czwartek, 22 lutego 2018

W SIDŁACH SAMOTNOŚCI




- Jakie cechy, według ciebie, najlepiej określają osobowość Jacka Kaczmarskiego?
- Tak od razu, bez zastanowienia się mogę odpowiedzieć: samotność. (…) Samotność twórcza. W gruncie rzeczy każdy twórca jest samotny. 
Z. Łapiński

Jacek Kaczmarski często ukazywał w swoich utworach wyobcowanie człowieka. Wiersze, w których poeta podejmował ten temat, są zazwyczaj przygnębiające i pesymistyczne. Bard przedstawia w nich wszechobecność samotności. Jest to samotność Boga w pustym raju, wyobcowanie jednostki w tłumie, artysty, który „także był sam”, samotność emigranta, barmanki w Folies- Bergere, kochanicy Jugola, potężnej carycy śniącej o godnym jej kochanku, Kassandry, a nawet alienacja błazna, co „Samotny będzie do starości,/ Czy z przyczyn ludzkiej nienawiści,/ Czy też szacunku, czy zazdrości”. Z bogatej twórczości Jacka Kaczmarskiego, pełnej erudycji i kontekstów kulturowych wybrałam tylko kilka tekstów.

Żaden tłum nie dotarł nigdy na mój szczyt
(...) Jestem w raju
Gdzie spokojny słyszę krwi i myśli rytm...

W wierszu „Powrót” (1980) Kaczmarski opisuje samotnego człowieka, porzuconego przez anioły między ziemią a rajem. Zapomniany, pozostawiony samemu sobie szuka utraconego raju. Chce „wrócić tam jak najprościej”. Jego sytuację można porównać do żołnierza błąkającego się po spustoszonym polu bitwy. W pierwszej zwrotce autor zawarł onomatopeje i epitety działające na zmysły odbiorcy. Dzięki nim można dokładniej wyobrazić sobie tragiczne położenie bohatera. Metafora samotności jako szczytu górskiego, a także pytania retoryczne („Dokąd teraz pójdę”, „Gdzie mój ongiś raj”) potęgują stopień wyobcowania podmiotu lirycznego. Ciekawe, że kiedy zaczyna rozumieć, że już nigdy nie wróci do swojego nieba, odkrywa, że jego szczęściem jest odosobnienie. Samotność to rajski szczyt, którego jedynym zdobywcą jest on sam. Kaczmarski podkreślił motyw przewodni utworu, wplatając do wiersza refren. Staje się on pełnoprawnym nośnikiem sensów - dzieje się tak za sprawą zmian w tekście przy zachowaniu paralelności. Dla poetyki Kaczmarskiego takie powtórzenia ze zmianą są charakterystyczne -  kolejno przywołuje ten sam element w innych wariantach, pozwala bohaterowi i nam znaleźć sens.
„Powrót” to opowieść o poszukiwaniu utraconego spokoju i równowagi. Składał się obok innych wierszy Kaczmarskiego i tekstów Z. Herberta na widowisko słowno – muzyczno - wizualne tria: Kaczmarski- Gintrowski – Łapiński. Program nosił tytuł „Raj”: wątki zaczerpnięte z Biblii poddano w nim reinterpretacji; „Powrót” wieńczył dzieło. To jeden z nielicznych utworów, do których najpierw powstała muzyka, skomponowana przez Gintrowskiego. Kaczmarski ukazał tu własną filozofię indywidualizmu, propozycję odcięcia się człowieka od zewnętrznego świata. Jego zdaniem szczęście można znaleźć we własnej duszy. Tytuł sugeruje powrót do wnętrza, jądra spokoju i człowieczeństwa. Taka interpretacja jest sprzeczna z upolitycznionym odbiorem, ale wprowadza uniwersalną perspektywę.  


(...) każdy własną windą mknie
I między swymi piętrami tkwi

 „Ballada o windzie” (1974) to pesymistyczna wizja życia ludzkiego. Osobą mówiącą w wierszu jest mężczyzna, który zostaje zatrzaśnięty w windzie. Panicznie wzywając pomocy, z każdą chwilą traci nadzieję na to, że ktoś go uwolni. Po przeczytaniu ostatniej strofy utworu okazuje się, że windą jest życie. Zadowolony, pełen optymizmu człowiek mknie przez nie, osiągając kolejne sukcesy. Nadchodzi jednak moment, kiedy znajduje się między piętrami, kiedy gasną wszystkie marzenia. Tkwi wtedy między teraźniejszością i przyszłością, szamotając się, próbując uwolnić. Ogarnia go panika, liczy, że ktoś przyjdzie z pomocą. Ostatecznie uświadamia sobie, że jest sam, bo każdy ma swoje piętra i zmaga się z własną windą. Wiersz naszpikowany jest wykrzyknieniami, które wyrażają silne emocje, dodają dramaturgii i potęgują pesymistyczny nastrój. Metafora życia-windy pozwala dokładnie zobrazować sobie, co autor miał na myśli. Pytanie retoryczne „Dlaczego ja właśnie utkwiłem?” skłania odbiorcę do refleksji nad własnym życiem. W wersji instrumentalnej „Ballady o windzie” Kaczmarski powtarza ostatnią zwrotkę, kładąc nacisk na nieodwołalną samotność bohatera wiersza. Szybkie tempo piosenki oddaje ludzki pośpiech, pęd do kariery, ale też podkreśla dramatyzm tekstu.


(...) patrzyłem na niego
W oknie uwięzionego

Noc potęguje poczucie samotności. Utwór „Ballada o samotnym oknie” (1975) opowiada o mężczyźnie, który każdego wieczora wpatruje się w budynek znajdujący się naprzeciw. Światło pali się w jednym tylko oknie. Wszyscy inni już dawno poszli spać. W odległym mieszkaniu porusza się człowiek - ospały, nieudolny i cichy. „Uwięziona” w oknie osoba przypomina podmiotowi lirycznemu jego samego. Mężczyzna ma wrażenie, że patrzy w lustro. Możliwe, że jest tak ciemno, że w szybie odbija się światło jego własnego okna i widzi rzeczywiście siebie. To jego okno świeci  samotnie pośród ciemności innych mieszkań. Być może jednak samotność osoby mówiącej jest odbiciem samotności innego człowieka, co czyni tekst bardziej dramatycznym (zwielokrotniona samotność w bloku, w środku miasta). Wiersz składa się z dwóch zwrotek i refrenu. Rytmiczność utworu wprowadza czytelnika w nastrój rozżalenia, nostalgii. Porównanie siedzenia przy oknie do teatru ma sens dosłowny (podglądanie sąsiadów w bloku), ale też nawiązuje do toposu theatrum mundi, czyni tekst bardziej zrozumiałym i pozwala łatwo wyobrazić sobie opisywaną scenę. Refren rozpoczynający „Balladę...” i powtarzający się po pierwszej zwrotce jest ważnym składnikiem konstrukcyjnym wiersza, uwypukla jego treść.


Nikt towarzyszem nie jest mu,
Choćby tysiące przy nim stało.

