazanego odsiadującego wyrok w więzieniu? Poniżenia ze strony mieszkańców osiedla ona wytrzyma. Dużo bardziej rani ją ból jej dziecka. I nawet jeśli jest ono już do tego stopnia znieczulone, że go nie czuje, ona odczuwa podwójnie.
„Źle wychowałem, moja wina, zabrakło mnie” – myśli ojciec. Przytłacza go nie tylko presja otoczenia, nie tylko świadomość cierpienia dziecka i tego, że zmarnowało sobie życie, ale również obwinianie siebie o to, że pewnych spraw się nie zauważyło. A przecież Ikar dostał ostrzeżenie. Mimo to postawił na swoim. Zmiażdżone ojcowskie serce Dedala…
A my, Ikarowie XXI wieku, stale robimy swojemu Ojcu na złość. Zapominamy o Nim. Żyjemy bez Niego. Ale jakie to nasze życie jest? Nijakie, puste, bezcelowe. On tylko patrzy na upadki swoich dzieci i jest bezradny, bo dał im skrzydła, które mogą je prowadzić zbyt blisko słońca lub wody. Dał wolną wolę. Ale nasz Ojciec różni się od Dedala, który nie zawrócił do tonącego syna. Nasz wyciągnął dłoń. Ostatnią deskę ratunku i chwała Mu za to, że nie rzucił tego krzyża zbyt daleko. My, wpatrzeni w marzenia o żałosnej niezależności, powinniśmy odbić się od dna, wdrapać na dryfujący w pobliżu krzyż i uderzając się w pierś, w swojej małości i bezsile, powtarzać: „Jam niegodzien, Panie.”
„Wybrańcy bogów umierają młodo” – takie piękne, mądre i prawdziwe słowa – pomyśli wielu z nas. Tak? W takim razie miej odwagę powiedzieć je kobiecie, która tuli do piersi swoje nowo narodzone, ale martwe dziecko. Filozofuj tak przed rodzicami, którzy, zamiast wesela, organizują pogrzeb młodej córki. Cytuj Plauta starszemu mężczyźnie, wiedząc, że przeżył poważny wypadek samochodowy, w przeciwieństwie do swojego syna. Dla nich nie liczą się żadni bogowie. Mieli plany i wspomnienia związane z dzieckiem i nagle to zostało im odebrane. Cierpienie rodzica jest niewyobrażalne. Upadek Ikara był nożem wbitym w serce jego ojca.
Ale upaść można na wiele sposobów. Chłopczyk wypadł z okna. Przeżył, ale jest sparaliżowany – to nie tylko jego tragedia, ale i jego rodziców. Patrzeć na cierpienie fizyczne osoby, której dało się życie, to ogromny ból. Jednak na co dzień spotykamy się także z upadkami moralnymi. Jak wielki ciężar dźwiga matka alkoholika, prostytutki, hazardzisty czy skazanego odsiadującego wyrok w więzieniu? Poniżenia ze strony mieszkańców osiedla ona wytrzyma. Dużo bardziej rani ją ból jej dziecka. I nawet jeśli jest ono już do tego stopnia znieczulone, że go nie czuje, ona odczuwa podwójnie.
„Źle wychowałem, moja wina, zabrakło mnie” – myśli ojciec. Przytłacza go nie tylko presja otoczenia, nie tylko świadomość cierpienia dziecka i tego, że zmarnowało sobie życie, ale również obwinianie siebie o to, że pewnych spraw się nie zauważyło. A przecież Ikar dostał ostrzeżenie. Mimo to postawił na swoim. Zmiażdżone ojcowskie serce Dedala…
A my, Ikarowie XXI wieku, stale robimy swojemu Ojcu na złość. Zapominamy o Nim. Żyjemy bez Niego. Ale jakie to nasze życie jest? Nijakie, puste, bezcelowe. On tylko patrzy na upadki swoich dzieci i jest bezradny, bo dał im skrzydła, które mogą je prowadzić zbyt blisko słońca lub wody. Dał wolną wolę. Ale nasz Ojciec różni się od Dedala, który nie zawrócił do tonącego syna. Nasz wyciągnął dłoń. Ostatnią deskę ratunku i chwała Mu za to, że nie rzucił tego krzyża zbyt daleko. My, wpatrzeni w marzenia o żałosnej niezależności, powinniśmy odbić się od dna, wdrapać na dryfujący w pobliżu krzyż i uderzając się w pierś, w swojej małości i bezsile, powtarzać: „Jam niegodzien, Panie.”