„Ballada o umieraniu” (1975) jest kolejnym utworem, w którym Jacek Kaczmarski podejmuje temat samotności. Pierwsza strofa stanowi stwierdzenie, że człowiek umiera samotnie, nawet jeśli wokół są inni ludzie. Mimo obecności przyjaciół, pozostaje sam, gdyż nikt nie przekroczy progu śmierci i nie uda się wraz z nim w dalszą podróż. W kolejnych zwrotkach Kaczmarski podaje przykłady potwierdzające ten argument. Przywołuje historię Aleksandra Wielkiego, który, chociaż miał ogromne imperium, zmarł w wieku trzydziestu trzech lat, wiedząc, „że nikt mu nie pomoże”. Podobnie spartański władca Leonidas, który poległ w bitwie pod Termopilami: padł na polu chwały samotnie, choć wraz z nim zginęło trzystu wojowników. W ostatniej strofie wiersza autor stawia obok siebie geniusza i łotra, oznajmiając, że umiera się zawsze samotnie, bez względu na to, kim się jest. Ponadto, okazuje się, że samotność towarzyszy człowiekowi nawet po śmierci. Ludzie są wpuszczani do nieba pojedynczo, a potem „snują się samotni”, rozpamiętując swoje życie. Przygnębiający, melancholijny nastrój utworu podkreślony jest przez jednakową ilość wersów w zwrotkach oraz regularnie powtarzającą się sekwencję sylab: 8-9-8-9.
Początek wiersza wydaje się aluzją do słów J. Conrada: „Żyjemy tak jak śnimy – samotnie”. Sen jest tu bratem śmierci, jak u Kochanowskiego. Z kolei koncepcja samotnego życia po śmierci przywołuje na myśl cytat z wiersza Z. Herberta (który wszedł zresztą później w skład programu „Raj”) pt. „U wrót doliny”: „jak się okazuje/ Będziemy zbawieni pojedynczo”.

Powyższe przykłady świadczą o tym, że Kaczmarski nadawał tytułom dodatkowe funkcje artystyczne. „Powrót” jest typowy dla praktyki piosenkarskiej – krótki tytuł pełni funkcję identyfikacyjną, jest prosty, czytelny, ułatwia utrwalenie się piosenki w świadomości zbiorowej. Ale Kaczmarski w tym zakresie wykazał się też inwencją – tytułował swoje utwory nazwami gatunkowymi ( jak tu: ballada o…), co decyduje m. in. o przynależności jego twórczości do kręgu kultury wysokiej, o jej intertekstualności. Są to albo realizacje gatunkowe wskazanego wzorca, albo celowe kontrastowanie modelu gatunkowego z piosenkową realizacją.


I nie powiedzą o nas- idą!
I nie powiedzą o nas- oni!

Wiersz „Pokolenie” (1977) stanowi krótki, pesymistyczny opis jednostkowego życia. Każdy wybiera swoją własną drogę i nikt nie użyje liczby mnogiej: „oni idą”, bo człowiek wędruje w samotności. Nawet należący do jednego pokolenia, których powinny łączyć wspólne doświadczenia, ideały, pasje (tekst dedykowany jest Piosenkariatowi, dzięki któremu poznał np. Kaczmarski Gintrowskiego).  Każdy ma swój własny ból, więc cierpi, izolując się od ludzi. Powraca tu motyw świata – teatru: każdy tworzy swój własny jednoosobowy teatr, toteż „nie będziemy rozdzielać ról”. Ale jedna osoba nie zagra całego przedstawienia. Sama może jedynie wygłosić monolog. Każdy odniesie swoje własne zwycięstwo (?) u schyłku życia. I każdy coś po sobie pozostawi: płacz, śmiech, świętość, lecz najczęściej obojętność, co autor zaznacza  za pomocą anafory i wyodrębnienia graficznego tekstu. W wywiadzie dla „Elle” w 1997 roku  (a więc w 20 lat po napisaniu tego wiersza) J. Kaczmarski powiedział:  „Moje pokolenie nie ma dziś dla mnie również wystarczającego wyrazu. Ów brak więzi ze wspólnotą może się brać stąd, że ja byłem wychowany na artystę – mnicha, na samotnika, człowieka głęboko nieufającego tłumowi i wszystkiemu, co jest zjawiskiem masowym (…) byłem pewny  wyższości myślenia indywidualnego nad zbiorowym”. Ta nieufność wobec grupy wynika wg niego ze znajomości mechanizmów totalitarnych.  Kaczmarski używa w wierszu liczby mnogiej, aby utożsamić się z odbiorcami, a także podkreślić, że samotność towarzyszy każdemu z nas bez wyjątku,  jest doświadczeniem egzystencjalnym. Dziś ten wiersz nabiera wyjątkowo pesymistycznego znaczenia: moje pokolenie wybiera wirtualny świat i jest od siebie coraz dalej.

Mam ja własne mroki
I własną samotność nie cierpiącą zwłoki
- pisał Jacek Kaczmarski w 2001 roku w „Przypowieści na własne czterdzieste czwarte urodziny”. Swoimi dziełami dowiódł, że samotność może towarzyszyć ludziom całe życie. Zablokowana winda, a w niej odizolowany od świata człowiek bez szans na uwolnienie. Człowiek wybierający własną drogę życiową i przeżywający własne cierpienie w odosobnieniu. Człowiek uwięziony w jedynym oświetlonym oknie, oknie wyobcowania. Człowiek umierający w tłumie, a jednak osamotniony. Samotność więzi ludzi i nie daje się im wyrwać ze swych sideł. Jednak czasami może okazać się poszukiwanym całe życie, utraconym niegdyś rajem; jak w „Powrocie” staje się własnym, wyjątkowym szczytem niedostępnym dla nikogo innego.


Ola






Bibliografia:

Gajda K., Jacek Kaczmarski. To moja droga, Wrocław 2014.
Gajda K.,  Jacek Kaczmarski w świecie tekstów, Poznań 2013.
Jacek Kaczmarski. Między nami. Wiersze zebrane pod red. M. Nalewskiego, Warszawa 2017.
Walentynowicz K., Mimochodem, Rozmowy o Jacku Kaczmarskim, Warszawa 2014.
                                                                                                  



















Finalistka Ogólnopolskiego Konkursu Retorycznego pod patronatem MEN

Niedawno dzieliliśmy się radosną informacją o sukcesach naszych uczniów w półfinale OKK. Dziś już wiemy, że do grona utalentowanych retorów należy również Anna Kulak z klasy 1c. Ania przygotowała filmik z krótkim przemówieniem na temat: „Gdzie ci mężczyźni?” – i zyskała uznanie jury Ogólnopolskiego Konkursu Retorycznego. Znalazła się wśród 10 uczniów z całej Polski, zaproszonych w kwietniu do Warszawy. Odbędą się wtedy warsztaty dla finalistów konkursu i ich opiekunów. W ich trakcie uczestnicy będą doskonalić swoje umiejętności i poszerzą wiedzę z zakresu retoryki, komunikacji i wystąpień publicznych. Zajęcia poprowadzą najlepsi specjaliści w dziedzinie wystąpień publicznych, retoryki, przemawiania i kultury mowy. Uroczysty finał Konkursu Retorycznego zaplanowano na 15 kwietnia 2018. Gratulujemy tego niezwykłego sukcesu!

niedziela, 18 lutego 2018

Dzień Kota

Niektórzy w Tajlandii :)

Wszystkie książki prowadzą do Krakowa




28 października br. Zwykły dzień. Niezapowiadający się nawet w połowie tak dobrze, jak będzie. Za oknem deszcz. Pogoda nie zachęca to wstania z łóżka i wyjścia z domu. Najchętniej usiadłabym w fotelu, otuliła się kocem, zaparzyła herbatę i przeczytała dobrą książkę. Mimo to jednak wychodzę z domu i idę na przystanek. Dlaczego? Ponieważ czasem trzeba wyjść z domu. Ponieważ dzisiaj odbywają się Targi Książki w Krakowie.

Staję na przystanku. 60 km od Krakowa na przystanku nie ma tłumów. Na busa czeka tylko jedna osoba. Moja koleżanka, która tak samo jak ja, a może nawet bardziej, kocha książki. Czekamy więc razem. Wsiadamy do busa. Jedziemy ponad godzinę. Wysiadamy. Biegniemy na tramwaj. Wsiadamy. Ledwo się mieścimy. W tramwaju tłum. Wszyscy zmierzają do Expo – Międzynarodowego Centrum Targowo-Kongresowego, gdzie odbywają się Targi. Dziwne. Nie spodziewałyśmy się takie tłumu. Przecież tyle się mówi, że Polacy nie czytają. To, co widzimy po dotarciu na miejsce, temu zaprzecza. W okolicach Expo miasto sparaliżowane. Korki. Policja kieruje ruchem. Przy wejściu olbrzymia kolejka.

Po niespełna 30 minutach kupujemy wejściówki i możemy już oficjalnie powiedzieć, że jesteśmy na Targach Książki w Krakowie. Chodzimy między stoiskami, a właściwie przeciskamy się, bo ludzi jest tak wielu, że nawet nie można rozpychać się łokciami. Oglądamy książki, czytamy opisy, wreszcie kupujemy kilka publikacji. Nie za wiele, bo taszczenie ich w tym tłumie nie zachęca. Większości ludzi jednak nie przeszkadza robienie większych zakupów. Niektórzy przyszli na Targi nawet z walizkami. Trochę nas to zaskakuje, ale jak najbardziej pozytywnie.

Spotykamy wiele osób promujących książki. Niektóre z nich znamy z telewizji czy internetu. Inne widzimy pierwszy raz w życiu, jednak, jak się okazuje, mają sporą rzeszę fanów. Powieściopisarze, poeci, podróżnicy, aktorzy. Wszystkich ich łączą  -książki. W innym miejscu nie spotkałybyśmy ich razem. Jednak tutaj jest to możliwe… Dlatego właśnie Targi Książki w Krakowie są wyjątkowe. Łączą pokolenia, ludzi o innych poglądach politycznych czy wyznaniowych, dzieci i rodziców, całe rodziny.

Na zegarze godzina 14. Stajemy w długiej kolejce. Na jej końcu, a raczej początku - Remigiusz Mróz, jeden z najpopularniejszych polskich autorów ostatnich lat. Kryminały, thrillery prawnicze, powieści historyczne to jego specjalność. Do tego jest przesympatycznym człowiekiem, nie tworzy sztucznego dystansu, wydaje się normalny i jest całkiem, całkiem przystojny… To decyduje o tym, że w kolejce więcej jest przedstawicielek płci pięknej i to bez podziału na grupy wiekowe. Spotykamy ludzi z całej Polski. Przejechali pół kraju. Chciało im się wyjść z domu, a przecież są to ludzie, których byśmy o to nie podejrzewali. Typowi introwertycy. Mole książkowe. Młodzi i ci nieco starsi. Czekamy więc cierpliwie. Gdzieś tam słychać szepty, że taką kolejkę widziano ostatnio w czasach PRL-u, kiedy wszystko było jeszcze na kartki.

Czekanie się opłaciło. W końcu poznajemy Jego. Siadamy z nim przy jednym stole. Chwilę rozmawiamy. To niezwykłe, że Remigiusz Mróz z każdym, kto stał w kolejce 3 godziny albo może i dłużej, zamienia te kilka słów. Gdy mówimy, jak bardzo lubimy jego książki, jaką przyjemnością było ich czytanie, wydaje się zakłopotany. To dziwne, biorąc pod uwagę, jaką popularność zyskał w ostatnich latach. Dostajemy upragnione autografy i zdjęcia. Podekscytowane odchodzimy od stoiska.

Po długim męczącym dniu wychodzimy z hali targów. Wreszcie możemy odetchnąć niezbyt świeżym krakowskim powietrzem. Czekamy na przystanku. Zaczyna padać. Niebo płacze, ale emocje buzujące w nas, są zgoła inne. Chociaż jesteśmy wyczerpane, szczęście wygrywa. Cieszymy się, że przyjechałyśmy tu dzisiaj, że wyszłyśmy z domu. Tramwaj przyjeżdża. Wsiadamy. Jedziemy. Przesiadamy się do busa. Wracamy do domu. Inne.

  Amelka


Zima, gdy przyjdzie...



Życie artystek w PRL



Polecam!

sobota, 17 lutego 2018

Głos pokolenia, które nie ma nic do powiedzenia?



      Dwudziesty piąty listopada. Dzień wyjątkowo słoneczny i ciepły jak na jesienną porę. Słońce rozświetlało krakowskie uliczki, ale wiedziałam, że najlepsze dopiero przede mną. Stałam właśnie przed klubem Studio w oczekiwaniu na koncert jednego z moich ulubionych wykonawców Taco Hemingwaya. Po chwili byłam już przed sceną, czekając aż pojawi się warszawski piosenkarz. Nie był to pierwszy koncert Taco, w którym miałam przyjemność uczestniczyć, lecz cieszyłam sie jak dziecko na samą myśl, że znowu zobaczę, a co najważniejsze, usłyszę swojego idola.
         Kiedy zgromadzeni zaczęli się lekko niecierpliwić bez żadnej zapowiedzi z głośników rozbrzmiał znajomy głos i na scenie pojawił się Taco. „Kiedy wieczór zmienia się w świt, coś dobija się do mych drzwi…” tymi słowami Filip Szcześniak przerwał narastającą frustrację fanów i rozpoczął koncert, w końcu mogłyśmy oddać się rozkoszy, jaką było słuchanie na żywo jednego z naszych ulubionych wokalistów.


       Bardzo podobała mi się interakcja artysty z publicznością. Taco nie jest wokalistą, który przyjeżdża, zaśpiewa kilka piosenek, bierze pieniądze za występ i jedzie do kolejnego miasta, aby tam zrobić to samo. Podczas występu i po nim nawiązuje kontakt z fanami. W trakcie śpiewania współgra z widownią, macha do niej. Między piosenkami opowiada o doświadczeniach związanych z ich powstaniem lub o swoich przemyśleniach. Pokazuje to nie tylko zaufanie wokalisty do publiczności, integrację z nią, ale także szacunek. Jako fankę Fifiego bardzo cieszy mnie fakt, że w połowie utworu przerywa on śpiew i pozwala widowni dokończyć dany fragment. Tak było również tym razem. Taco pozwolił publiczności zaśpiewać każdy refren „Tlenu”. W pewnym momencie postanowił sobie zażartować z nas i oznajmił, że to już koniec koncertu, po czym zszedł ze sceny. Na sali było słychać wyłącznie rozgniewaną publiczność, proszącą o bis. Po niespełna dwóch minutach na scenę z uśmiechem  wskoczył Taco i powiedział, że żartował, a w klubie ponownie zapanowała radosna atmosfera.
       Imponujący jest również fakt, że pomimo rosnącej popularności Filipowi nie uderzyła woda sodowa do głowy, a na występach daje z siebie 100%. Nadal pozostaje skromnym artystą, dla którego najważniejsze jest zadowolenie słuchaczy. W jednej z jego starych piosenek możemy usłyszeć takie słowa:  „korzystając z tej okazji  podziękuję  fanom. To dla was siedzę nocą i modyfikuje kanon” Świadczą one o trosce i dbałości o to, aby jego utwory nie wiały nudą, lecz zaskakiwały odbiorcę. Po każdym utworze wokalista zachęcał zgromadzonych do głośnych oklasków dla Marcina Rumaka, który tworzy podkład muzyczny.