„Nawet gdybyś żył tylko w powietrzu,
zawsze cię na koniec wpuszczą do ziemi.”
- E. Przybylska „Dzień kolibra”
zawsze cię na koniec wpuszczą do ziemi.”
- E. Przybylska „Dzień kolibra”
Każdy z nas umrze. Nasz lot kiedyś się
skończy. Być może śmierć przyjdzie znienacka – spadniemy nagle w morskie fale.
Ale może nasze umieranie okaże się być łagodnym lądowaniem; z biegiem lat
będziemy obniżać swój lot.
Nie tylko Ikar latał. Wielu ludzi
wzniosło się w górę. Po prostu nie zostali zapamiętani. Czy o naszym locie ktoś
będzie pamiętał? Nie wiemy. Jednak każdy z nas już dziś może powiedzieć:
Icarus nomen meum.
Pati
Bibliografia:
·
Białoszewski Miron, Ja stróż latarnik, [Dokument elektroniczny], tryb dostępu: http://ewiersze.net/bialoszewski-miron-ja-stroz-latarnik-nadaje-z-mrowkowca,41523/
·
Brandys Kazimierz, Jak być kochaną, Wydawn. Literackie
1994.
·
Bryll Ernest, Wciąż o Ikarach głoszą…, [Dokument
elektroniczny], tryb dostępu: http://bryll.pl/2011/04/04/wciaz-o-ikarach-glosza/.
·
Dziwisz Stanisław, Świadectwo, ISBN, Warszawa 2007.
·
Herbert Zbigniew, Dedal i Ikar, [Dokument elektroniczny],
tryb dostępu: https://www.poema.art.pl/publikacja/58657-dedal-i-ikar.
·
Iwaszkiewicz Jarosław, Ikar, [Dokument elektroniczny], tryb
dostępu: http://www.bsip.miastorybnik.pl/zsu/album/ikar.htm.
·
Kaczmarski Jacek, Lot Ikara, [Dokument elektroniczny],
tryb dostępu: http://www.groove.pl/jacek-kaczmarski/lot-ikara/piosenka/266618 .
·
Kaczmarski Jacek, Upadek Ikara, [Dokument elektroniczny],
tryb dostępu: http://www.tekstowo.pl/piosenka,jacek_kaczmarski,upadek_ikara.html.
·
Leśmian Bolesław, Odjazd, [Dokument elektroniczny], tryb
dostępu: http://wiersze.annet.pl/w,,12464.
niedziela, 4 lutego 2018
środa, 31 stycznia 2018
Bogu na chwałę, ludziom na ratunek
27
października 2017 roku. Pogoda okropna. Wciąż pada, jednak ta pogoda nie
powstrzymuje mnie przed wyjściem z domu i pokonaniem prawie dwustu
kilometrów samochodem wraz ze znajomym,
który zgodził się mi towarzyszyć. Jedziemy do Częstochowy. To właśnie dziś w
Centralnej Szkole Państwowej Straży Pożarnej odbędzie się ślubowanie 88 młodych
mężczyzn. Przyszli strażacy stoją w odświętnych mundurach. Zastanawiam się, czy ukradkiem
szukają w tłumie swoich ukochanych, bliskich. Każdy z nich zdaje sobie sprawę z
niebezpieczeństwa, któregoś dnia mogą wyjechać na akcję z zamiarem ratowania
ludzkiego życia, lecz już nie wrócić do domu. Mimo to widzę ich tutaj, słucham,
jak składają słowa przysięgi, patrzę, jak maszerują. Jestem pełna podziwu dla
nich za przetrwanie okresu unitarnego. Były to dla nich dwa trudne miesiące, podczas
których sprawdzano ich umiejętności
fizyczne, ale też odporność psychiczną.
Spali w namiotach trudnych warunkach pogodowych, pełnili warty, odbywali
meldunki. W tym czasie nie mieli dostępu do telefonów, nie mogli opuszczać
terenu szkoły. Ich jedynym kontaktem ze światem zewnętrznym były… listy. Tak!