       Fifi w swoich utworach ukazuje polskie społeczeństwo, jego hipokryzję i ciągłe dążenie do modnych wzorców zachodnich. Sam o sobie śpiewa ,,Jestem głosem pokolenia, które nie ma nic do powiedzenia. Mimo to relacjonuję wszystkie posiedzenia: każde wyjście, kino, szybkie piwo, jeszcze szybszą miłość." Już po koncercie, stojąc w kolejce do szatni, aby odebrać swój płaszcz,  podsłuchałam rozmowę dwóch dziewczyn. Jedna z nich stwierdziła, że „ Taco to jeden z nielicznych artystów, który potrafi trafnie ocenić polskie społeczeństwo”. W  pełni się z nią zgadzam. Uważam jednak, że najważniejszy jest sposób przekazu. Mówi on o wszystkim z niezwykłą swobodą i lekkością.
       Przyznam, że byłam w szoku, że po tak wykańczającym występie Fifi znalazł jeszcze czas i chęci na rozmowę ze swoimi fanami. Pomimo wielkiego ścisku mogłyśmy porozmawiać z wokalistą i jego partnerem Marcinem. Mimo zmęczenia Taco był bardzo zadowolony i wdzięczny za to, że mógł zagrać dla nas. Na koniec występu, ku zaskoczeniu wszystkich uniósł kieliszek z winem i napił się za nasze zdrowie.      


      Nie ulega wątpliwości, że koncert był wielkim sukcesem. Jestem pewna, że zapamiętam go na bardzo długo, ale cytując Taco ,,było, minęło, nie przewija się do tyłu video."


Ania i Kinga

czwartek, 15 lutego 2018

Ego Icare




Ego Icare

„Był taki młody nie rozumiał że skrzydła są tylko przenośnią (…)”
 – Z. Herbert „Dedal i Ikar”

          Przypomniała mi się pewna scena. Była to lekcja  na basenie. Jedna z dziewcząt zawzięcie tłumaczyła nauczycielowi: „Ryby mają skrzela i płetwy, więc pływają. Ptaki mają skrzydła po to, żeby latać. A ludzie są stworzeni do chodzenia i niczego więcej.” BŁĄD! To właśnie ludzie latają! Nieudolne istoty ludzkie zapragnęły wznosić się coraz wyżej i wyżej. Świat jest pełny skrzydeł. Każdego dnia mijamy dziesiątki, setki Ikarów. Może jeden na dwudziestu okaże się być rozsądnym Dedalem. Ale przecież Dedal też latał. Lotem można nazwać całokształt życia człowieka. Nie bez powodu używa się określenia: „Upadłeś na samo dno, już niżej się nie dało!” Człowiek stworzony jest do lotu! Dlatego tak bardzo boi się niskości.

„Istota rzeczy jest w tym aby nasze serca
które toczy ciężka krew
napełniły się powietrzem
i tego właśnie Ikar nie chciał przyjąć


módlmy się”
 – Z. Herbert „Dedal i Ikar”

           Jan Paweł II jako rozsądny Dedal… Czy nie brzmi to kontrowersyjnie? Z jakim więc odbiorem spotkałoby się określenie: „Jan Paweł II – Ikar, który nie upadł”?  Karol Wojtyła marzył  o wolnej Polsce. W czasach II wojny światowej, a potem komunizmu takie marzenia wydawały się nie do spełnienia. Nasz kraj był przepełniony bólem, cierpieniem, łzami. Jan Paweł II już przed rozpoczęciem swojego pontyfikatu postanowił na miarę swoich możliwości to zmienić. Jego odwaga i upór zadziwiły wszystkich w Stolicy Piotrowej. Jak jeden młody polski duchowny może przeciwstawić się tylu komunistom? Uważał on jednak, że Kościół ma obowiązek sprzeciwić się porządkowi świata, w którym siłą i milczeniem próbowano zaprzeczyć prawdzie Bożej, prawdzie  o Bogu.
     Karol Wojtyła mówił w swoich homiliach o tym, jak Polacy są traktowani przez komunistów: o uczniu, którego wydalono ze szkoły za noszenie krzyża na szyi; o groźbach skierowanych do kobiety, która pozwoliła, aby w jednym z pomieszczeń jej mieszkania nauczano religii; o mężczyźnie, który nie dostał pracy, bo przyznał się do wiary katolickiej.  W książce pt. „Świadectwo”  kardynał Dziwisz przytacza słowa, które wypowiedział Wojtyła jeszcze jako biskup: „Jak mógłbym milczeć? (…) Jak mógłbym nie interweniować? (…)  mam obowiązek być pierwszym, który służy tej sprawie. Wielkiej sprawie człowieka.”
     Powoli unosił się w górę, działał, nie poddawał się. I… udało mu się! Na świecie stopniowo zaczął szerzyć się pokój. Działania Jana Pawła II można nazwać lotem,  a jego zaś Ikarem. Ale Ikarem, który nie upadł. Ikarem – bo marzył i miał odwagę. Tym, który nie upadł – bo jego działania zostały spełnione, a on sam nie poniósł klęski i został okrzyknięty Wielkim.

„Płyną zburzone kościoły,
Ogrody zmienione w cmentarze (…)
I płynie miasto na skrzydłach sławy
I spada kamieniem na serce. Do dna.
Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy.
Niech trwa!”
- A. Słonimski „Alarm”

       Podczas wojny w getcie warszawskim i w Auschwitz, i w Birkenau… również mieszkali Ikarowie. Ale oni byli tacy inni. Byli bez skrzydeł. Gdyby je przecież mieli, nie spaliby na przepełnionych pryczach w zimnych barakach. Gdyby tylko mogli, odlecieliby, z pewnością.
Poddawali się swoim oprawcom, znosili zadawane ciosy… Pozwolili na odbieranie sobie wszystkiego, co mieli. Zostali z niczym, jak Ikar, któremu zabrano skrzydła. Tylko w tym przypadku, mówiąc „skrzydła”, mam na myśli normalne życie. 
      „Na ściany, podłogi, cegły padła krew i opowiada o ludziach, którzy tu ginęli. Zostali tam, gdzie polała się ich krew. To nic, że ściany zabielono wapnem. Te ściany są nadal czerwone.”  napisała Seweryna  Szmaglewska w swojej książce pt. „Dymy nad Birkenau”. Kiedy zwiedzamy muzeum w Auschwitz, widzimy na ścianach mnóstwo zdjęć, gabloty z włosami, butami, dziecięcymi ubrankami… Przecież to wszystko należało do ludzi! A ludzie ci wiedli zwyczajny żywot. Mężowie pracowali, żony gotowały, dzieci uczyły się. A potem obcięto im skrzydła…