Listy w XXI w. Z pewnością trudno było im się przyzwyczaić - na list trzeba
było czekać tydzień. Dzisiaj stoję pośród tłumu, widzę stęsknione rodziny,
matki szukające swoich synów, ojców patrzących dumnie na potomków, dziewczyny
ze łzami w oczach, które czekają na moment, w którym będą mogły wreszcie wtulić
się w ukochanych. Mimo złej pogody to
piękny dzień. Dzień, w którym zyskujemy strażaków, dzięki którym będziemy mogli
żyć spokojnie, z ufnością, że przybędą, gdy będzie potrzeba.
***
Jakiś czas później rozmawiam z Rafałem,
który jest już teraz kadetem w Centralnej Szkole Państwowej Straży Pożarnej w Częstochowie.
Przetrwał okres unitarny, złożył ślubowanie. Teraz czeka go czas nauki niezbędny do wykonywania zawodu.
-Rafał,
jakie jest pierwsze skojarzenie, jakie masz, gdy usłyszysz ,,unitarka?’’
-Przerąbane,
pierwsze co mi się nasuwa na myśl, to straszny wycisk, dużo biegania, brak
telefonu, mało snu, najgorsze dwa miesiące życia. Dołujące było to, że nie
wychodziliśmy poza teren szkoły i czuliśmy się jak w więzieniu. Jedną z
najgorszych rzeczy było właśnie to, że nie mogliśmy kontaktować się z bliskimi
inaczej niż przez listy.
-Miałeś
kryzys?
-Kryzys...
Miałem, jak większość zaraz na początku, bo trudno było przestawić się na taki
tryb życia, na robienie wszystkiego na czas, do tego życia unitarkowego.
-Jak
sobie z tym radziłeś?
-Pocieszało
mnie jedynie to, że to będzie trwało tylko dwa miesiące; to, że jak przetrwam,
będę mógł być strażakiem, robić coś wielkiego, że tak będzie wyglądała moja
przyszłość. Dobrą motywacją byli też koledzy, wszyscy się jakoś wspieraliśmy.
-Jak
reagowaliście na listy?
-Wiadomo,
to było dla nas coś nowego, radość nie do opisania. To była nasza jedyna forma
kontaktu ze światem, mogliśmy dowiedzieć, co się dzieje u bliskich. Za każdy
list robiliśmy trzysta pompek, ale to nie było ważne, radość wynagradzała wszystko.
-Ślubowanie
to z pewnością była ważna chwila w twoim życiu. Jak się wtedy czułeś?
-To
był jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Cieszyłem się, że ten trudny czas się już skończył, że
oficjalnie stałem się strażakiem, że moi
bliscy mi w tym towarzyszyli, spełniłem swoje marzenie i no zobaczyłem ciebie
(śmiech).
-
Jak to było zobaczyć bliskich po takim czasie rozłąki?
-Gdy
byłem za granicą, to nawet wtedy nie tęskniłem tak bardzo za rodziną, jak na
tej unitarce. Brak kontaktu zrobił swoje. Zobaczenie ich wszystkich było
niesamowite, strasznie mi ich brakowało, cieszyłem się, że w końcu mogę ich
uściskać.
***
Gdy słyszymy alarm z remizy strażackiej
prośmy, by strażakom udało się wrócić do domu. Bądźmy pełni szacunku dla tych
mężczyzn, którym przyświeca idea ,,Bogu na chwałę, ludziom na ratunek.’’