„Nie czuć na sobie niczyjego wzroku – to jest najgorsze.”
- K. Brandys „Jak być kochaną”

       „Jak być kochaną”…  Już sam tytuł sugeruje, że utwór Kazimierza Brandysa jest o miłości. Czyż miłość nie  uskrzydla? Czy zakochanych nie możemy nazwać Ikarami? Marzą o drugiej osobie, niejednokrotnie popełniają wiele błędów. I toną w morzu łez, gdy coś pójdzie nie tak – zupełnie jak nasz Ikar, który też przecież utonął.
        Główna bohaterka opowiadania K. Brandysa była zakochana w Rawiczu. Gotowa była ryzykować dla niego życiem podczas wojny. Ukrywała go w swoim mieszkaniu przed Niemcami. Gdy ci, szukając Rawicza, wtargnęli do jej domu i nie znaleźli go, dokonali zbiorowego gwałtu na kobiecie. Wyrządzili jej tym niewątpliwie okropną krzywdę. Co zrobiła Felicja? Zamknęła się w sobie? Odsunęła od ukochanego, zostawiając na pastwę okupanta? A może była tak załamana, że popełniła samobójstwo? Nic z tych rzeczy. Dla lepszej ochrony Rawicza zdecydowała się na współpracę  z wrogiem – zgłosiła się do niemieckiego teatru. Po zakończeniu wojny Rawicz opuścił kryjówkę. Nie okazał żadnej wdzięczności!
           Po kilku latach spotkali się ponownie. Ona przez cały czas go kochała, pomimo faktu, że obok miała mężczyznę, który kochał ją. Znalazła Rawicza w knajpie – zaniedbanego i pijanego. Chciała mu pomóc, zapewnić dom i wyleczyć z nałogów. W zamian pragnęła tylko jego miłości.
Jednak ten żałosny egoista nie rozumiał, ile dla niego poświęciła. Na jej oczach rzucił się z i zginął na miejscu.  Felicja została sama z całym swoim cierpieniem.
              Może to jego powinniśmy nazwać Ikarem? Leciał, upadł, zginął… Nie. W mojej opinii żaden z niego pełen marzeń, „uskrzydlony” Ikar. Może najwyżej „zapatrzony w siebie Ikar egoista”.
Prawdziwych skrzydeł dostała Felicja. Nieustannie marzyła o jego miłości. Przefrunęłaby dla niego nad niejednym oceanem. Była zdolna do największych poświęceń. To piękne!    Nie czuła jednak na sobie jego wzroku. Na Ikara miliony oczu zwróciły się… ale już po fakcie. Upadał sam. Ona upadała, kochając. Również sama.


„Z migotliwą tańczy falą
Białe piórko z kroplą wosku.”
- J. Kaczmarski „Upadek Ikara”

           Kobieta – Ikar, tytułowa bohaterka wiersza Marii Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej, jest nieszczęśliwie  zakochana. Taka miłość  to wzlot, często długi. Mówi się, że właśnie nieodwzajemniona miłość jest silniejsza, bo trzeba kochać za dwoje.
          Powszechnie uważa się, że kobiety są bardziej stałe w uczuciach, niż mężczyźni. Stąd ta lekkość Kobiety – Ikara – do tego stopnia została uskrzydlona, że leci dłużej. „Chwytającym ją pod ramię wiatrem” może być ten mężczyzna, którego kocha. Może poświęca jej swoją uwagę, sprawiając, że ta czuje się dla niego ważna. To wznosi ją jeszcze wyżej. Jednak nie ma ona nadziei. Wie, że z jego strony to tylko życzliwość,  a nie miłość. Udaje szczęśliwą, nakłada na twarz sztuczny uśmiech i staje się duszą towarzystwa. Kiedy zostaje sama, uświadamia sobie, że bez tego mężczyzny nie jest w stanie nic zrobić. I „spada tak ciężko jak kamień”.
         Kamienie są przyrodą nieożywioną. Co za tym idzie – nie mają uczuć. Być może Kobieta – Ikar była tak bardzo przygnieciona nieodwzajemnioną miłością i koniecznością udawania, że sama stała się nieczuła i ciężka?
Nasz Ikar czuł. A co, jeżeli kochał słońce i pragnął się wznieść, by być bliżej niego? Może zginął  z powodu miłości, a nie marzeń? Jeśli tak, to nie pozostało z tego nic, prócz unoszącego się na powierzchni wody białego piórka i kropli wosku… Bardzo chciałabym nie mieć racji. Mam nadzieję, że się mylę…

„Jaskółko (…)
kotwico powietrza,
ulepszony Ikarze (…),
wskazówko bez minut (…)
zmiłuj się nad nimi.”
- W. Szymborska „Upamiętnienie”


            Maria Pawlikowska – Jasnorzewska w wierszu „Samobójca” pisze o śmierci dobrego człowieka. Uważam, że źli ludzie się nie zabijają. Im nawet źle  nie jest. Potrafią być złośliwi, dążyć po trupach do celu. Złośliwcy nie odebraliby sobie życia. Byliby w stanie żyć choćby na przekór innym. Gdyby jednak postanowili się zabić, oznaczałoby to, że obudziło się w nich dobro.
            Człowiek w utworze Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej „miał ciężkie serce”. Widzę dwie możliwe interpretacje tego stwierdzenia. Albo miał on poważnie obciążone sumienie, albo jego serce było dobre i duże – dlatego ciężkie. Skłaniałabym się ku tej drugiej opcji, ponieważ dalej czytamy, że          „z głębi wody ukłonił się światu”. Osoba, która popełniła złe czyny, nie będzie w stanie odejść z taką godnością.  Następny wers mówi, że samobójca „spoczął wśród kwiatów”. To potwierdza moje spekulacje – ten człowiek był dobry. Być może przerosło go okrucieństwo tego świata. Był ziarnkiem piasku na pustyni i nie mógł zmienić otoczenia. Nie chciał go więc oglądać. Miał serce dobre, ale słabe – poszedł z nim na dno.
              Człowiek będący na dnie to nie tylko człowiek  z marginesu społeczeństwa. Alkoholik, narkoman, prostytutka….
A ja powiem, że samobójcy  też sięgają dna. I nie mam tu na myśli dość popularnej opinii: „Ten tchórz, egoista nie myślał o bliskich. Zostawił ich, zabijając się.” Twierdzę raczej, że trzeba być na dnie studni bólu i cierpienia, żeby targnąć się na własne  życie. Nie uważam, że to głupota. Który człowiek chciałby żyć na dnie pustej studni? Taką studnią często jest depresja, a wpadają w nią osoby wrażliwe, nierzadko o wielkich i skorych do pomocy sercach.
                A co Ikarowi do tego? Nie sugeruję, nie narzucam żadnej odpowiedzi. Był chłopcem – zło nie zdążyło jeszcze skalać jego serca. On wzniósł się za marzeniami – tego się trzymajmy. Przecież nie powiem: „A może Ikar był samobójcą?”…

„Ja jeden zauważyłem, że Ikar utonął.”
- J. Iwaszkiewicz „Ikar”

          Często słyszymy o uczniach gimnazjów czy szkół średnich, którzy wpadli w nałogi lub nawet popełnili samobójstwo. Tylko dlaczego takie sprawy wychodzą na jaw, gdy jest już za późno?  W dzisiejszym świecie zapracowani rodzice nie zwracają uwagi na swoje dzieci, a mający przed oczami tylko wyniki matur nauczyciele i pedagodzy nie dostrzegają problemów młodzieży. Obecnie popularny wśród młodzieży stał się serial „13 powodów”. Głównym wątkiem jest samobójstwo pewnej licealistki. Serial sam w sobie nie jest niczym złym. Problem może pojawić się w tym, jak zostanie odebrany. Wielu młodych ludzi staje przed różnymi wyzwaniami. Nawet jeśli są wyjątkowo upartymi Ikarami – mają marzenia i wbrew wszystkiemu za nimi podążają – mogą pojawić się u nich wątpliwości. Psychika młodego człowieka jest podatna  na wpływy środowiska zewnętrznego. Taka osoba może źle odebrać przesłanie serialu i z samobójstwa uczynić jedyne i najlepsze rozwiązanie swojego problemu.
Fakt, że ktoś będący u progu dorosłości, się zabił, będzie szokujący. Jednak uważam, że dużo gorszym będzie fakt, że zupełnie nikt nie zauważył jego trudności i mu nie pomógł.
        Upadek Ikara stał się słynny. Ale okoliczności jego upadania pozostają niezauważone, pominięte. Czy wzywał pomocy? Czy krzyczał? A może spadał po cichu? Nie wiadomo. To przeraża.

„Jesteśmy samotni i razem, wspólnie, nie tyle w przestrzeni, ile w czasie. Samotność nasza to poczucie, że świat przeżywa coś, w czym nie będziemy chcieli ani mogli uczestniczyć.”
 – Kazimierz Brandys

         Ikar upadł, Dedal zaś doleciał do celu. Doskonale o tym wiemy, jednak przypomina o tym Ernest Bryll w swoim wierszu pt. „Wciąż o Ikarach głoszą”. Po co? Co autor miał na myśli?
        
Na początku został przedstawiony problem niesprawiedliwości. Do celu dotarł tylko Dedal, a nie jest on opiewany czy wymieniany w tylu dziełach, co jego syn.
          Ikar podjął ryzyko. Zapłacił za to najwyższą cenę, jednak właśnie za to jest podziwiany.  Dziś nazwalibyśmy to wyłamaniem się czy wyjściem poza schemat. Dlaczego krytykujemy osoby mające odwagę ryzykować? Może właśnie dlatego, że tę odwagę mają? Ludzie zaś, którzy po cichu dochodzą do swego, są niezauważani, pomijani. „Dedale”… A może bardziej postrzegani są jako„Detale”?
          W dalszej części wiersza autor nawiązuje do obrazu Pietera Breughla. Twierdzi, że malarz osiwiał, próbując zrozumieć ludzi. „Oczy im odwracał od podniebnych dramatów.” Z jakiego powodu? Bryll wyraźnie zasugerował odpowiedź na to pytanie poprzez użycie potocznych wyrazów („gapić”, „ucapić”). Dla ludzi przedstawionych na obrazie liczyła się codzienność i przyziemność –  praca czy odpoczynek w letni dzień. Na Ikara nikt nie popatrzył, nie mówiąc już o próbie pomocy.
Dramatyczności całej sytuacji dodaje ostatni wers, który zawiera pytanie: „A Dedal, by ratować Ikara, powrócił?” Nie.
             Mamy do czynienia z prawdziwą tragedią. Upadek jednostki nie znaczy dla ogółu nic! Żyjemy w tłumie, ale tak naprawdę jesteśmy archipelagiem samotnych wysepek. Może sami nie chcemy brać udziału w upadkach otaczających nas Ikarów. Bo praca, szkoła, obowiązki, przyjemności…
„Ratować jakiegoś Ikara? Przecież to zmieniłoby cały schemat. Komu to potrzebne? Doceniać bezideowe kukły systemu i marionetki uszyte z ludzkich upodobań – to jest coś. Tylko taka jest droga do celu” mówi ktoś …

„A gdy serce twe przytłoczy myśl, że żyć nie warto,
 z łez ocieraj cudze oczy, choć twoich nie otarto.”
- M. Konopnicka
          Jacek Kaczmarski w utworze pt. „Lot Ikara” pokazuje nam mitologicznego bohatera z zupełnie innej perspektywy. Mamy do czynienia nie z głupim marzycielem, lecz z osobą dążącą do swojego celu, pomimo negatywnych komentarzy ze strony innych ludzi.
             My – młodzi ludzie będący u progu dorosłości, możemy utożsamić się z podmiotem lirycznym. „Lot na własny rachunek” to inaczej życie na własny koszt i odpowiedzialność. Chcemy wznosić się     w górę – na uczelniach, w pracy. Spotykamy się z negatywnymi opiniami, zupełnie jak Ikar Kaczmarskiego. Im wyżej się znajdujemy, tym mniejsze wydają się być takie miejsca, jak na przykład wioska rodzinna. Ludzie, krytykujący Ikara, spadają – jest to złudzenie, gdyż tak naprawdę to podmiot liryczny znajduje się wyżej. Możemy dostrzec u niego przeświadczenie o samowystarczalności. „Ja sam jestem drogą za kres!” mówi o sobie. Kaczmarski nawiązuje do słów Jezusa: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem”…
                 Aż wreszcie - moment upadku. Ikar zostaje strącony przez kogoś wyższego rangą, przez kogo nie został nawet zauważony. Ma nadzieję, że jego porażka będzie spełnieniem czyjegoś marzenia. Czyż nie tak właśnie jest w dużych firmach? Role się odwracają – wszystko podąża ku górze, a gorące ciało Ikara spada. Bohater nie jest załamany. To wprawdzie jego ostatni lot, ale jednak własny. Nie jest ciągnięty na siłę wzwyż  ani popychany. Zachowuje godność i ustępuje miejsca. Wydaje się być zadowolony z faktu, iż jego przygoda mogła być odbierana przez kogoś pozytywnie. Być może otarł łzy z cudzych oczu, choć jego własnych nawet nie dostrzeżono…


 „ (…) Nie zabłądźcie.
     Bądźcie.
Mijajcie, mijajmy się,
      ale nie omińmy.
      Mińmy.
      My.
Wy, co latacie
i jesteście popychani.”
- M. Białoszewski „Ja stróż latarnik”

         Ludzie walczą o przetrwanie w betonowych puszczach ogromnych korporacji. Chcą być coraz wyżej w hierarchii, chcą coraz wyższych zarobków. Powoli zapominają, czym jest sen,  a o wolnym czasie nie mają pojęcia. Dążą do swojego, niszcząc przy tym innych. Nie kochają, bo po co? Nie śmieją się, bo nikt im za to nie płaci. Nie widzą, że gdzieś po drodze do sukcesu zgubili swoje człowieczeństwo. Nazwałabym ich zniekształconymi Ikarami. Bo przecież cel, marzenia… gdzieś coś świta, ale nie do końca tak, jak trzeba. Syn Dedala nie skrzywdził nikogo swoim lotem. Skrzywdził ojca, ale… swoją śmiercią.