Madzia
piątek, 26 stycznia 2018
czwartek, 18 stycznia 2018
Poetycki debiut Karoliny
Karolina Malaga, II miejsce w kategorii "Nienazwane uczucia" w XI Powiatowym Konkursie Poetyckim
Karolina Malaga, I miejsce w kategorii "Życie to pasja" w XI Powiatowym Konkursie Poetyckim
Aż do śmierci
drżącymi
dłońmi wsunęli
na palce
złote okręgi
szepcząc
słowa przysięgi
lecz po co
rozdzielać
to życie od
następnego
skoro koniec
jednego
początek drugiego
Czas
c i ą g l e
brakuje mi
ciebie
w i e c z n
i e
mi ciebie za
mało
w c i ą ż
uciekasz ode
mnie
zaczekaj
nie znikaj
z n o w u
odszedłeś
Karolina Malaga, I miejsce w kategorii "Życie to pasja" w XI Powiatowym Konkursie Poetyckim
Wieczność
Życie to pasja
pokochałam
cię wczoraj
kocham cię
dzisiaj
pokocham cię
jutro
znam twój
smak
zapach
spojrzenie
spójrz na
dusze
splecione ze
sobą
w całość
spójrz na miłość
zaplątaną
przez wieki
śmierć jest
słaba
przeznaczenie
zwycięży
nasze drogi
w gwiazdach
od początku
zapisane
zawsze się
spotkają
kochałam cię w poprzednim życiu
w kolejnym też będę kochać
należy do nas
poniedziałek, 18 grudnia 2017
Nic jej nie zatrzyma
Kobiety coraz częściej wykazują zainteresowanie
grą w piłkę nożną. Jedną z takich osób jest siedemnastoletnia Oliwia Skowron,
która uczęszcza do naszego liceum . Mimo że odkryła swój talent
niedawno, w tym, co robi, jest naprawdę świetna i osiąga sukcesy. Ma na swoim
koncie między innymi 3 miejsce w tabeli ekstraligi, dwukrotnie pierwsze miejsce
w województwie małopolskim w sztafecie 4x100m, wygraną Ligę Orlikową Młodziczek
na Śląsku, 3 miejsce w drugiej Lidze Śląskiej oraz kilka statuetek MVP z piłki nożnej, siatkówki
i koszykówki w powiecie suskim. Miała też szansę zagrać w półfinale Pucharu
Polski w piłce nożnej - jej drużyna
zdobyła 4 miejsce.
POCZĄTKI ZE SPORTEM
Oliwia próbowała wielu dziedzin
sportu m.in. dwa lata biegała w klubie sportowym. Jednak liczne treningi i
zawody przestały sprawiać jej frajdę , czuła , że to nie to. Swoje umiejętności
w piłce nożnej pokazała pod koniec drugiego sezonu w biegach, kiedy to na Orliku
odbywały się zawody w piłkę nożną. Wtedy nauczyciel powiedział jej, aby nie
marnowała swojego talentu. „Poznałam Olę, która gra w piłkę i ona też mnie
namawiała”. Początki gry Oliwii w klubie zaczęły się na początku trzeciej klasy
gimnazjum. Dokładnie 1.07.2015, kiedy została zarejestrowana.
WSPARCIE
Oliwka ma największe wsparcie w
dziadku, który jest na każdym jej meczu. Przekonuje ją, że ma szansę osiągnąć
sukces w tym, co robi. Jej znajomi w klasie również ją w tym wspierają. Świetne
relacje ma z chłopakami, jak mówi Oliwia: „często pytają mnie, jak idą mi
mecze... To jest miłe.”
PIERWSZA BRAMKA
Oliwia bardzo dobrze pamięta to
uczucie euforii, kiedy strzeliła pierwszego gola. Na swoim koncie ma ich już
około 30 w drugiej lidze. A w ekstralidze, w której gra od zimy, zdobyła 5.
ŻYCIE NA BOISKU
Na boisku gra jako lewa bądź prawa
pomocniczka; zastępuje czasem swoje
koleżanki na treningach. Dziewczyny, mimo że grają ostro na boisku, to jednak
mają do siebie większy szacunek i mniej przeklinają niż chłopcy. Oliwka uważa,
że płeć żeńska, wcale nie gra gorzej niż mężczyźni: „Dziewczyny w kategorii do lat 17 są
mistrzyniami Europy, a chłopcy nimi nie są”.
WOLNY CZAS
Oliwka codziennie trenuje w
Wieprzu, a zimą w Żywcu lub na hali w Węgierskiej Górce. Weekendy ma zapełnione
meczami, które j odbywają się w Bielsku, ale w ekstralidze zdarzają się wyjazdy
do Szczecina. Jeśli już piłkarka znajdzie wolną chwilę, poświęca ją znajomym, rodzinie,
słucha Ellie Goulding oraz ogląda filmy. Uwielbia także jeździć na nartach: „
Narty to numer 1 zaraz po piłce nożnej”.