„Ikarze (…)
Jeśli nie jesteśmy żółwiami, dożywającymi trzystu jałowych lat,
To może za twoją przyczyną…”
- T. Śliwiak „Kaskaderzy”

            Tadeusz Peiper w swoim wierszu pt. „Miasto” opisał ludzi jako niezwykle przyziemnych Ikarów. Postawili sobie oni cel bardzo realny – wybudowanie miasta.
            I miasto zostało zbudowane. Autor twierdzi, iż „wśrubowało się w ziemię”. Owszem, było marzenie i na dodatek je spełniono. „Człowiek zamieszkał w swojej własnej dłoni”, czyli, moim zdaniem, zamknął się na inne wyzwania i cele. Skupił się na tym, co już osiągnął, zamiast marzyć dalej. Jeśli już raz się udało, to dlaczego nie spróbować i drugi?
 Peiper nazwał niebo „kartą zaginionej książki”. Ludzie nie są stworzeni do życia w swoim zamkniętym, na pozór idealnym środowisku.
Naszą metą jest Raj.  Niebo to „zaginiona książka”, a zaginionych rzeczy należy szukać.  „W swojej własnej dłoni” nigdy nie znajdziemy pełni szczęścia. Zawsze będzie nam czegoś brakowało.
             Wyobraźmy sobie, że Ikar nie zginął. Wylądował, powiedział: „Doleciałem” i… no właśnie – i co dalej? Czy taki wielki marzyciel, któremu udało się spełnić pragnienie, poprzestałby na nim? Myślę, że z pewnością próbowałby dalej, walczyłby o coś innego. A skoro on dążyłby dalej, to tym bardziej my powinniśmy. Bo przecież czym różnimy się od niego? … Ach, tak, my żyjemy. Ikar nie. On pokazał nam, czym jest odwaga. Chyba jesteśmy mu coś winni. Jeżeli nasze „marzenia walczą”, nie usypiajmy ich.


„Gdym odjeżdżał na zawsze znajomym gościńcem,
Patrzyły na mnie bratków wielkie, złote oczy
Podkute szafirowym dookoła sińcem (…)
I dlaczego te oczy były coraz łzawsze?
Czy nie wolno nic nigdy porzucać na zawsze?”
- B. Leśmian „Odjazd”

         Niewątpliwie tragedia Ikara była czymś strasznym. Zginął chłopiec, który miał przed sobą całe życie. Stał się archetypem, motywem, dla niektórych nawet wzorem. Można by rzec, że nie zginął na próżno. Dedal przeżył, doleciał, wybudował świątynię dla Apollina. I przez to chyba mało kto dostrzega jego tragedię. A przecież on stracił syna! Dlaczego nie widzimy jego rozwartych w niemym krzyku ust? I tej jednej słonej kropli, która wypłynęła z oka, a zginęła w kąciku warg? Dlaczego nie usłyszeliśmy trzasku, jaki, pękając, wydało jego spłakane serce? Zrobiliśmy z niego postać przyziemną. Tymczasem on wolałby być nie przy ziemi, a razem ze swoim synem w niej. Jego dziecko upadło na jego oczach, a on sam był bezradny. Nie mógł nawet złożyć ciała Ikara w grobie, bo pochłonęły je fale.
         „Wybrańcy bogów umierają młodo” – takie piękne, mądre i prawdziwe słowa – pomyśli wielu z nas. Tak? W takim razie miej odwagę powiedzieć je kobiecie, która tuli do piersi swoje nowo narodzone, ale martwe dziecko. Filozofuj tak przed rodzicami, którzy, zamiast wesela, organizują pogrzeb młodej córki.  Cytuj Plauta starszemu mężczyźnie, wiedząc, że przeżył poważny wypadek samochodowy, w przeciwieństwie do swojego syna. Dla nich nie liczą się żadni bogowie. Mieli plany i wspomnienia związane z dzieckiem i nagle to zostało im odebrane. Cierpienie rodzica jest niewyobrażalne. Upadek Ikara  był nożem wbitym w serce jego ojca.
                 Ale upaść można na wiele sposobów. Chłopczyk wypadł z okna. Przeżył, ale jest sparaliżowany – to nie tylko jego tragedia, ale i jego rodziców. Patrzeć na cierpienie fizyczne osoby, której dało się życie, to ogromny ból. Jednak na co dzień spotykamy się także z upadkami moralnymi. Jak wielki ciężar dźwiga matka alkoholika, prostytutki, hazardzisty czy skazanego odsiadującego wyrok w więzieniu? Poniżenia ze strony mieszkańców osiedla ona wytrzyma. Dużo bardziej rani ją ból jej dziecka. I nawet jeśli jest ono już do tego stopnia znieczulone, że go nie czuje, ona odczuwa podwójnie.
„Źle wychowałem, moja wina, zabrakło mnie” – myśli ojciec. Przytłacza go nie tylko presja otoczenia, nie tylko świadomość cierpienia dziecka i tego, że zmarnowało sobie życie, ale również obwinianie siebie o to, że pewnych spraw się nie zauważyło. A przecież Ikar dostał ostrzeżenie. Mimo to postawił na swoim. Zmiażdżone ojcowskie serce Dedala…
                  A my, Ikarowie XXI wieku, stale robimy swojemu Ojcu na złość. Zapominamy o Nim. Żyjemy bez Niego. Ale jakie to nasze życie jest? Nijakie, puste, bezcelowe. On tylko patrzy na upadki swoich dzieci i jest bezradny, bo dał im skrzydła, które mogą je prowadzić zbyt blisko słońca lub wody. Dał wolną wolę. Ale nasz Ojciec różni się od Dedala, który nie zawrócił do tonącego syna. Nasz wyciągnął dłoń.  Ostatnią deskę ratunku i chwała Mu za to, że nie rzucił tego krzyża zbyt daleko. My, wpatrzeni w marzenia o żałosnej niezależności, powinniśmy odbić się od dna, wdrapać na dryfujący w pobliżu krzyż i uderzając się w pierś, w swojej małości i bezsile, powtarzać:  „Jam niegodzien, Panie.”
„Nawet gdybyś żył tylko w powietrzu,
zawsze cię na koniec wpuszczą do ziemi.”
- E. Przybylska „Dzień kolibra”

         Każdy z nas umrze. Nasz lot kiedyś się skończy. Być może śmierć przyjdzie znienacka – spadniemy nagle w morskie fale. Ale może nasze umieranie okaże się być łagodnym lądowaniem; z biegiem lat będziemy obniżać swój lot.
       Nie tylko Ikar latał. Wielu ludzi wzniosło się w górę. Po prostu nie zostali zapamiętani. Czy o naszym locie ktoś będzie pamiętał? Nie wiemy. Jednak każdy z nas już dziś może powiedzieć:
Icarus nomen meum.








Pati 



Bibliografia:


·        Białoszewski Miron, Ja stróż latarnik, [Dokument elektroniczny], tryb dostępu: http://ewiersze.net/bialoszewski-miron-ja-stroz-latarnik-nadaje-z-mrowkowca,41523/
·        Brandys Kazimierz, Jak być kochaną, Wydawn. Literackie 1994.
·        Bryll Ernest, Wciąż o Ikarach głoszą…, [Dokument elektroniczny], tryb dostępu: http://bryll.pl/2011/04/04/wciaz-o-ikarach-glosza/.
·        Dziwisz Stanisław, Świadectwo, ISBN, Warszawa 2007.
·        Herbert Zbigniew, Dedal i Ikar, [Dokument elektroniczny], tryb dostępu: https://www.poema.art.pl/publikacja/58657-dedal-i-ikar.
·        Iwaszkiewicz Jarosław, Ikar, [Dokument elektroniczny], tryb dostępu: http://www.bsip.miastorybnik.pl/zsu/album/ikar.htm.
·        Kaczmarski Jacek, Lot Ikara, [Dokument elektroniczny], tryb dostępu: http://www.groove.pl/jacek-kaczmarski/lot-ikara/piosenka/266618 .
·        Kaczmarski Jacek, Upadek Ikara, [Dokument elektroniczny], tryb dostępu: http://www.tekstowo.pl/piosenka,jacek_kaczmarski,upadek_ikara.html.

·        Leśmian Bolesław, Odjazd, [Dokument elektroniczny], tryb dostępu: http://wiersze.annet.pl/w,,12464.

środa, 31 stycznia 2018

Bogu na chwałę, ludziom na ratunek

     

      27 października 2017 roku. Pogoda okropna. Wciąż pada, jednak ta pogoda nie powstrzymuje mnie przed wyjściem z domu i pokonaniem prawie dwustu kilometrów  samochodem wraz ze znajomym, który zgodził się mi towarzyszyć. Jedziemy do Częstochowy. To właśnie dziś w Centralnej Szkole Państwowej Straży Pożarnej odbędzie się ślubowanie 88 młodych mężczyzn. Przyszli strażacy stoją w odświętnych mundurach. Zastanawiam się,  czy  ukradkiem szukają w tłumie swoich ukochanych, bliskich. Każdy z nich zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa, któregoś dnia mogą wyjechać na akcję z zamiarem ratowania ludzkiego życia, lecz już nie wrócić do domu. Mimo to widzę ich tutaj, słucham, jak składają słowa przysięgi, patrzę, jak maszerują. Jestem pełna podziwu dla nich za przetrwanie okresu unitarnego. Były to dla nich dwa trudne miesiące, podczas których sprawdzano  ich umiejętności fizyczne, ale też  odporność psychiczną. Spali w namiotach trudnych warunkach pogodowych, pełnili warty, odbywali meldunki. W tym czasie nie mieli dostępu do telefonów, nie mogli opuszczać terenu szkoły. Ich jedynym kontaktem ze światem zewnętrznym były… listy. Tak! Listy w XXI w. Z pewnością trudno było im się przyzwyczaić - na list trzeba było czekać tydzień. Dzisiaj stoję pośród tłumu, widzę stęsknione rodziny, matki szukające swoich synów, ojców patrzących dumnie na potomków, dziewczyny ze łzami w oczach, które czekają na moment, w którym będą mogły wreszcie wtulić się w ukochanych. Mimo złej pogody  to piękny dzień. Dzień, w którym zyskujemy strażaków, dzięki którym będziemy mogli żyć spokojnie, z ufnością, że przybędą, gdy będzie potrzeba.
                                                 ***
     Jakiś czas później rozmawiam z Rafałem, który jest już teraz kadetem w Centralnej Szkole Państwowej Straży Pożarnej w Częstochowie. Przetrwał okres unitarny, złożył ślubowanie. Teraz czeka go czas nauki  niezbędny do wykonywania zawodu.
-Rafał, jakie jest pierwsze skojarzenie, jakie masz, gdy usłyszysz ,,unitarka?’’
-Przerąbane, pierwsze co mi się nasuwa na myśl, to straszny wycisk, dużo biegania, brak telefonu, mało snu, najgorsze dwa miesiące życia. Dołujące było to, że nie wychodziliśmy poza teren szkoły i czuliśmy się jak w więzieniu. Jedną z najgorszych rzeczy było właśnie to, że nie mogliśmy kontaktować się z bliskimi inaczej niż przez listy.
-Miałeś kryzys?
-Kryzys... Miałem, jak większość zaraz na początku, bo trudno było przestawić się na taki tryb życia, na robienie wszystkiego na czas, do tego życia unitarkowego.
-Jak sobie z tym radziłeś?
-Pocieszało mnie jedynie to, że to będzie trwało tylko dwa miesiące; to, że jak przetrwam, będę mógł być strażakiem, robić coś wielkiego, że tak będzie wyglądała moja przyszłość. Dobrą motywacją byli też koledzy, wszyscy się jakoś wspieraliśmy.
-Jak reagowaliście na listy?
-Wiadomo, to było dla nas coś nowego, radość nie do opisania. To była nasza jedyna forma kontaktu ze światem, mogliśmy dowiedzieć, co się dzieje u bliskich. Za każdy list robiliśmy trzysta pompek, ale to nie było ważne,  radość wynagradzała wszystko.
-Ślubowanie to z pewnością była ważna chwila w twoim życiu. Jak się wtedy czułeś?
-To był jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Cieszyłem  się, że ten trudny czas się już skończył, że oficjalnie stałem się strażakiem,  że moi bliscy mi w tym towarzyszyli, spełniłem swoje marzenie i no zobaczyłem ciebie (śmiech).
- Jak to było zobaczyć bliskich po takim czasie rozłąki? 
-Gdy byłem za granicą, to nawet wtedy nie tęskniłem tak bardzo za rodziną, jak na tej unitarce. Brak kontaktu zrobił swoje. Zobaczenie ich wszystkich było niesamowite, strasznie mi ich brakowało, cieszyłem się, że w końcu mogę ich uściskać.

***

     Gdy słyszymy alarm z remizy strażackiej prośmy, by strażakom udało się wrócić do domu. Bądźmy pełni szacunku dla tych mężczyzn, którym przyświeca idea ,,Bogu na chwałę, ludziom na ratunek.’’
                                   

 Madzia


czwartek, 18 stycznia 2018

Poetycki debiut Karoliny

Karolina Malaga, II miejsce w kategorii "Nienazwane uczucia" w XI Powiatowym Konkursie Poetyckim


Aż do śmierci



drżącymi dłońmi wsunęli
na palce złote okręgi
szepcząc słowa przysięgi

lecz po co rozdzielać
to życie od następnego
skoro koniec jednego
wyznacza
początek drugiego




Czas



c i ą g l e
brakuje mi ciebie
w i e c z n i e
mi ciebie za mało
w c i ą ż
uciekasz ode mnie

zaczekaj

nie znikaj

z n o w u
odszedłeś





Karolina Malaga, I miejsce w kategorii "Życie to pasja" w XI Powiatowym Konkursie Poetyckim



Wieczność


                                                           Życie to pasja


pokochałam cię wczoraj
kocham cię dzisiaj
pokocham cię jutro

znam twój smak
zapach
spojrzenie

spójrz na dusze
splecione ze sobą
w całość

spójrz na miłość
 zaplątaną
 przez wieki

śmierć jest słaba
przeznaczenie zwycięży

nasze drogi w gwiazdach
od początku zapisane
zawsze się spotkają

kochałam cię w poprzednim życiu
w kolejnym też będę kochać

wieczność od zawsze

należy do nas