URODA A SPORT
Pomimo że gra w piłkę nożną, co
wydaje się męskim sportem, Oliwia jak każda dziewczyna dba o siebie, bo: 'kobieta jest kobietą i tego się nie
zmieni”. Lubi ubierać elegancie sukienki, których noszenie jest wymagane na
galach i konferencjach. Oczywiście na treningi zakłada dresy i wygodniejsze
ubrania oraz nie robi makijażu, jednak gdy ma okazję, lubi zaszaleć. Do szkoły
zawsze się maluje. Rano zabiera jej to około 30 minut. A wieczorem w wolnych
chwilach używa maseczki. Wszystko zależy od tego, jak ma wyglądać jej dzień.
SZKOŁA I SPORT- DA SIĘ TO
POGODZIĆ?
Sport jest bardzo ważną częścią
życia Oliwii a doskonalenie talentu wymaga dużo czasu, ćwiczeń i cierpliwości,
jednak wykształcenie ma dla niej duże znaczenie. Trudno to pogodzić, ponieważ
Oliwia w czasie sezonu ma w ciągu tygodnia 3 treningi a w okresie
przygotowawczym - 4. Każdy z nich trwa po 2 godziny. Dużym ułatwieniem dla
dziewczyny jest indywidualny tok nauczania, co i tak wymaga poświęceń - uczenia
się nocą lub przeznaczania weekendu na opanowanie materiału.
PLANY NA PRZYSZŁOŚĆ
Oliwia wiąże swoją przyszłość z
piłką nożną, która będzie dla niej nie tylko źródłem zarobku, ale także
spełnieniem marzeń. Grę chce kontynuować jak najdłużej, jednak w sporcie często
zdarzają się poważne kontuzje, dlatego dziewczyna mówi, że może zostanie trenerką. Myśli o wyjeździe za granicę w celu rozwijania
talentu, jednak skłonna jest zostać w ojczystym kraju, gdzie już widać efekty
jej ciężkiej pracy.
Łucja, Aleksandra,
Kornelia, Izabela, 2c
niedziela, 10 grudnia 2017
piątek, 8 grudnia 2017
wtorek, 5 grudnia 2017
niedziela, 3 grudnia 2017
I i III miejsce w konkursie "Inspiracje Conradowskie"
Mamy to!
24 listopada 2017r. Marta Szewczyk i Dominik Huber wysłuchali wykładu pt. "Conrad u progu XXI wieku" dra B. Gryszkiewicza z Uniwersytetu Pedagogicznego i odebrali nagrody za I i III miejsca w wojewódzkim konkursie "Inspiracje Conradowskie".
M.Skawińska
24 listopada 2017r. Marta Szewczyk i Dominik Huber wysłuchali wykładu pt. "Conrad u progu XXI wieku" dra B. Gryszkiewicza z Uniwersytetu Pedagogicznego i odebrali nagrody za I i III miejsca w wojewódzkim konkursie "Inspiracje Conradowskie".
Na wystawie pokonkursowej w Wojewodzkiej Bibliotece Publicznej w Krakowie można podziwiać również prace Ilony Pilarczyk, Aleksandry Szerkus i Alicji Włodarz.
niedziela, 19 listopada 2017
Zaproszenie...
Tym razem Karolina Malaga pod kierunkiem M. Skawińskiej napisała opowiadanie o tematyce wojskowej.Wkrótce je opublikujemy. Gratulujemy!
Rok Conradowski
Z niecierpliwością oczekujemy na wyniki konkursu plastycznego "Conradowskie inspiracje". Ola, Marta, Ilona, Ala i Dominik wykonali ilustracje do poniższych fragmentów dzieł Conrada. Wkrótce je zaprezentujemy.
J. Conrad, Jądro ciemności, tłum. A. Zagórska, Wydaw. GREG, Kraków 2004, s. 34
J. Conrad, Jądro ciemności, tłum. A. Zagórska, Wydaw. GREG, Kraków 2004, s. 34
„ Drzewa i
drzewa, miliony drzew masywnych, olbrzymich, strzelających w górę; a u ich stóp
pełzł przeciw prądowi tuż przy brzegu mały, umorusany sadzą parowiec, jak
ociężały chrząszcz łażący po posadzce wyniosłego portyku. Człowiek czuł się
bardzo mały i
zagubiony, a jednak to uczucie nie było właściwie przygnębiające. Wprawdzie
byliśmy mali, ale umorusany chrząszcz pełzł naprzód – czego się właśnie od
niego wymagało. (…) Droga otwierała się przed nami i zamykała za nami, jakby
las wkraczał powoli w wodę, by zagrodzić nam powrót. Przenikaliśmy wciąż
głębiej i głębiej w jądro ciemności. Bardzo tam było spokojnie. Czasami nocą
warkot bębnów za zasłoną drzew biegł w górę rzeki i trwał w słabym odgłosie do brzasku, jakby
się unosił wysoko powietrzu nad naszymi głowami. Nie wiedzieliśmy, czy oznacza
wojnę, pokój czy modlitwę. Przed samym świtem zapadała chłodna cisza; drwale
spali, ogniska ich przygasały; człowiek się zrywał na trzask gałązki.
Wędrowaliśmy po przedhistorycznej ziemi, po ziemi mającej wygląd nieznanej
planety. Mogliśmy sobie wyobrazić, że jesteśmy pierwszymi ludźmi biorącymi w
posiadanie jakiś przeklęty spadek, którym można zawładnąć tylko za cenę
dojmującej udręki i niezmiernego znoju. I nagle, kiedy okrążaliśmy z trudem
jakiś zakręt, ukazywały się ściany z sitowia, spiczaste dachy z trawy, wybuchał
wrzask, kłębił się wir czarnych członków, klaszczących rąk, tupiących nóg,
rozkołysanych ciał, oczu przewracających białkami – pod nawisłym listowiem,
ciężkim i nieruchomym. Parowiec brnął powoli po krawędzi czarnego, niepojętego
szału”.
„W oddali można było rozróżnić
ciemne ludzkie kształty, migające niewyraźnie na tle mrocznego lasu, a blisko
rzeki dwie brązowe, wojownicze postacie, wsparte na wysokich włóczniach, stały
w blasku słońca jak posągi; na głowach miały przybranie z fantastycznie
upiętych , nakrapianych skór. A z prawej strony szła wzdłuż oświetlonego brzegu
dzika i wspaniała postać
kobieca.
Stąpała miarowym krokiem, owinięta w
pasiastą szatę z frędzlami, depcząc dumnie ziemię wśród lekkiego brzęku i
migotu barbarzyńskich ozdób. Trzymała głowę wysoko; jej włosy były upite w
kształt hełmu; na nogach miała mosiężne kółka aż do kolan, bransolety z mosiężnego drutu aż po łokcie,
szkarłatną plamę na ciemnym policzku, nieprzeliczone naszyjniki ze szklanych
paciorków u szyi; dziwaczne jakieś przedmioty, amulety, dary czarowników, które
wisiały na niej, lśniły i drgały przy każdym kroku. Musiała mieć na sobie
wartość kilku kłów słoniowych. Była dzika i przepyszna, płomienno oka i
wspaniała; jej powolne posuwanie się naprzód miało w sobie coś złowieszczego. A
wśród ciszy, która spadła nagle na całą te smutną krainę, olbrzymi obszar
puszczy, cały ogrom płodnego
i tajemniczego życia zdawał
się patrzeć na nią, zadumany, jakby patrzył na wizerunek swojej własnej
mrocznej i namiętnej duszy.
Znalazłszy się naprzeciwko parowca,
kobieta zatrzymała się i zwróciła w naszą stronę. Jej długi cień sięgał wody.
Twarz o tragicznym i dzikim wyglądzie wyrażała obłędny smutek i niemy ból, a
zarazem niepokój jakiegoś nurtującego, na wpół dojrzałego postanowienia. (…)
Kobieta patrzyła na nas, jakby życie jej zależało od niezłomnej wytrwałości
tego wzroku. Wtem otworzyła nagie ramiona i poderwała je sztywno w górę, jak
owładnięta niepohamowanym pragnieniem, by dotknąć nieba – a w tejże chwili
szybkie cienie wypadły na ziemię i ogarnęły rzekę obejmując parowiec w mrocznym
uścisku. Straszliwa cisza wisiała nad krajobrazem”.
J. Conrad, Lord Jim,
przeł. A. Zagórska, Wydaw. GREG, Kraków 2009, s. 67
„Jim wstrząsnął się lekko (…). Była
jakby okropna cisza w jego twarzy, w jego ruchach, nawet w jego głosie, kiedy
powiedział: - Krzyczeli – i mimo woli nadstawiłem uszu, aby pochwycić widmo
tego krzyku, który się rozlegnie natychmiast poprzez złudne wrażenie ciszy.
- Było ośmiuset ludzi na tym statku
– powiedział, przykuwając mnie do krzesła okropnym spojrzeniem bez wyrazu. –
Ośmiuset żywych ludzi, a oni krzyczeli na tego jednego, martwego, żeby skoczył
i wyratował się. „Skacz, George! Skacz! Dalej! Skacz!” Stałem u burty z ręką na
żurawiku. Byłem bardzo spokojny. Noc stała się jak atrament. Nie było widać ani
nieba, ani morza. Słyszałem łódź obijającą się o burtę: stu, stuk; (…). Nagle
kapitan zawył: Mein Gott! Szkwał!
Szkwał! Odpychać! – Gdy deszcz zaczął szumieć i zerwał się wiatr, wrzasnęli
znowu: ‘Skacz, George! Złapiemy ciebie! Skacz!’. Okręt zaczął się powoli
zanurzać; deszcz przewalał się po nim jak wzburzone morze; czapka zleciała mi z głowy; wpierało mi oddech
do gardła. Usłyszałem – jakbym stał na szczycie wieży – jeszcze jeden dziki
wrzask: ‘Geo-o-orge! No, skacz!’. Statek zanurzał się, zanurzał, dziobem
naprzód, pode mną…
Podniósł z wolna rękę do twarzy i
zdejmował z niej coś palcami, jakby go oblazła pajęczyna, a potem patrzył na
swoją otwartą dłoń przez jakie pół sekundy, zanim mu się wyrwało:
- Skoczyłem… - zatrzymał się,
odwrócił wzrok… - Tak mi się zdaje – dodał.
Jasnoniebieskie oczy Jima spojrzały
na mnie żałośnie; stał przede mną niemy i obolały, a ja
czułem, że mnie przygniata smutne poczucie bezsilnej, zrezygnowanej mądrości
wraz z głęboką litością starca, który patrzy na dziecięcą klęskę, bezradny i ubawiony.
- Na to wygląda – mruknąłem.
- Nie byłem tego świadomy, póki nie
spojrzałem w górę – wyjaśnił Jim pośpiesznie.
(…) – Statek wydał mi się wyższy od
muru; majaczył jak skała nad łodzią… Chciałem umrzeć! – krzyknął. – Nie mogłem
już stamtąd wrócić. Było to, jakbym wskoczył w studnię – w wieczny, głęboki
dół…”
J. Conrad, Tajfun i inne opowiadania, przekł. H. Carroll - Najder, A.
Zagórska, Państwowy Instytut Wydawniczy, warszawa 1973, s. 91
„Przez postrzępioną szczelinę w
pułapie chmur migotało parę gwiazd, oświetlając czarne fale, piętrzące się i
opadające we wszystkich kierunkach. Czasami czub wodnego słupa wpadał przez
burtę i mieszał się z zamiecią piany na zalanym wodą pokładzie; „Nan-Shan”
poruszał się ociężale na spodzie kolistej cysterny z chmur. Było cos niepojęcie
złowrogiego w tym pierścieniu z gęstych
oparów wirujących wściekle wokół ośrodka ciszy w oku tajfunu, w którym znajdował
się statek, okalających go czymś w rodzaju nieruchomego, nieprzerwanego muru. W
tym oku morze, jakby poruszane wewnętrznym niepokojem, tryskało w górę czubami
kopców wodnych, które zderzały się ze sobą i ciężko biły o burty okrętu; spoza
kręgu złowieszczej ciszy dolatywał cichy, przeciągły jęk, jakby niekończąca się
skarga rozszalałych żywiołów. Kapitan MacWhirr milczał, zaś Jukes wyłowił
raptem natężonym uchem ledwo dosłyszalny, zdławiony ryk jakiejś ogromnej fali,
która gnała okryta gęstym mrokiem, zamykającym tak straszliwie jego pole
widzenia”.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























